sobota, 23 grudnia 2017

"Zamążpójście"

Wyszłam za mąż. Za mąż poszłam.
Dziwnym sposobem bycie żoną daje mi poczucie bezpieczeństwa, dziwnym, bo to nie pierwszy raz wychodzę za mąż. A mimo to dalej się upieram, że lubię być żoną. To taka deklaracja, że chcę być z kimś na zawsze, zawsze chcę a nie zawsze mi wychodzi. Właściwie tylko raz ja kogoś porzucałam, bo poprzednie razy, to ja byłam zostawiana. Nie umiem odchodzić. I nie wiem jak to się stało, że udało mi się odejść.

I wyszłam za mąż. Obyło bez wielkiego olaboga. W spokoju to się wydarzyło. Na ślubie była moja najbliższa rodzina, która wiernie przychodzi na moje wszystkie śluby, chociaż tata w toaście nam życzył, żeby tym razem był to słuszny wybór, też mam taką nadzieję, że tym razem to już ostatni raz i razem dobrniemy do brzegu a rzeka nie będzie rwąca, tylko spokojnie sobie popłyniemy.  Przyszli goście, najbliższa rodzina i moja kochana przyjaciółka.
 Mój Jeremiasz z córką siostry Tosią podali nam obrączki, wzruszająco.

Był obiad i dobra atmosfera. Tort i dużo uśmiechów do nas płynących i dobrych życzeń.
***
Zmęczona byłam walką z moim przeznaczeniem, upieraniem się, że nie mogę być szczęśliwa z moim partnerem do końca, że przecież coś musi uwierać, coś musi być niezaspokojone, gdzieś musi brakować, musi być tarcie, trzeba się poświęcać, coś tracić, siebie na ołtarzu małżeństwa złożyć i dać się podpalić.
Od jakiegoś czasu nie walczę. Nie docieram się, jestem z sobą pogodzona. Nie poświęcam się dla dobra idei. Jest mi dobrze. Nie mam potrzeby realizowania się gdziekolwiek indziej, nie mam potrzeby na dodatkowe relacje, które zaspokoją mi to, czego partner nie umie zaspakoić. Nie jestem skawałkowana. Trochę tu, trochę tam. Kiedyś mi powiedziała dobra koleżanka, że ona z partnerem lubi podróżować i coś tam jeszcze lubi robić, ale nie umieją razem rozmawiać, rozmawiać lubi ze swoim przyjacielem, bo z partnerem lubi inne rzeczy, przecież nie można mieć wszystkiego w jednej osobie. Dało mi to do myślenia. I ja myślałam podobnie, że nie można mieć wszystkiego.
Dziś jestem w jedności, ciała i duszy. Wszystko w jednym kawałku.
Z moim mężem lubię wszystko.
Z moim mężem lubię do kawiarni pójść, z moim mężem lubię oglądać te same filmy, z moim mężem lubię jeździć na wakacje, z moim mężem lubię chodzić na wspólne obiady do restauracji.
Razem chodzimy do kina i do teatru, razem robimy wypady na miasto.
My lubimy robić wszystko razem. I ja i on.On i ja. Razem.
 Czy jest idealnie, nie zawsze jest idealnie. Czy się kłócimy, czasem się kłócimy aż wióry lecą. Czy mamy różne zdania na te same tematy, zdarza nam się mieć inne zdania i każdy broni swego jak lew. Czy lubimy razem rozmawiać, uwielbiamy ze sobą rozmawiać. Czy on mnie denerwuje, czasem mnie denerwuje jak szlak. Czy ja go denerwuję, a kogo ja nie denerwuję... Bywam denerwująca. Tylko czuję, że jesteśmy jednym puzzlem. Kiedy mam go obok, to już nic mi nie brakuje i im bliżej on jest tym lepiej jest mi ze sobą, zniknęła mi potrzeba walki o własną przestrzeń, o czas tylko dla siebie. Zniknęła mi potrzeba własnej autonomii. Nie duszę się, nie potrzebuję uciekać do lasu. Oddycham lekko. Czy znalazłam przepis na życie? Znalazłam swoje szczęście. Dziś jestem szczęśliwa, wczoraj byłam szczęśliwa, jutro będę szczęśliwa, czy zawsze będę szczęśliwa, nie wiem, ale bardzo bym chciała. Czy się nie boję, boję się jak nie wiem co, mam swoje zmory i strachy.
***
Czy czegoś mi brak? Tak, czasu, mam wrażenie, że mam za mało czasu.
Dni tak szybko mijają. Łapię chwile.



piątek, 24 listopada 2017

W mechanizmach izmach.

Jechałam rano do pracy dziś. Właściwie jechałam z Jeremiaszem do szkoły, bo przed pracą zawożę Jeremiasza do szkoły. Mój eks do mnie zadzwonił. Oddzwaniam a on jest dla miły. Odpowiada w miły sposób. Kończymy rozmawiać. A ja jestem w konsternacji. Włącza mi się mechanizm, że jestem złą kobietą. Bo mój eks jest miły, nie krzyczy na mnie, nie oskarża mnie, nie obraża, nie drwi ze mnie, nie szuka dziury w całym, nie krytykuje. I wpadam w poczucie winy. Jestem złą kobietą, zostawiłam go a przecież On jest MIŁY, potrafi być MIŁY, umie.
P o w o l i  badam swój mechanizm, o co chodzi, skąd to poczucie winy we mnie. I dociera do mnie, że to przemocowy mechanizm, współuzależnieniowy. Tak czują, tak kochają kobiety w przemocowych relacjach: przecież bywa miły, przecież powiedział, że mnie kocha, przecież jest dobrym tatą, przecież są od niego gorsi. I tkwią w przemocowych relacjach. Bo bywa czasem miły.

