poniedziałek, 25 maja 2015

Wyrwałam się

W niedzielę pojechaliśmy rodzinnie do Miejskie ZOO.
Musieliśmy, to był nasz pierwszy wspólny dzień od nie pamiętam kiedy i naprawdę musieliśmy.
Musiałam, mimo, że powinnam w tym czasie ogarniać tysiąc innych spraw, mimo, że kończyłam chorować
i byłam bez sił, to musiałam. Bo moje dziecko musi mieć jakieś wspomnienia, bo mój mąż musi mieć żonę.

Pogoda miała podobne zdanie, bo musiała być przepiękna. Słoneczna, że aż.

Jakże to inna była wyprawa niż ta zeszłoroczna. W poprzednim roku szliśmy z Jeremiaszem za rękę za Michałem mężem moim, który postanowił zobaczyć wszystkie zwierzęta w ZOO.
O nie, w tym roku było zupełnie inaczej. I wiele zwierzaków w tym roku Bocianów nie oglądało, bo w tym roku Jeremiasz oglądał co chciał i my dreptaliśmy za nim albo staliśmy i czekaliśmy aż...

Aż Jeremiasz skończy wizytę w ptaszarni, a potem odwiedziliśmy ptaszarnie jeszcze raz na specjalne życzenie młodego...

Aż Jeremiasz skończy karmić kozy (wiem, nie wolno dokarmiać zwierząt w ZOO, no ale kozy trawą nie dokarmiać? wszyscy karmili kozy), owce, barany, osły





Aż Jeremiasz skończy patrzeć jak jeździ kolejka (cztery tury oglądaliśmy, oglądając spotkałam dawno nie widzianego a bliskiego sercu przyjaciela z ładną, szczupłą żoną i uroczym synkiem, rok już mieszkają w Polsce, w Warszawie, a spotkaliśmy się przypadkiem dzięki tej ciuchci na którą gapił się Jeremiasz). Gdy kolejka ruszyła po raz piąty odmówiłam współpracy i poszliśmy precz. Żeby nie było- najpierw tą ciuchcią Jeremiasz musiał się przejechać...



























Aż Jeremiasz zje gofra z bitą śmietaną :)



Aż Jeremiasz pojeździ na koniku (na prawdę to była zebra :))



 Widzieliśmy w przelocie jakieś małpy, śpiącego goryla, śpiącego misia białego, słonie i tyle.
Piękna to była niedziela.



sobota, 16 maja 2015

Zapracowana

Jestem zapracowana jak szlak. Pracuję cały tydzień, a potem weekend, pomiędzy uczelnia, prace pisemne, egzaminy, praca dyplomowa. I tak będzie do końca czerwca. Z utęsknieniem czekam na lipiec, żeby pracować tylko od poniedziałku do piątku i jakieś wakacje odbyć.

Mam marzenie- mieć wolne weekendy... Na dzisiaj marzenie ściętej głowy.
Pomyśleć, że kiedyś marzyłam o tym, żeby być bardzo zajętą personą, taką bizneswomen.
Tak, tak, chciałam mieć dużo na głowie, mieć zapchany kalendarz, jeździć autem na spotkania biznesowe, prowadzić szkolenia. A dziś marzy mi się wolny weekend. Coś za coś kochani, fajna praca, realizowanie się, rozwijanie- to się obywa kosztem czasu, kosztem wakacji, kosztem odpoczynku. Nie ma nic za darmo.


Kiedyś nie mogłam kupić butów, spodni, torebki, bo... nie miałam za co. Dziś nie mam kiedy. Nawet mi się nie chce iść do sklepu i robić zakupów. Zakupy jedzeniowe robimy w najbliższym Lidlu, a resztę przy okazji lub przez internet.

Chce mi się usiąść na kanapie i pooglądać z Jeremiaszem bajkę, poczytać z nim książkę, zjeść z chłopakami obiad, kwiatki zasadzić na balkonie i w ogródku, wypić kawę z przyjaciółką. I nie robić NIC.

piątek, 1 maja 2015

Miłość bezpieczna- rodzicielstwo

Jaka to miłość, która jest bezpieczna dla nas, dla dziecka, dla męża, dla żony, dla przyjaciółki i przyjaciela?
To miłość niezachłanna, zostawiająca przestrzeń osobie, którą kochamy. Miłość akceptująca, znamy tą drugą osobę doskonale i znamy nie tylko jej zalety, znamy jej wady i kochamy z tymi wadami. Akceptujemy całą osobowość, a nie wybrane, poszczególne kawałki, mało tego, wzruszają nas jej, jego, onej, onego wady. A kiedy widzimy, że sobie nie radzi, wspieramy i pomagamy. Ale nie zmieniamy sami, na siłę w imię miłości.



Chcę dziś napisać o miłości bezpiecznej do dziecka. Do swojego dziecka. I będę nadużywać słowa nasze, i słowa dziecko.
Miłość rodzicielska, to trudna miłość, bo wymagająca i łamiąca nasze myślenie, nasze zasady, nasze konsekwentne postępowanie, ta miłość przesuwa nasze granice, daje siłę do robienia tego na co byśmy się nigdy nie zdobyli. To miłość budująca, miłość od pierwszych chwil życia dziecka, to miłość uskrzydlająca.

