środa, 26 października 2016

Mój czarny protest

Ciało kobiety jest domem.
Jest początkiem życia.
A początek to początek i wiemy dokładnie gdzie jest ten początek.
Początek jest na początku.

Możemy filozoficznie, bądź dla własnej wygody duszy ustalić inny początek człowieczeństwa.
Dla mnie osobiście początek nowego życia zaczyna się na ściance mojej macicy. Czy mi się to podoba czy nie.

Dorosłość. To odpowiedzialność.
I zawsze kiedy jest seks może powstać nowy człowiek.
I ja osobiście biorę odpowiedzialność za swój seks.

Jestem dorosła i odpowiedzialna za to co robię. I kiedy nie planuję zostać mamą w ciągu najbliższego roku zabezpieczam się. Ale gdzieś z tyłu głowy mam, że kiedy jest seks może być dziecko. I ja to biorę na siebie. Liczę się z tym i przyjmuję to. Czy to dobry czy niedobry czas na dziecko.

Bo jestem dorosła i staram się być odpowiedzialna za swoje życiowe działania. Kiedy jadę autem i niechcąco skasuję inny samochód, to biorę za to odpowiedzialność, mimo, że nie chciałam i staram się nie wjeżdżać w inne samochody. A ile poważniejsze jest życie drugiego człowieka.

Ja nie ruszam tematu gwałtu, bardzo chorego dziecka, zagrożenia życia, bardzo dużej presji otoczenia. Tego nie ruszam.

Ale ruszam tą przestrzeń, że mogę, ale nie chcę. Bo niewygodnie, bo muszę z czegoś zrezygnować, bo będzie ciężej niż jest, bo teraz mi jest dobrze i nie chcę tego komfortu psuć.
I dla mnie to niepojęte, by dla tego komfortu dokonać aborcji. Wydłubać sobie z siebie kawałek nowego życia, człowieka, który mimo, że wersja mini, to jednak człowiek.

Tego nie umiem.

poniedziałek, 10 października 2016

Pożegnanie

Nauczył mnie chemii, nie rozumiałam tej chemii zupełnie a byłam w pierwszej klasie liceum. Dostałam kolejną jedynkę, chyba trzecią z kolei i wylądowałam u niego w domu, na jakiejś wersalce siedziałam obok. bardzo się wstydziłam Go, bo był starszy i mnie onieśmielał. Ale okazał tak sympatyczny, że przestałam się krępować i tak mi wytłumaczył chemię, że przestał mnie boleć brzuch przed drzwiami chemiczki. I nie dostawałam palpitacji serca na dźwięk dzwonka przed lekcją chemii. A chemii i chemiczki bali się wszyscy.

 Mieliśmy wspólnych przyjaciół. I spotykaliśmy się przy okazji i rozmawialiśmy, bo On mnie zawsze zagadnął, co słychać, Ostatni raz Go widziałam w górach, na wyjeździe firmowym, integracyjnym. Sto lat temu.

Był mądry, bardzo mądry. Informatyk. Rzadko spotyka się tak mądrych ludzi. Tak utalentowanych.
Niezwykłych.
Był dobry, ciepły i szczery. Prawdziwy. Rzadko się spotyka tak dobrych ludzi.
Takiego go pamiętam. Takiego mam Go przed oczami dziś.
Innego nie umiem sobie wyobrazić.

Dużo o nim wiem, mieszkaliśmy w tym samym miasteczku, gdzie dużo się wie o sobie.
O Jego domu, rodzinie. Małe miasteczka tak mają.

Miał czterdzieści lat, poważnie chorował.
Ciężko chorował.

Byłam na Jego pogrzebie.
Pogrzeby omijam.

Chcę pamiętać ludzi żywych, chcę mieć ludzi żywych przed oczami,
nie w trumnie. Już samo myślenie o tym powoduje u mnie dreszcze.
I robi mi się mdło.

Na ten pogrzeb pojechałam. Odszedł bliski mi człowiek.

Chorował poważnie. Nie wiedziałam.
Nikt prawie nie wiedział.

Nikt prawie.

W Kościele zobaczyłam moich dawnych przyjaciół. To mną wstrząsnęło.
Zobaczyłam ich.
Tych, z którymi kiedyś spędzałam każdy dzień.
Nie tak sobie wyobrażałam to spotkanie.
Nie widziałam ich tyle lat, a tak czułam jakbyśmy się  widzieli się wczoraj.

Zobaczyłam Żonę, dzieci. Widziałam siłą powstrzymywane łzy Żony.
Wstrząsnęły mną te łzy. Miałam w środku potrzebę przytulić.
Nie można przytulać obcej Żony, można złożyć kondolencje.