I ja badam siebie i sama sobie głupia tłumaczę, że jestem głupia. Bo to za mało, że umie był miły.

Wielką trudnością jest dla mnie, że bardzo dużo nie pamiętam z mojego byłego związku, pamiętam mój płacz, pamiętam bezsilność, pamiętam wrażenie usidłania. Ale nie pamiętam dlaczego i o co się kłóciliśmy, dlaczego nocami chodziłam po pustych ulicach. Nie pamiętam nic i nie mogę sobie przypomnieć n i c  z a  n i c. Pamiętam panikę i pisanie pozwów rozwodowych. Ale co było powodem, o co się sprzeczaliśmy nie wiem.
Globalnie pamiętam, że kłóciliśmy się o nasze rodziny, gdzie pojedziemy na święta, że za dużo moja rodzina mnie odwiedza i za dużo korzysta z naszej, mojej właściwie gościnności i, że ja nie lubię jeździć do jego rodzinnego domu. To prawda nie lubiłam jeździć i każdy wyjazd odkupywałam migreną, migrenowałam częst całe wyjazdy do Jego domu. To był czas bardzo intesywnej pracy dla mnie, studiów i po prostu nie miałam siły na wyjazdy. Chciałam zostać w domu. Ja ogólnie jestem dzika, nie za bardzo lubię być całowana, przytulana (w tej chwili przykładowo lubię jak mnie przytula mój syn, mój <3 i dzieci mojej siostry, i moje dzieci przedszkolne jak się przytulają a więcej to jeszcze moja przyjaciółka jedna i tyle) i te wszystkie powitania, pożegnania bardzo mnie krępowały i stresowały. Ja jeszcze jem inaczej niż większa część społeczeństwa, nie jem nie piję nic od krowy, nie jem glutenu, nie jem cukru, nie lubię właściwie zup. Piję kawę bezkofeinową z mlekiem sojowym. Oczywiście ja mogę jeść swoje rzeczy i zabieram swoje, tyle, że czuję się jak ufo, kiedy ktoś pyta co będę jeść a ja nie wiem jak mam powiedzieć, że właściewie to nic. Ja nie mam do zarzucenia moim teściom nic (rodzicom eks), na prawdę nic, bardzo się starali i bardzo chcieli, żebym była zadowolona w ich domu. Ale to było niemożliwe, bo mnie krępowało właściwie wszystko. A zatem globalnie pamiętam, że ciągle się kłóciliśmy o nasze rodziny, ale kiedy o co, to juz zupełnie nie. Czarna dziura.

Moja teściowa próbowała się do mnie dodzwonić przez kilka miesięcy zanim się rozwiodłam z jej synem a ja się zacięłam i nie byłam w stanie odebrać telefonu od niej. Nie moglam odebrać telefonu od niej, bo coś się we mnie zablokowało i nie umiałam z nią porozmawiać. To kolejny mój izm. Blokuję się i nie jestem powiedzieć nic. Coś mnie zrani, zaboli i blokada. Nie powiem już nic. Potrzebuję czasu, żeby się zebrać i powiedzieć co boli, a boleć może każde nieopatrznie wypowiedziane słowo, bo przywołało jakieś trudne wspomnienie. I nagle ciach, blok. I ten, którego kocham, wie, że trzeba cierpliwie poczekać aż zacznę mówić, że to nie manipulacja z mojej strony, ja nie mówię co się stało, bo manipuluję, ja nie mówię bo nie potrafię wydobyć głosu z gardła.

Milczę a emocje we mnie narastają, milczę i czekam sama na siebie a ten obok mnie też czeka. Spokonie czeka. Aż zacznę mówić co mnie boli. I powoli słowo za słowem zaczynam mówić.


Zdaje się, że dzisiaj nie ma puenty. Wyrzuty sumienia, które rano mnie dopadły wieczorem zupełnie ode mnie odpadły po wieczornej rozmowie z moim eks, kiedy nie zdecydował się odpowiedzieć na moje pytanie, czy mogę mu jutro przywieźć naszego syna, bo mam całodniowe szkolenie, od rana do nocy. Powiedział, że jest w pracy, zapytałam czy może zająć się jutro Jeremiaszem, powiedział, że przecież jest w pracy i musi kończyć, zapytałam czy mogę przywieźć mu Jeremiasza, odpowiedział, że jest w pracy i musi kończyć, ja pytałam a on tak odpowiadał conajmniej ze cztery razy. Dlaczego nie rozumiem, że on teraz jest w pracy, rozmawiał ze mną, mówiąc, że nie może rozmawiać, ale odpowiedzi na moje pytanie czy może zająć się swoim dzieckiem nie uzyskałam, po prostu się rozłączył kiedy do niego mówiłam. On często się rozłącza w połowie moich słów. Wchodzi do mojego domu i się nie wita ze mną ani się nie żegna. Kiedy ja go witam czy żegnam nie odpowiada.
Nigdy nie wiem kiedy przyjedzie spotkać się ze swoim dzieckiem. Często ma wyłączony telefon, kiedy ma włączony telefon to po prostu nie odbiera, cały dzień nie odbiera ode mnie telefonu, nie oddzwania nigdy. Ja obecnie dzwonię tylko w sprawach naszego dziecka. Często w pilnych sprawach. Gówno go to obchodzi. Zostawiłam go, nie musi się angażować w sprawy naszego dziecka, nie musi się o nic martwić, bo go zostawiłam, problemy naszego dziecka, to teraz wyłącznie moje problemy i mojego gacha.

