Jaka to miłość, która jest bezpieczna dla nas, dla dziecka, dla męża, dla żony, dla przyjaciółki i przyjaciela?
To miłość niezachłanna, zostawiająca przestrzeń osobie, którą kochamy. Miłość akceptująca, znamy tą drugą osobę doskonale i znamy nie tylko jej zalety, znamy jej wady i kochamy z tymi wadami. Akceptujemy całą osobowość, a nie wybrane, poszczególne kawałki, mało tego, wzruszają nas jej, jego, onej, onego wady. A kiedy widzimy, że sobie nie radzi, wspieramy i pomagamy. Ale nie zmieniamy sami, na siłę w imię miłości.
Chcę dziś napisać o miłości bezpiecznej do dziecka. Do swojego dziecka. I będę nadużywać słowa nasze, i słowa dziecko.
Miłość rodzicielska, to trudna miłość, bo wymagająca i łamiąca nasze myślenie, nasze zasady, nasze konsekwentne postępowanie, ta miłość przesuwa nasze granice, daje siłę do robienia tego na co byśmy się nigdy nie zdobyli. To miłość budująca, miłość od pierwszych chwil życia dziecka, to miłość uskrzydlająca.
Kiedy pojawia się dziecko, mamy go za dużo, dużo za dużo, jest ciągle z nami, na nas, ma oczekiwania, które zaspokoić możemy tylko my, jesteśmy niezastąpieni i kiedy próbujemy zniknąć, czytaj pójść do pracy, sklepu, spotkać się z koleżanką, to jest protest i wrzask.
Próbujemy zaprowadzić do miłego, bezpiecznego, pełnego zabawek przedszkola a ono znowu jest na nie, łapie nas za ręce, nogi, poły płaszcza a my
próbujemy się uwolnić. Różnie na to reagujemy, czasem mamy ochotę płakać z naszym dzieckiem, czasem trafia nas szlak. Potem powoli mały człowiek zaczyna się robić samodzielny a my przestajemy być niezbędni i niezastąpieni. Niektórych to boli, można się poczuć odrzuconym przez własne dziecko, albo można pomyśleć, to już? Już mnie nie potrzebuje, już nie czeka na ławeczce w przedszkolu na mnie w porze, kiedy zwykłem przychodzić? Czasem to szybciej się dzieje czasem wolniej. Czasem intensywniej przebiega dzieciństwo naszego dziecka, czasem spokojniej. Ale prędzej czy później nasze dziecko stanie się dorosłym człowiekiem. I to od nas rodziców zależy 99,9 % a nawet w 100 % szczęśliwe dzieciństwo naszego dziecka i spełniona dorosłość.
Czy umiemy kochać bezpiecznie? Czy będziemy wsparciem, czy kłodą u nogi naszego dziecka.
Możemy kochać bezwarunkowo, niezależnie od tego co zrobi czy nie zrobi, czy będzie dzieckiem ruchliwym i nieposkromionym, czy spokojnym, ale za to nieśmiałym. Czy będzie kochało się uczyć, czy będzie uwielbiało sport. Nie uzależniajmy swojej akceptacji od osiągnięć dziecka. Nie karajmy go brakiem akceptacji, za jego niepowodzenia. Bo niepowodzenia same w sobie są trudne do uniesienia, a jeszcze nasza dezaprobata, to zniszczy poczucie bezpieczeństwa naszego dziecka.
"Znowu Ci się nie udało być grzecznym"
"Zawsze musisz coś zepsuć"
"Nigdy nie możesz zrobić nic dobrze"
"Jesteś niedobrym dzieckiem"
"Mam już Ciebie dosyć"
"Wykończysz mnie"
Jak to brzmi? Boli już samo czytanie.
A co czuje dziecko słuchając tych słów? Jakie szkody wyrządzają te słowa?
Te słowa niszczą własną akceptację naszego dziecka, niszczą wiarę w siebie i swoje możliwości i co najważniejsze, niszczą relację rodzic- dziecko. Bo nasze dziecko nie czuje się akceptowane w pełni.
Ale jak być i wspierać naszego syna czy córkę? Przede wszystkim być i wspierać i wierzyć, że się uda, a kiedy się nie udaje współczuć i być razem w trudnej chwili.
I wspólnie szukać rozwiązania na wyjście z trudnej sytuacji.
"Kocham Cię i zawsze Cie będę kochać"
"Razem sobie poradzimy"
"Znajdziemy rozwiązanie"
"Jesteś dla mnie cenny i ważny"
"Chodź razem pójdziemy przeprosić"
Tak, to trudne, szalenie trudne, nie przenosić naszych oczekiwań na dziecko i nie uzależniać naszej akceptacji od jego osiągnięć. Trudno nie oceniać i nie osądzać, kiedy sami byliśmy i jesteśmy oceniani i osądzani. Warto zacząć od siebie i zobaczyć co mamy w środku. Zaakceptujmy siebie i swoje porażki. Swoje upadki i potknięcia, to one najbardziej kształtują naszą osobowość i uczą życia. Zaakceptujmy męża, żonę i wspólnie budujmy relację ze swoim dzieckiem. Zamiast kary, spróbujmy zrozumieć postępowanie naszego dziecka. Dlaczego to robi, dlaczego tak się zachowuje. Wtedy łatwiej nam będzie pomóc, weprzeć i poszukać rozwiązania.
Nasze dziecko nie uniknie potknięć, złych decyzji, straconych okazji, złych ocen w szkole, głupich wybryków, podobnie jak my tego nie uniknęliśmy. Tyle, że od nas zależy czy nasze dziecko wyjdzie z nich zwycięsko, czy będzie żyło w poczuciu porażki. I braku akceptacji ze strony rodziców.
To co możemy dać naszemu dziecku, to miłość bezwzględna, niezależna od jego postępowania. To miłość budująca jego poczucie wartości, że jest cenne samo w sobie.
To relacja pełna miłości i brak strachu przed karą ze strony rodzica, to świadomość dziecka, że co by nie zrobiło, to może przyjść do rodzica, a rodzic razem z nim pomoże znaleźć rozwiązanie i wesprze je w trudnej sytuacji.
Czy to łatwe? Nie, to bardzo trudne, ale warto.