poniedziałek, 13 marca 2017

Podwójne dno ciąg dalszy

Jestem chrześcijanką. Wierzącą kobietą, wierzę, że Jezus umarł za moje grzechy i dzięki Niemu i jego ofierze mogę być zbawiona. Nie dzięki sobie i swoim poczynaniom. I całe szczęście, bo gdyby było inaczej, poszłabym do piekła. Bo jestem grzesznikiem i popełniam błędy. Ale Jezus umarł za mnie i moje grzechy, i dzięki Niemu jestem wolna.

I właśnie przez swoją wiarę byłam przekonana, że nie mogę odejść od męża, co by nie było, chyba, że zdradza. Ale kiedy nie zdradza? Jest jaki jest, ale nie zdradza? To nie mogę. I już.

Tak myślałam przez wiele, wiele lat, płakałam, modliłam się, bo przecież byłam i jestem wierząca, płakałam, próbowałam rozmawiać, wychodziłam z domu w nocy i chodziłam po pustych ulicach, i chodnikach. Nie widziałam rozwiązania. Przez wiele, wiele lat. Myślałam, że tak trzeba.

Że nie zdradza, nie bije, nie bierze narkotyków, nie pije, przynosi pieniądze do domu. I chciałam wierzyć, że to wystarczy. Że musi tak być, że nie trzeba oczekiwać więcej.
A Bóg mówi, że jest dla mnie pełnia, jaka pełnia? Pełnia życia, szczęście i spełnienie w Nim, ale i w moim życiu. Jaka pełnia? Pełni nie było od lat, potem już nawet nie rozmawialiśmy. M. mówił, że przychodzę do domu i nie rozmawiam z nim. Nie rozmawiałam rzeczywiście, zatrzasnęłam się, zablokowałam, żeby już nic nie czuć. Żadnych emocji. Nie chciałam, żeby docierały do mnie słowa, że jestem głupia, że moi przyjaciele są głupi, że moja rodzina jest głupia, że jestem złą matką, że się źle zajmuję swoim dzieckiem, że mnie wykorzystuje siostra. I nie rozmawiałam, nie mówiłam, zatrzasnęłam się bez świadomości. Nawet nie wiem kiedy dokładnie to się wydarzyło. Czasem jeszcze szlak mnie trafiał. I tak było ostatnim razem, że wyciągnął jakiś stary temat i od wejścia mojego do domu mnie zaatakował, tak się właśnie czułam- atakowana i musiałam cały czas się bronić. I coś mi pękło w środku.
Potem kolejne zdarzenie i znowu coś mi w środku trzasnęło.

Dotarło do mnie nagle, że nie dam rady tak dalej żyć, że coś się we mnie skończyło. Jeszcze przez chwilę czekałam, że on coś z tym zrobi, że się opamięta, że doń dotrze. Ale nie, był tylko zły, strasznie zły, wściekły a ja dalej byłam winna wszystkiemu.

Nie wiem na ile przyczyniła się moja znajomość z Kimś Innym, pewnie się przyczyniła, chociaż ja świadomie tego tak nie czułam, do mnie docierało z siłą wodospadów w jakim miejscu jestem i jak bardzo spieprzyłam swoje życie. Ale motorem napędowym nie była Nowa Znajomość. Nie zostawiłam M., bo chciałam być z kimś innym. Nie wytrzymałam, nie byłam w stanie sobie wyobrazić, że mogę dalej być z M, że możemy dalej żyć razem, mieć wspólne dni, lata. Nie byłam w stanie tego unieść.

Do czego zmierzam, bo właściwie do czegoś zmierzam. Byliśmy wczoraj w Kościele. Jestem protestantką. Te protestanckie społeczności działają inaczej niż katolickie, są bardziej zwarte, z wyboru, ludzie się znają, przyjaźnią i.
Byłam w Kościele, bo dalej jestem wierząca, dalej chcę być blisko Jezusa, dalej chcę. W Tym Kościele zdarzają się nasi wspólni przyjaciele i znajomi. Moi i M. Żaden z tych przyjaciół nie zadzwonił do mnie i nie zapytał co się stało, chociaż znali mnie wiele lat i znali mój system wartości.

Zadzwonił jeden, w innym celu, żeby mi coś zakomunikować, zadzwonił ten, który odwiedzał regularnie nasz dom, wyżalał się, szukał pocieszenia, wsparcia, modlitwy i ja to razem z nim wszystko przerabiałam, wiele godzin, przez wiele tygodni, miesięcy, wielogodzinne rozmowy o nim i o jego życiu. Nie wypominam i nie żałuję, że wspierałam go przez kilka lat. I on zadzwonił i mi powiedział, że nie chce mnie znać, bo Bóg mu na to nie pozwala. I dwa tygodnie temu spotkaliśmy się w Kościele. Przechodziłam obok. Spotkaliśmy się wzrokiem. Przyjaciel. Na dobre i złe.

Wczoraj w Kościele spotkałam innego. Przyjaciel, któremu swojego czasu mogłam pomóc- lubię pomagać, kiedy wyszedł z więzienia i potrzebował wsparcia i pomocy, zaufałam mu. Mimo jego więziennej przeszłości, nie oceniłam kiedy ożenił się z dużo, dużo starszą od siebie kobietą, uroczą zresztą i przemiłą kobietą. I cieszę się zresztą, że są razem i są szczęśliwi.
Siedziałam w Kościele, nabożeństwo się rozpoczęło już, on wchodził z żoną swoją, spotkaliśmy się wzrokiem, potrząsnął głową na mój widok i pokręcił. Poczułam jakbym dostała w twarz.  Żadne z nich nie zapytało co się stało i dlaczego-  ani on, ani żona jego. Przemiła i urocza kobieta.

Potem rozmawiałam z innym, wspólnym znajomym moim, ale bardziej rodziny M, poznałam go u rodziców M. Zaczepił mnie sam z siebie. Były ksiądz, przywitał mnie, porozmawialiśmy chwilę, wiedział o moim rozwodzie. Był miły i normalny. Porozmawiał ze mną, pożegnał się i poszedł.

Rozmawiałam jeszcze z inną parą takich znajomych, najpierw przyszła ona, potem jej mąż. Przywitać się. Zwyczajnie przyszli się przywitać.

Dobrze, że już przyszła wiosna, ale nie przyszła do wszystkich.
Niektóre serca są zamrożone.