Więc przestałam się czuć złą kobietą.

***Tyle w temacie moich mechanizmów***




piątek, 20 października 2017

metoo "Supełek"

Piszą kobiety, piszą o molestowaniu seksualnym. Pierwszy mój odruch "mnie to nie dotyczy".
Potem, powoli dociera do mnie, że tak, mnie to TEŻ DOTYCZY. Dotyczy mocniej niżbym tego chciała. "Jezu, nie, nie będę o tym pisać". Nie będę o tym pisać, bo to grząski temat i nie wiem dokąd mnie zaprowadzi. 

Kiedy trzy lata temu pozwoliłam sobie na myślenie, że też byłam ofiarą przemocy, to się okazało, że byłam i dalej jestem. A potem zaszły tak drastyczne zmiany w moim życiu osobistym,  że nigdy bym nie przypuszczała, że coś takiego może się jeszcze mi zdarzyć. Świat mi się przekręcił do góry nogami.

I teraz nie wiem dokąd zaprowadzi mnie myślenie "tak byłam molestowana". Jest we mnie wstyd, jest we mnie opór, żeby to ruszać. I jest we mnie tyle nie osobiście moich historii o molestowaniu, historii strasznych, historii, które nosiłam w sobie miesiącami i dalej je w sobie noszę. Historii gdzie winny nie został nigdy ukarany. Że myślę sobie- moje molestowanie to pikuś. Ale to nie jest PIKUŚ. 

O tych nie moich historiach  pisać nie będę, one zostały mi powierzone w tajemnicy i zostaną we mnie tajemnicą. Prawdziwą tajemną, przeklętą wiedzą, wspomnieniami mordercami dusz. 

Ja mam swoje wspomnienia. I podzielę się nimi, ale niechętnie. Bo mam mdłości kiedy o tym myślę i czuję coś na kształt obrzydzenia, kiedy myślę o nich: 

1. Wujek, który patrzył na mnie dziwnym wzrokiem i łapał mnie za kolana i kiedyś w nocy próbował wejść do mojego pokoju, ale głos cioci go zatrzymał. 

2. Starszy ode mnie kilka lat sąsiad, który mnie klepnął w pupę na klatce schodowej, szedł za mną po schodach. Miałam ze dwanaście lat może.

3. Młody chłopak ocierający się o mnie w autobusie, gdy już byłam dorosła. 

4, 5, 6, 7, 8, 9, 10, 11, 12, 13, 14................................................................................................................30, 40, 50...............................∞ I mnóstwo wypowiadanych do mnie seksistowskich, obleśnych tekstów na imprezach, spotkaniach towarzyskich, spotkaniach biznesowych. Uwag, na które robiło mi się niedobrze i miałam ochotę kolesiowi trzasnąć w mordę. Propozycje seksu składane przez nieznajomych na ulicy, 
kilku z tych facetów za mną szło najpierw, więc zatrzymywałam się wciekła i pytałam "czego chcesz"? I wyjasniałam potem, że ja nie jestem zainteresowana. Liczne "niemoralne" propozycje. 

Jest we mnie straszna niezgoda na męskie ciągle nagabywania, nawiązywania, porównywania wszystkiego do seksu, dupy, cycków i sama jeszcze nie wiem czego, i angażowania mnie w te rozmowy. Jestem zła, jestem wściekła, że faceci pozwalają sobie wobec mnie na te obrzydliwe komentarze. 

Jakim prawem mnie zaczepiacie i przekraczacie moją imtymność. Więc tak, nie życzę sobie, nie chcę i mnie to nie bawi. Czuję się niezręcznie. 

Na koniec zostawiłam historię, która jest jak wisienka na torcie. Bo jest najbardziej. Zaraz się dowiecie dlaczego jest Historią Najbardziej. 

Miałam wtedy trzynaście a może dwanaście, a może nawet jedenaście lat- nie pamiętam. Pojechałam ze starszą cioteczną siostrą i jej koleżanką na wakacje. Zatrzymaliśmy się na mojej wsi. Miejscu bezpiecznym, dla mnie znanym najbardziej. Mieszkałam na tej wsi jako dziecko. Mieliśmy tam domek parterowy. Gdy miałam sześć lat wyprowadzilismy się do miasta. 

Z dziewczynami spałyśmy na podwórku, w namiocie. Jak przygoda, to przygoda.

Pewnej nocy obudziłam się, coś mnie obudziło, takie dziwne uczucie a obok leżał M., kilka lat starszy sąsiad. M. miał może wtedy osiemnaście, dwadzieścia lat. Nie znaliśmy się, nie rozmawialiśmy nigdy, bo ja byłam dzieciak a on dużo starszy. Aż dorosłam. 

M. bawił się moim trampkiem, nie wypowiedział tej nocy ani jednego słowa. Najpierw pogłaskał mnie po kolanie. potem po udzie. Jego ręka powoli jechała do góry. A do mnie powoli docierało co się dzieje. 

