Życie to droga. Idziemy i dysponujemy tym czym dysponujemy, czegoś możemy dobrać, czegoś próbujemy się pozbyć. Mamy przy sobie swój umysł, rozum, doświadczenie, mamy ciało. Mamy co mamy, na wiele możemy wpłynąć, coś zmienić, douczyć się, zadbać o swoją fizjonomię, na niektóre sprawy nie.
Możemy, ale często tego nie robimy, bo jest blokada, ściana przez którą chcemy, ale nie możemy się przebić.
Walimy łbem w beton, raz i dwa i nic. Chcenie jest, ale wykonania jakoś brak.
I popadamy w stagnację, w bierność, robimy tyle o ile, żeby jakoś, nie dbamy o swoje ciało, pakujemy w nie różne śmieciowe jadła i napoje. Nie dbamy o swój umysł i zapychamy go chałą o niskim poziomie. Nie troszczymy się o swoje serce, emocje. Ani o swoje ani o bliskich, męża, żony, dzieci, dalszych i bliższych znajomych, czy przyjaciół.
Sprzedajemy swój niepomysł na życie. Szybko łapią to nasze dzieci. Przekazujemy im to, czego najbardziej byśmy pozbyć się ze swojego życia. I zataczamy koło przez pokolenia.
I co by było gdybyśmy chcieli przerwać to błędne, zębate koło?
Jak zrobić, żeby nie zderzać się ze ścianą?
...................................................................................................................................................................
Początek, trzeba zacząć od początku i trzeba pamiętać, że początki są nieefektowne, skromne, długo nie dzieje się nic, a wysiłek jaki wkładamy jest znaczny, bo walczymy z naszymi osobistymi brakami, brakiem akceptacji siebie, z którym mam wrażenie już się rodzimy, z brakiem akceptacji ze strony najbliższych, którzy mogą nie chcieć zmian, walczymy ze starymi przyzwyczajeniami. Zdarza się, że musimy pójść pod prąd, żeby stanąć w zgodzie z samym sobą.
Napotkamy opór. Opór własnego umysłu, opór ciała, opór emocji. Napotkamy strach przed nowym, nieznanym, niechęć do działania, brakuje energii.
Pierwszym krokiem jest szacunek do siebie samego, jest akceptacja człowieka, jakim jest, grubego czy chudego, łysego, z brzuchem, krzywymi nogami. Zaakceptuj siebie, bądź dla siebie delikatny i łaskawy.
Popatrz na siebie z troską. Nie obwiniaj się wciąż o coś, że jesteś złą żoną, matką, ojcem, mężem, że jesteś gruba, że się obżerasz, że siedzisz przed telewizorem i znowu coś jesz i oglądasz bzdurki zamiast.
Zamiast posprzątać, pobawić się z dzieckiem, zamiast porozmawiać z człowiekiem obok. Popatrz na siebie z akceptacją i miłością. Bo nie pokochasz drugiego człowieka zdrową miłością, jeżeli nie pokochasz siebie. I nie zaakceptujesz. Bo albo będziesz kontrolować swoją miłością, albo w poszukiwaniu akceptacji dasz kontrolować siebie i nie szanować.
Zmiana kierunku zaczyna się od Ciebie, nie od innych. Nie obwiniaj innych za swoje niepowodzenia życiowe, żony, męża, szefa, czy rodziców. Najbardziej lubimy obwiniać rodziców i swoje dzieciństwo. Przestań obwiniać innych za swoje porażki, obrałeś zły kierunek drogi.
Zmień kierunek i weź odpowiedzialność za swoje życie.
Zacznij od akceptacji samego siebie.
...................................................................................................................................................................
Pisałam już o tym, Jeremiasz obracając się w czasie snu, w nocy wyciągnął rączkę i włożył palec w oko.
Uszkodził mi rogówkę. I tak się stało, że z uszkodzoną rogówką odbyłam podróż samolotem z Polski do Szwecji. Ja, Jeremiasz i moja biedna uszkodzona rogówka.
Uszkodzona rogówka boli jak szlak, każde poruszenie powieki, to mega ból, każde poruszenie okiem ból. Nie pomaga zamknięcie oka, bo wciąż pod powieką oko się porusza. Szczególnie kiedy musisz patrzeć drugim okiem. I zalewa Cię kłujący, intensywny, nasilający się ból.
Leki przeciwbólowe nie działają. Oko łzawi cały czas, z nosa leci, bo jest mechanizm łączący oko i nos.
I w takiej sytuacji przez jeden dzień moje życie ulega przewartościowaniu. Moje ciało jest mieszkaniem dla mojego jestestwa i innego nie mam w zastępstwie. I do momentu kiedy wszystko działa jak należy, nie myślę o tym. Ale jedna uszkodzona rogówka i zaczynam patrzeć na siebie z innej perspektywy. Jakie znaczenie mają niewalory urody, byle nie bolało. Czy gruba czy chuda, nie ważne, byle nie bolało. Nie obchodziło mnie jak wyglądam i co inni o mnie myślą, rozmazanej i rozpłyniętej, byle nie bolało.