Kiedy pojawia się dziecko, mamy go za dużo, dużo za dużo, jest ciągle z nami, na nas, ma oczekiwania, które zaspokoić możemy tylko my, jesteśmy niezastąpieni i kiedy próbujemy zniknąć, czytaj pójść do pracy, sklepu, spotkać się z koleżanką, to jest protest i wrzask.
Próbujemy zaprowadzić do miłego, bezpiecznego, pełnego zabawek przedszkola a ono znowu jest na nie, łapie nas za ręce, nogi, poły płaszcza a my
próbujemy się uwolnić. Różnie na to reagujemy, czasem mamy ochotę płakać z naszym dzieckiem, czasem trafia nas szlak. Potem powoli mały człowiek zaczyna się robić samodzielny a my przestajemy być niezbędni i niezastąpieni. Niektórych to boli, można się poczuć odrzuconym przez własne dziecko, albo można pomyśleć, to już? Już mnie nie potrzebuje, już nie czeka na ławeczce w przedszkolu na mnie w porze, kiedy zwykłem przychodzić? Czasem to szybciej się dzieje czasem wolniej. Czasem intensywniej przebiega dzieciństwo naszego dziecka, czasem spokojniej. Ale prędzej czy później nasze dziecko stanie się dorosłym człowiekiem. I to od nas rodziców zależy 99,9 % a nawet w 100 % szczęśliwe dzieciństwo naszego dziecka i spełniona dorosłość.

Czy umiemy kochać bezpiecznie? Czy będziemy wsparciem, czy kłodą u nogi naszego dziecka.
Możemy kochać bezwarunkowo, niezależnie od tego co zrobi czy nie zrobi, czy będzie dzieckiem ruchliwym i nieposkromionym, czy spokojnym, ale za to nieśmiałym. Czy będzie kochało się uczyć, czy będzie uwielbiało sport. Nie uzależniajmy swojej akceptacji od osiągnięć dziecka. Nie karajmy go brakiem akceptacji, za jego niepowodzenia. Bo niepowodzenia same w sobie są trudne do uniesienia, a jeszcze nasza dezaprobata, to zniszczy poczucie bezpieczeństwa naszego dziecka.
"Znowu Ci się nie udało być grzecznym"
"Zawsze musisz coś zepsuć"
"Nigdy nie możesz zrobić nic dobrze"
"Jesteś niedobrym dzieckiem"
"Mam już Ciebie dosyć"
"Wykończysz mnie"
Jak to brzmi? Boli już samo czytanie.
A co czuje dziecko słuchając tych słów? Jakie szkody wyrządzają te słowa?
Te słowa niszczą własną akceptację naszego dziecka, niszczą wiarę w siebie i swoje możliwości i co najważniejsze, niszczą relację rodzic- dziecko. Bo nasze dziecko nie czuje się akceptowane w pełni.

Ale jak być i wspierać naszego syna czy córkę? Przede wszystkim być i wspierać i wierzyć, że się uda, a kiedy się nie udaje współczuć i być razem w trudnej chwili.
I wspólnie szukać rozwiązania na wyjście z trudnej sytuacji.
"Kocham Cię i zawsze Cie będę kochać"
"Razem sobie poradzimy"
"Znajdziemy rozwiązanie"
"Jesteś dla mnie cenny i ważny"
"Chodź razem pójdziemy przeprosić"

Tak, to trudne, szalenie trudne, nie przenosić naszych oczekiwań na dziecko i nie uzależniać naszej akceptacji od jego osiągnięć. Trudno nie oceniać i nie osądzać, kiedy sami byliśmy i jesteśmy oceniani i osądzani. Warto zacząć od siebie i zobaczyć co mamy w środku. Zaakceptujmy siebie i swoje porażki. Swoje upadki i potknięcia, to one najbardziej kształtują naszą osobowość i uczą życia. Zaakceptujmy męża, żonę i wspólnie budujmy relację ze swoim dzieckiem. Zamiast kary, spróbujmy zrozumieć postępowanie naszego dziecka. Dlaczego to robi, dlaczego tak się zachowuje. Wtedy łatwiej nam będzie pomóc, weprzeć i poszukać rozwiązania.
Nasze dziecko nie uniknie potknięć, złych decyzji, straconych okazji, złych ocen w szkole, głupich wybryków, podobnie jak my tego nie uniknęliśmy. Tyle, że od nas zależy czy nasze dziecko wyjdzie z nich zwycięsko, czy będzie żyło w poczuciu porażki. I braku akceptacji ze strony rodziców.
To co możemy dać naszemu dziecku, to miłość bezwzględna, niezależna od jego postępowania. To miłość budująca jego poczucie wartości, że jest cenne samo w sobie.
To relacja pełna miłości i brak strachu przed karą ze strony rodzica, to świadomość dziecka, że co by nie zrobiło, to może przyjść do rodzica, a rodzic razem z nim pomoże znaleźć rozwiązanie i wesprze je w trudnej sytuacji.
Czy to łatwe? Nie, to bardzo trudne, ale warto.