Gdy ręka była już bardzo wysoko powiedziałam "NIE" i ręka zatrzymała się. Obok spała moja starsza cioteczna siostra a dalej jej koleżanka. Dziś, kiedy to analizuję, to myślę sobie, że M. nie mógł pozwolić sobie na nic więcej. Zabrał się więc i poszedł sobie. Nie mam w sobie emocji żadnych. Nie czuję właściwie nic jak o tym piszę. Tylko gdzieś głęboko we mnie zaciska mi się supełek. 

niedziela, 8 października 2017

Jeremiasz poszedł do szkoły

Zupełnie nie chcę pisać o szkole, zdaje się, że mam uraz czy coś. Bo jak myślę o szkole Jeremiasza, to mam mdłości. Jeremiasz przechodzi to lżej, a może takie mam tylko wrażenie, że lżej. W każdym razie lepiej ode mnie śpi i lepiej je. Ja mam z tym problemy. Mam też problemy z zaakceptowaniem szkoły samej w sobie, w takiej formie w jakiej ona funkcjonuje.
Otarliśmy się o szkołę państwową, Jeremiasz otarł się osobiście i fizycznie, wręcz boleśnie, ja mniej dosłownie, ale równie intensywnie.
Znalazłam dla Jeremiasza szkołę małą, kameralną, parterową, integracyjną, zależy mi, żeby Jeremiasz miał w klasie dzieci z orzeczeniami, integracyjną- dwie panie, 14- cioro dzieci. Szkołę państwową znalazłam, chciałam nie płacić za szkołę.

Pierwszy dzień: świetlica, dwóch uczniów bije trzeciego, początkowo dla wszystkich jest to zabawa, potem dwóch przewraca trzeciego, zdejmuje mu majtki i daje klapsy. Myślę sobie- przynajmniej to nie dotyczy mojego dziecka. Matka Egoistka.

Drugi dzień: chłopiec ze starszej klasy bierze mojego syna za ręce z tyłu i prowadzi go do szatni a tam przypiera buzią do ściany i daje klapa w tyłek, w tym momencie reaguje nauczycielka i odciąga tego chłopca od mojego chłopca. Myślę sobie- przynajmniej nauczyciel zareagował w porę.

Trzeci dzień: dwóch chłopaków bije się na korytarzu szkolnym (korytarz klas 1- 2)reszta dzieci krzyczy: bitka, b i t ka, b i t k a. Nauczycielki rozdzielają chłopców. Mój mówi "Mamo miałem
takie dziwne uczucie w brzuchu". Jezu, nie chcę, żeby moje dziecko miało takie uczucia w swoim brzuszku (moim zdaniem ciągle jeszcze małym brzuszku).

Czwarty dzień: dzwoni dzwonek, pani od wf u otwiera klasę, wpuszcza dzieci i wychodzi, nie ma jej 10 min., w tym czasie chłopiec z trudnościami- 9 latek próbuje siadać na inne dzieci- ja nie wytrzymuję i reaguję, i pytam mojego syna: "Jeremiasz podoba Ci się kiedy ten chłopiec- dajmy na to Marcin- siada na Ciebie? Nie podoba mi się, odpowiada moje dziecko. Marcin zejdź z Jeremiasza, jemu to się nie podoba".
Wpada pani od wf u "Uciekamy rodzice, uciekamy"- fuka na nas, na mnie i jeszcze jedną mamę, która stoi obok mnie milcząca. Nie mam słów. Rozmawiam z dyrektorem, przesympatycznym i otwartym na współpracę facetem. Rozmowa mnie nie uspokaja. Zastanawiam się co przyniesie kolejny dzień.

Piaty dzień: Jeremiasza odbiera tata. "Mamo- w wolnej chwili mówi Jeremiasz- jeden chłopiec na przerwie uderzył mnie w usta i się przewróciłem" pode mną ugięły się nogi. "Jak to się stało- pytam spokojnie i cicho, trzymam swoje emocje- opowiedz mi". Jeremiasz o szczegółach opowiada niechętnie. Chłopców było trzech, początkowo to była zabawa, potem dla chłopców dalej była to zabawa, ale dla mnie już nie- było ich trzech, z drugiej klasy, jeden to ten, co wcześniej ciągnął Jeremiasza za ręce. Przyparli mojego syna do ściany i trochę postukali, na koniec jeden strzelił go z pięści w usta, tak, że Jeremiasz upadł. z ust poleciała krew. Usta miał porozcinane w kilku miejscach jeszcze przez kilka dni.

Zrobiło mi się miękko w środku i niedobrze. Nie uniosłam sytuacji. Nie dźwignęłam.

Jeremiasz do tej szkoły nie poszedł już. chodził do niej miesiąc, bez tygodnia.
Po tej historii, której nie uniosłam rozmawiałam z wychowawczynią, psychologiem i dyrektorem.
I każdemu z nich powiedziałam własnie, że nie uniosłam, nie dźwignęłam, że nie czuję się bezpiecznie, że nie ufam, że nie wyobrażam sobie, żeby Jeremiasz miał chodzić do szkoły i wracać z rozbitą wargą. Wszyscy okazali mi zrozumienie.