Wiecie ja dbam o swój umysł, emocje, ciało, staram siebie nie zaśmiecać głupimi informacjami, niezdrowym jedzeniem. Staram się. Ale była we mnie gdzieś nieakceptacja dla kilku dodatkowych kilogramów, drażnił widok w lusterku, bo lato, bo mniej ubrania, bo widać. I wiecie, odkryłam, że problem był w mojej głowie.
W braku akceptacji siebie takiej jakiej jestem. I kiedy to oko bolało, zrozumiałam jaki cel jest w dbałości o swoje ciało i umysł i serce, nie żeby zaspokoić swoje ambicje, nie żeby zaimponować koleżankom swoim, nie po to nawet, żeby podobać się mężowi. Nie. Celem jest troska. Troska o siebie.
poniedziałek, 17 sierpnia 2015
Szwecja w moich oczach
Bardzo zapragnęłam ten wpis popełnić w Szwecji, takie miałam marzenie. Piszę ten tekst na kolanie czekając na lot, rozglądam się dookoła.
................................................................................................................................................................
Siedzimy z Jeremiaszem w Gotenburgu na lotnisku i czekamy na samolot do Warszawy.
Pokonaliśmy drogę ze Smögen na Lotnisko w Göteborgu, jechaliśmy 2,5 godziny trzema autobusami i tylko raz próbowałam wysiąść nie na swoim przystanku. Wczoraj pojechaliśmy autem z moją siostrą i jej chłopakiem zobaczyć drogę z domu na przystanek autobusowy (w prawo, w lewo, 7 minut n nóżkach).
Gdy stanęliśmy po pokazie pod domem, poprosiłam Niklasa, żeby pokazał mi drogę jeszcze raz.
Najpierw popatrzył na mnie przeciągle w lusterku auta, nic nie powiedział, a potem pojechał autem na przystanek jeszcze raz.
..............................................................................................................................................................
Spędziłam z moim synem Jeremiaszem pięć intensywnych dni, pełnych wiatru, słońca i zjawiskowych, fantastycznych widoków. Widoki były bajkowe, jak z Hobbita. Kamienie pozrzucane z góry przez wielkoluda do morza, domki jak z widokówki.
W Szwecji jedliśmy krewetki z oczami, łowiliśmy makrele, dotychczas makrelę spotykałam wyłącznie w markecie, wyłącznie wędzoną.
Makrelami zajadał się mój syn, on generalnie się zajadał czym budził ogólny zachwyt, że tak pięknie je, nie pogardził nawet krewetkami z oczami, krewetki były świeże a nie zamrożone jak to u nas w zupełnie niemorskim kraju bywają. Krewetki z bułą i majonezem, jedzone na łodzi w słońcu, warto to przeżyć choć raz w życiu.
Gdy łowiliśmy ryby morze bujało i wiało, a ja siedziałam na dnie łódki motorówki, a moje dziecko miało wielką radość ze swojej wystraszonej matki. Gdy zaczęłam czuć obiad w gardle zlitowali się nade mną i wróciliśmy do brzegu. Lubię mieć ziemię pod stopami. Lubię patrzeć na morze z bezpiecznego brzegu.
Potem morze było łaskawsze, uciszyło się i wypogodziło.
.................................................................................................................................................................
Szwecja kraj piękny i surowy. Napatrzyć się nie mogłam. Nazachwycać się nie umiałam.
Szwecja kraj specyficznego poczucia humoru. Gdzie zabawne jest podtapianie młodszej może czteroletniej siostrzyczki przez dwie dorastające pannice. Kiedy matka spokojnie przygląda się procederowi z brzegu.
Szwecja gdzie Jeremiasz odkrył Pipi i się zachwycił szaloną dzikuską. Szwecja, gdzie odkryłam realność moich ulubionych książek z dzieciństwa Dzieci z Bullerbyn, Ronja, córka zbójnika.
Szwecja gdzie mieszka moja najmłodsza siostra, Szwecja, kraina za którą tęsknię już dziś.
Szwecja do której będę wracać.
..................................................................................................................................................................
O mały włos a nie polecielibyśmy do Szwecji, bo w noc przed wylotem Jeremiasz przez sen, obracając się w łóżku włożył palec do mojego oka. Bolało jak szlak, długo nie mogłam zasnąć z bólu. Miałam nadzieję, że rano będzie lepiej. Nie było, bolało przy każdym poruszeniu gałką oka, bardzo bolało. Zapakowałam krople z antybiotykiem do bagażu i pełna bólu i wątpliwości, pojechałam na lotnisko, do końca nie byłam pewna czy dobrze robię. Niewiele pamiętam z podróży do Szwecji poza wkurzającym, kłującym bólem uszkodzonej rogówki. Dopiero na miejscu, w Smogen, w domu Karoliny zakleiłam oko wielką kulą waty, ligniny i gazy. Bo w międzyczasie zadzwoniła moja kochana przyjaciółka i oświeciła jak ratować biedne oko.
Zakleiłam i poszłam spać. A dziecko poszło na powitalnego grilla. Gdzie właśnie zachwyciło swoim pięknym apetytem, pochłaniało podkładane najlepsze kąski rybki i mięska i oglądało po szwedzku Pipi :)
Następnego ranka oko działało jak należy, tyle, że nie ostrzyło jeszcze przez dwa dni.
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)









