I zbierałam się w sobie, żeby tą łazienkę jakoś uratować, pomóc jej być piękniejszą albo przynajmniej, żeby nie była już taka brzydka.
Zaczęliśmy od tapet. Znaczy On zaczął Jak ja byłam w pracy zaczął. I napisał w między nieczasie, że ma ochotę upić się w trupa. Nie wiedziałam o co Mu chodzi. Przyszłam do domu i zorientowałam się co miał na myśli. Tapeta, ta ohydna, niebieska tapeta (nie ja ją wybierałam, ona była w tym domu przede mną) nie dość, że nieprzyjemna dla oka, to na dodatek nie do zdarcia. Zrywaliśmy ją pazurami do późnej nocy. A łazienka jest malutka... Potem to już On coś robił z Tą łazienką, czymś polewał, coś zaklejał, wygładzał i taśmą obklejał. I malował...
A w między nieczasie pracowaliśmy, ogarniałam imprezy dla dzieci. Postanowiłam uprać Strój Mikołaja na imprezę wczorajszą Mikołajową. I uprałam wraz ze strojem jeszcze dwie czerwone skrzacie czapeczki. I tak się jakoś stało, że czapeczki puściły farbę i biały puszek od stroju Mikołaja stał się różowoblady i rękawiczki Mikołaja stały się różowoblade, peruka i broda. Jak to zobaczyłam, to chciało mi się płakać. Brodę i perukę miałam na zapas, bez rękawiczek się Mikołaj obędzie, ale puszek różowy zamiast białego? Sic.
Odprułam wszystkie różowe puszki i przyszyłam nowe, śnieżnobiałe, bo jakie miałam wyjście? Nie miałam innego :/ Szlak mnie trafiał, bo moja maszyna do szycia średnio lubi grube materiały szyć i nitka co rusz mi się rwała a ja klęłam pod nosem. I szyłam. Bo jakie miałam wyjście? Nie miałam innego.
Ale doszyłam, uszyłam, zrobiłam to. On w tym czasie malował pięknie łazienkę. A potem pojechał na nocną zmianę do pracy.
Zostały do pomalowania dwie łazienkowe ściany na żółto. I to byłoby na tyle.
Wesołych Świąt
spędzonych z tymi, których kochacie.
Niech Wam się dobrze a nie źle dzieje.