Przeniosłam Jeremiasza do szkoły innej, prywatnej.
I zabrałam Jeremiasza z tej innej szkoły prywatnej,  po tym jak dyrektor szkoły przez tydzień nie znalazła czasu, żeby się ze mną spotkać i podpisać umowę, zabrałam go po tym jak wychowawczyni pierwszej klasy, do której Jeremiasz już chodził cztery czy trzy dni, gdy wychowawczyni w trakcie pierwszej rozmowy poinformowała mnie, że ma bardzo zdolne dzieci i połowa czyta bardzo dobrze a druga połowa mniej dobrze, ale też czyta. A Jeremiasz nie czyta i męczy mu się ręka jak pisze i jak nie czyta, to nie umie przeczytać polecenia i ona musi mu mówić CO JEST NAPISANE, bo jak zadanie jest trójstopniowe, to Jeremiasz nie pamięta wszystkiego od razu. Pani ma w klasie 6 dzieci, w tym jedno pod opieką nauczyciela wspomagającego i nieczytający Jeremiasz stanowi dla mniej problem. Chciałam to wyjaśnić z dyrektorką, ale nie odbierała mojego telefonu przez dwa dni. Nie chciałam, żeby moje dziecko było dla kogoś problemem, szczególnie w miejscu gdzie co miesiąc muszę zostawiać kupę pieniędzy. Chciałabym, żeby nauczyciel skupił się na moim dziecku a nie na tych innych bardziej zdolnych. Więc dyrektorka nie odbierała telefonu a mi się chciało płakać, bo myślałam sobie, że nie umiem współpracować z tak niepoważną placówką.

I przeniosłam Jeremiasza do kolejnej placówki, też prywatnej, ale którą odrzuciłam z różnych względów na początku. Wróciłam do niej. Porozmawiałam z dyrektorką, powiedziałam, że Jeremiasz jeszcze nie czyta i t o wcale jej nie wprowadziło w zdziwienie. I kolejnego dnia Jeremiasz pojechał do kolejnej szkoły. Niezbyt chętnie. Trochę miał już dość. Ja też miałam dość.

W nowej szkole w klasie są dzieci mieszane wiekowo i klasowo, Jeremiasz jest pierwszakiem, jest jeszcze dwóch drugoklasistów i jeden trzecioklasista i jeden zerówczak. Wszyscy w jednej grupie. Pani wychowaczyni jakoś posiada zdolność ogarniania dzieci na różnych poziomach umiejętności.

Udało mi się to poukładać, mimo, że szkoła jest dalej niż poprzednie i nie ma za bardzo świetlicy. Musiałam jakoś powklejać Jeremiasza integrację sensoryczną, korektywę i logopedę. A chcemy jeszcze teatr i wokal gdzieś dorzucić. Ale to za chwilę, jak się wdroży Jeremiasz w nowy sposób funkcjonowania.

Nowa szkoła Jeremiasza jest dosyć specyficzna, nie prowadzi rankingów, nie wiadomo, które dzieci są najlepsze, a które nienajlepsze. Są w tej szkole dzieci z różnymi trudnościami i dysfunkcjami. Nikt się nie dziwi, że Jeremiasz nie czyta a on właściwie czyta, proste wyrazy zaczął czytać.

Przez kilka kolejnych dni Jeremiasz pyta rano,  do której szkoły jedzie dziś.

czwartek, 10 sierpnia 2017

Kiedy siebie zakopiesz głęboko pod ziemię

Czy Ty masz potrzeby?

Jakie masz potrzeby?

Jakie są Twoje potrzeby?

Czy myślisz o sobie?

Dbasz o siebie?




Dbasz o siebie? 

O innych owszem, o męża, o dziecko, najbliższych, przyjaciół, psa, kota, myszę.

A o siebie? 


Siebie stawiałam na samym końcu. 



I często nawet nie myślałam o tym, że ja mam potrzeby jakieś. Każdą przyjemność własną musiałam dla siebie wywalczyć i wyrwać, kawę z przyjaciółmi, teatr.
Większość mojego czasu przez ostatnie 15 lat, to mega harówa i pęd.

Z tego pędu wypadłam dopiero teraz. I zastanawiam się. 
Myślę, że przecież ja też jestem ważna, ale może nawet bez "też".
Ja jestem ważna.
Ja mam potrzeby.
Moje potrzeby są ważne.
Mam prawo chcieć zaspokajać swoje potrzeby. Fizyczne, mentalne, psychiczne.


Mam wrażenie, może mylne, że kobiety mają tendencję do odkładania swoich potrzeb na sam koniec.
I kiedy zaspakajamy potrzeby innych, jedna po drugiej, jedna za drugą, po kolei, tego jest tak dużo i tak bardzo, że do swoich potrzeb nie docieramy wcale. 

***
Do mnie to powoli dochodzi powolutku świadomość, że mam potrzeby, że te potrzeby są ważne, że powinnam dążyc do tego, żeby je zaspokoić. Powinnam dbać również o swój komfort i swoje dobre samopoczucie, że ja jestem również ważną częścią samej siebie. Dziecko, mój partner, rodzina, przyjaciele, znajomi, przypadkowo spotkani ludzie są ważni, ale ja również jestem ważna. 



Uczę się tego. Uczę się pytać siebie czy mam siłę na to czy na tamto, czy mam ochotę, czy mi się chce, czy lubię. Bo przez długi czas, może całkiem  długo starałam zaspakajać potrzeby innych, nie swoje. 

I na dobre mi to nie wyszło...




Psyt: Zdjęcia robiłam na szlaku Barania Góra

czwartek, 8 czerwca 2017

W idealnym świecie nie ma mnie

Wrzucają ludzie idealne fotki, odbicia w zwierciadle.
Idealne dzieci, idealni partnerzy, idealna, szczupła figura, idealne wakacje.
Uśmiechy, idealne uśmiechy, idealni doskonali ludzie.

Trudno przyznać się, że nie jest idealnie. Trudno przyznać się, że jest ciężko.
Trudno przyznać się, że dieta nie działa, no może i by zadziałała, ale nie udało się
tej diety utrzymać, nie udało się być dobrą żoną, matką i kochanką.
Nie udało się małżeństwo, nie zawsze udaje się być dobrą mamą, nie zawsze dotrzymujemy terminów, nie mamy siły posprzątać domu, ugotować obiadu a dziecko żywi się frytkami z piekarnika i pizzą.