Nie udźwignęłam. Uciekłam, nie poszłam odprowadzić trumny na cmentarz.
Nie umiałam złożyć kondolencji Żonie, czułam jak boli przez wszystkie kościelne ławki.
Odjechałam.

Do widzenia Borówa.
Do zobaczenia w innym, lepszym świecie.

czwartek, 6 października 2016

Fala za falą

Niesie się fala za falą,
tyle przemyśleń...

Zaczynać wszystko
z dzieckiem
domem

Samochodem,
który znowu odwiedził mechanika,
bo zepsuta stacyjka,
zepsuła rozrusznik i samochód stanął
na czerwonym świetle

I nie ruszył

Mam sentyment do tego samochodu,
sama go wybrałam,
sama zarobiłam na niego.

Komfort jazdy rekompensuje
straty pieniężne. Warto.

Coś za coś.
Jest samochód, trzeba o niego dbać,
trzeba wymieniać zepsute części,

Bo zepsute części psują inne części.

***

Ale dlaczego nie troszczyliśmy się o siebie?
Dlaczego nie robiłam już nic.
Nie wiem dlaczego On.
Wiem dlaczego ja.
Ja

Uciekłam

Było mi tak źle, że uciekłam.
Bo nic nie mogłam zrobić,
Bezsilność spowodowała, że przestałam się angażować.

I zajęłam się innymi sprawami.
Wypaliło się we mnie wszystko.
Nawet nie wiem kiedy to się stało.

Czuję, że dotknęła mnie gorzkość porażki.
Poległam zupełnie.

Nie mam przestrzeni w sobie, żeby ratować.
Nie mam motywacji, żeby próbować.

Ułożyło mi się życie. Właściwie samo, pozwoliłam na to, żeby powstała nowa relacja.
Bardzo ciężko buduje się nowy związek na zgliszczach starego, nie polecam.

Mentalnie, emocjonalnie wszystko wygasło. Formalnie nie.
I budowanie relacji na tych formalnościach jest trudne.

Ale z drugiej strony, ta relacja tak mnie zasila i tak mnie napełnia, że mam siły walczyć
o swoją godność, o to szacunek do siebie.

Mam siłę powiedzieć "nie wydzieraj się na mnie", "nie obrażaj mnie", "nie mów, tak do mnie". Wcześniej nie mówiłam nic, milczałam, zapadałam się w sobie. Czasem nawet przepraszałam.

Mam odwagę, żeby powiedzieć, że chcę być spełniona i szczęśliwa. Chcę mieć pełnię w związku.
A nie równać w dół.

Tyle dobrych słów ile słyszę teraz, nie usłyszałam nigdy przedtem. Tyle pasji w budowaniu relacji i tyle zaangażowania nie spotkałam nigdy. Wszystko albo nic. Chcę mieć wszystko. Chcę pełni. A nie tylko przykrywać swoją miłością wszystkie braki. I żyć w przeświadczeniu, że nie ma pełni, że nie ma pełnego szczęścia, że nie można mieć wszystkiego, że trzeba się docierać, że trzeba wybaczać, że trzeba kochać. Nie trzeba, można, ale nie trzeba. Trzeba być wolnym. A nie żyć w zniewoleniu niespełnionego małżeństwa. Czy związku. Nie musi tak być.
Można kochać i być kochanym. I mieć pełnię w związku. Myślałam przez całe swoje  życie, że nie można. Ale można.

I własnie dlatego, nie wyobrażam sobie, żebym mogła wrócić do małżeństwa, żeby coś ratować, żeby walczyć, żeby szukać w tych zgliszczach życia, relacji. Jak miałabym to zrobić, kiedy właśnie mam to o czym zawsze marzyłam i myślałam, że nie można mieć wszystkiego. Jak ? Żeby zadowolić i zaspokoić potrzeby małżonka, który przez wiele, wiele lat miał moje potrzeby właśnie tam. I zaspokoić potrzeby Jego rodziców i rodzeństwa, i zaspokoić potrzeby pobożnych chrześcijan. Czuję to. Czuję tą presję. Nie odbieram telefonu od teściowej. Nie odebrałam ani razu. Bo nie chcę rozmawiać. I skoro nie chcę, to nie będę. Bo dużo musiałam przez te lata. I dużo robiłam wbrew sobie, bo tak trzeba było. A okazało się,  że i tak było za mało. Że za mało dawałam z siebie, za mało się starałam. Zawiodłam oczekiwania. I żyłam w tej presji oczekiwań.

Ale ja mam już dosyć spełniania oczekiwań innych.