Mam dużo planów, posprzątać balkon, ogródek. Przychodzi sobota, pierwsza wolna od kilku tygodni a ja nie mam siły wygrzebać się z piżamy, łóżka. O 12:00 jemy śniadanie i powoli budzimy się do życia. Potem zamiast ogarniać balkon czy ogródek jedziemy na kawę, ciastko i lody.

Na początku tygodnia robimy plan działania, listę co trzeba zrobić. Na pierwszym miejscu ostatnio jest auto, bo ciągle coś, w każdym miesiącu coś. W tym wymiana oleju i wszystkich filtrów. Niby nic, a jednak kilkaset złoty w kieszeni mniej. W tamtym miesiącu wymienialiśmy jakiś pasek a w poprzednim sprzęgło. Są jeszcze potrzeby Jeremiasza, buty na lato, ale nie zwykłe, korekcyjne, trening słuchu, stomatolog. Nie zawsze udaje nam się zrealizować wszystkie punkty z listy.

Dochodzą niespodziewane wydarzenia. Plus jest taki, że niespodziewane wydarzenia powodują dobre zmiany i włączają myślenie i szacunek do życia. Plus jest taki, że ustawiają się priorytety. Plus jest taki, że schudłam przy okazji na lato. Plus jest taki jeszcze, że dowiaduję się na kim mogę polegać i kto mnie wspiera mimo moich trudnych wyborów.

I minus jednocześnie, bo zawiodłam się przeokrutnie.

Minus jest też taki, że jak zwykle przy stresie mój żołądek odmówił współpracy i tydzień cały nie miałam możności wyprostować się do końca, bo mnie zginało w pół, pewnego dnia myślałam, że nie wstanę z łóżka i nie pójdę do pracy, ale w końcu wstałam i poszłam. Umówiłam się nawet w desperacji na
wizytę u lekarza, Ale zanim, brzuch mnie przestał boleć. Dałam mu probiotyki i zadziałało. Na szczęście.

Czy jest jakaś puenta? Tak, że ustawiły mi się priorytety. Tak, że ważne stały się rzeczy najprostsze.
Tak, że postawiłam granice.

Największa zdobycz mojej psychiki.
Postanowiłam, przestać ratować świat.


Dla odprężenia ratuję stare, opuszczone meble. Nic w przyrodzie nie ginie.
I maluję drewniane skrzynki na pastelowe kolory.





poniedziałek, 22 maja 2017

A ziemia toczy, toczy swój garb uroczy, toczy się los.

Nie piszę nic,
nic o moim życiu. Prawie nic.

Pracuję.
Spektakl mój i mojej Asi, był na festiwalu, została wyróżniona
nasza główna bohaterka Kaczątko. Za kreatywność.

Wiosna przeleciała, przypełzło lato. Przestałam marznąć.
Nazbierałam staroci. Moja nowa pasja, odnawianie starych mebli i
dawanie im nowego życia.

Czekam aż M. wyprowadzi resztę swoich rzeczy z domu.
Bo mam zupełnie zagracony jeden pokój. Stoją Jego wzmacniacze, światła,
kolumny, głośniki i mnie bolą. Łypią na mnie z wyrzutem w oku, nie chcę,
żeby na mnie patrzyły. Śrubki, kabelki, śrubokręty.








A właśnie śrubokręty, Jeremiasz zaczął przedwczoraj rozkręcać swoje zabawki, najpierw wielkim śrubokrętem, potem zażyczył sobie małego do małych śrubek. Rozkręcił wszystkie ciuchcie, ciuchcie, które same jeździły po torach.

Już nie jeżdżą, czekają aż Jeremiasz je poskręca.

Tata Jeremiasza zawsze coś skręcał i rozkręcał, Geny. Nie wydłubiesz. Ciekawi mnie co ja mu przekazałam w genach. Co wyssał z mlekiem matki? Wielką wrażliwość czasem trudną do uniesienia, ale też dającą możliwość odczuwania świata i ludzi?
Miłość do sztuki, teatru, muzyki? Wewnętrzne rozedrganie? Możliwe.
Byle był szczęśliwy, byle czuł się szczęśliwy.
Byle bezpieczny, żeby miał marzenia i, żeby się nie bał marzyć.



A ja, a ja marzę, żeby dożyć spokojnej starości przy tym, którego kocham. To są moje marzenia. Moje marzenia, to szczęśliwy Jeremiasz.










Musi coś rąbnąć, żeby przewartościowało się życie, żeby cegiełki ważności wskoczyły na swoje miejsce. Kawa na balkonie i ptaki w świerkach. To moje marzenia.



poniedziałek, 13 marca 2017

Podwójne dno ciąg dalszy

Jestem chrześcijanką. Wierzącą kobietą, wierzę, że Jezus umarł za moje grzechy i dzięki Niemu i jego ofierze mogę być zbawiona. Nie dzięki sobie i swoim poczynaniom. I całe szczęście, bo gdyby było inaczej, poszłabym do piekła. Bo jestem grzesznikiem i popełniam błędy. Ale Jezus umarł za mnie i moje grzechy, i dzięki Niemu jestem wolna.

I właśnie przez swoją wiarę byłam przekonana, że nie mogę odejść od męża, co by nie było, chyba, że zdradza. Ale kiedy nie zdradza? Jest jaki jest, ale nie zdradza? To nie mogę. I już.

Tak myślałam przez wiele, wiele lat, płakałam, modliłam się, bo przecież byłam i jestem wierząca, płakałam, próbowałam rozmawiać, wychodziłam z domu w nocy i chodziłam po pustych ulicach, i chodnikach. Nie widziałam rozwiązania. Przez wiele, wiele lat. Myślałam, że tak trzeba.

Że nie zdradza, nie bije, nie bierze narkotyków, nie pije, przynosi pieniądze do domu. I chciałam wierzyć, że to wystarczy. Że musi tak być, że nie trzeba oczekiwać więcej.
A Bóg mówi, że jest dla mnie pełnia, jaka pełnia? Pełnia życia, szczęście i spełnienie w Nim, ale i w moim życiu. Jaka pełnia? Pełni nie było od lat, potem już nawet nie rozmawialiśmy. M. mówił, że przychodzę do domu i nie rozmawiam z nim. Nie rozmawiałam rzeczywiście, zatrzasnęłam się, zablokowałam, żeby już nic nie czuć. Żadnych emocji. Nie chciałam, żeby docierały do mnie słowa, że jestem głupia, że moi przyjaciele są głupi, że moja rodzina jest głupia, że jestem złą matką, że się źle zajmuję swoim dzieckiem, że mnie wykorzystuje siostra. I nie rozmawiałam, nie mówiłam, zatrzasnęłam się bez świadomości. Nawet nie wiem kiedy dokładnie to się wydarzyło. Czasem jeszcze szlak mnie trafiał. I tak było ostatnim razem, że wyciągnął jakiś stary temat i od wejścia mojego do domu mnie zaatakował, tak się właśnie czułam- atakowana i musiałam cały czas się bronić. I coś mi pękło w środku.
Potem kolejne zdarzenie i znowu coś mi w środku trzasnęło.

Dotarło do mnie nagle, że nie dam rady tak dalej żyć, że coś się we mnie skończyło. Jeszcze przez chwilę czekałam, że on coś z tym zrobi, że się opamięta, że doń dotrze. Ale nie, był tylko zły, strasznie zły, wściekły a ja dalej byłam winna wszystkiemu.

Nie wiem na ile przyczyniła się moja znajomość z Kimś Innym, pewnie się przyczyniła, chociaż ja świadomie tego tak nie czułam, do mnie docierało z siłą wodospadów w jakim miejscu jestem i jak bardzo spieprzyłam swoje życie. Ale motorem napędowym nie była Nowa Znajomość. Nie zostawiłam M., bo chciałam być z kimś innym. Nie wytrzymałam, nie byłam w stanie sobie wyobrazić, że mogę dalej być z M, że możemy dalej żyć razem, mieć wspólne dni, lata. Nie byłam w stanie tego unieść.

Do czego zmierzam, bo właściwie do czegoś zmierzam. Byliśmy wczoraj w Kościele. Jestem protestantką. Te protestanckie społeczności działają inaczej niż katolickie, są bardziej zwarte, z wyboru, ludzie się znają, przyjaźnią i.
Byłam w Kościele, bo dalej jestem wierząca, dalej chcę być blisko Jezusa, dalej chcę. W Tym Kościele zdarzają się nasi wspólni przyjaciele i znajomi. Moi i M. Żaden z tych przyjaciół nie zadzwonił do mnie i nie zapytał co się stało, chociaż znali mnie wiele lat i znali mój system wartości.

Zadzwonił jeden, w innym celu, żeby mi coś zakomunikować, zadzwonił ten, który odwiedzał regularnie nasz dom, wyżalał się, szukał pocieszenia, wsparcia, modlitwy i ja to razem z nim wszystko przerabiałam, wiele godzin, przez wiele tygodni, miesięcy, wielogodzinne rozmowy o nim i o jego życiu. Nie wypominam i nie żałuję, że wspierałam go przez kilka lat. I on zadzwonił i mi powiedział, że nie chce mnie znać, bo Bóg mu na to nie pozwala. I dwa tygodnie temu spotkaliśmy się w Kościele. Przechodziłam obok. Spotkaliśmy się wzrokiem. Przyjaciel. Na dobre i złe.

Wczoraj w Kościele spotkałam innego. Przyjaciel, któremu swojego czasu mogłam pomóc- lubię pomagać, kiedy wyszedł z więzienia i potrzebował wsparcia i pomocy, zaufałam mu. Mimo jego więziennej przeszłości, nie oceniłam kiedy ożenił się z dużo, dużo starszą od siebie kobietą, uroczą zresztą i przemiłą kobietą. I cieszę się zresztą, że są razem i są szczęśliwi.
Siedziałam w Kościele, nabożeństwo się rozpoczęło już, on wchodził z żoną swoją, spotkaliśmy się wzrokiem, potrząsnął głową na mój widok i pokręcił. Poczułam jakbym dostała w twarz.  Żadne z nich nie zapytało co się stało i dlaczego-  ani on, ani żona jego. Przemiła i urocza kobieta.

Potem rozmawiałam z innym, wspólnym znajomym moim, ale bardziej rodziny M, poznałam go u rodziców M. Zaczepił mnie sam z siebie. Były ksiądz, przywitał mnie, porozmawialiśmy chwilę, wiedział o moim rozwodzie. Był miły i normalny. Porozmawiał ze mną, pożegnał się i poszedł.

Rozmawiałam jeszcze z inną parą takich znajomych, najpierw przyszła ona, potem jej mąż. Przywitać się. Zwyczajnie przyszli się przywitać.

Dobrze, że już przyszła wiosna, ale nie przyszła do wszystkich.
Niektóre serca są zamrożone.







środa, 22 lutego 2017

"Oto historia z kantem, co podwójne ma dno"

Zastanawiam się czy pisać o tej historii czy może lepiej nie pisać.
Bo może lepiej nie, może przejść nad tym i pójść dalej.
Ale jak?

Matrix dosięgnął mnie. I powoli po raz kolejny zbieram się w jeden kawałek.

Facebook wczoraj zaproponował mi nowych znajomych.

A wśród nich mojego byłego męża.

Patrzyłam na jego zdjęcie z moim synem i nie mogłam uwierzyć w to co widziałam.
Ciężko mi to było ogarnąć moim umysłem, powoli docierało, że wszyscy jego znajomi, dla mnie są zupełnie nieznajomi. Zupełnie obcy mi ludzie, ani jednego wspólnego znajomego komentującego jego posty.

 A tam jakby drugie życie.
Inni znajomi, nikt kogo znam, nikt.
Nikt z rodziny. Właściwie wszyscy byliśmy oszukiwani.
Dotarło do mnie jak obuchem dlaczego nie zabierał mnie na firmowe imprezy, dlaczego nie poznałam nikogo z jego pracy.

Na zdjęciach tylko on i nasze dziecko.
I pies.
I kot.

Ale mnie nie było nigdy na tym profilu.
Podwójne życie mojego jeszcze wtedy męża. Profil istnieje od 2013 roku. Do 2015 nic się chyba nie działo. Chyba, bo oglądałam profil z pozycji kogoś obcego, a nie znajomego. Więc nie wiem, co oglądają znajomi. Natomiast  działa regularnie od 2015 roku,
gdzie jeszcze nasze małżeństwo też się działo.
Jego wpisy, komentarze i serduszkowe polubienia jakiś dziewczyn.
Dziesiątki dziewczyn, twarzy, których nie znam.

Nie powiem, zabolało mnie. Bo działo się, kiedy był mój, ale k... nie mój.

Okazało się, że jego znajomi i moi znajomi są w tej samej branży (muzyczno, filmowo- teatralnej) i facebook uznał, że powinnam poznać drugą twarz M. Jakże ja się cieszę, że nie stało to się wcześniej, że jestem w innym miejscu, że mam się na kim oprzeć i kocha mnie ktoś inny i szanuje. Że nie udało mu się zniszczyć mojego życia. Że opatrzność nade mną czuwała. I piekło otwarło swoją czeluść kiedy już mnie nie mogło połknąć.

Na wszelki wypadek.
Na wszelki wypadek gdyby mój były zdecydował się zablokować i usunąć swój drugi, alternatywny profil, to porobiłam screeny. Gdyby ktoś mi nie uwierzył, chociaż mam świadków, którzy widzieli ten alternatywny profil, mogę udostępnić screeny.
Nie napiszę jak nazywa się ten nowy profil. Zaraz tam polecicie go oglądać. Może facebook sam Wam powie. A może M się ujawni i połączy swoje światy.

wtorek, 7 lutego 2017

Powoli mija rok

Powoli mija rok. Mniej więcej w tym czasie rok temu zaczyna do mnie docierać gdzie jestem i jak wygląda moje życie. Powoli odkrywam jak strasznie jestem zmęczona swoim życiem. I jak mało jestem szczęśliwa w swoim życiu prywatnym. Jak żyję w wyłączeniu i nie słucham co On do mnie mówi. Nie dopuszczam do siebie

T y c h  s ł ó w

J e s  t  e  ś     g  ł u   p i  a

J e s t e       ś     g ł u p i     a
 J e s t eś

N i e   j e s t e m

N i e  m a  m n i e

 nie istnieję, n
ie czuję


***


Zacząć czuć z powrotem, kiedy się już nic nie czuje nie jest łatwo.

***

On pisze, że nie może widywać się z dzieckiem ile by chciał. Kto Go ogranicza? On sam.
Sam decyduje ile i kiedy chce być ze swoim synem. Czy chce ze swoim dzieckiem przeżywać swoje życie. Czy chce z nim pójść do dentysty, lekarza. Czy chce spędzić z cały swój wolny dzień, ale nie- On ma swoje sprawy. Ja go zdradziłam, zostawiłam, nie będzie mi pomagał, odciążał. Nie będzie przeoraganizowywał swojego życia. Bo WINNA jestem ja.





***

I On potem na śmieciowym portalu społecznościowym pisze, żali się, że nie może spędzać ze swoim dzieckiem tyle czasu ile by chciał. Ależ możesz. Tyle ile chcesz. Możesz być tatą na pełen etat. Właściwie nigdy nie powiedziałam nie, chyba, że gdzieś akurat byliśmy, czy coś poważnego zaplanowaliśmy. A tak, zawsze. Mimo, że dzwonisz chwilę przed i oczekujesz pełnej gotowości.

A jak nie odbiorę telefonu od razu, to mam  P u s ty łep, bo przecież nie dzwonisz dla przyjemności.






***

Łatwo jest ocenić drugą osobę i przypiąć jej łatkę. Łatwo osądzić. I myśleć o niej źle.
A tak ciężko wyjść z przemocowego związku, tak ciężko nie dać się presji. I pójść na opak. I ciężko zaczynać od początku. zaczynać się uczyć zaufania do drugiej osoby od początku. Ciężko jak szlak.