piątek, 20 października 2017

metoo "Supełek"

Piszą kobiety, piszą o molestowaniu seksualnym. Pierwszy mój odruch "mnie to nie dotyczy".
Potem, powoli dociera do mnie, że tak, mnie to TEŻ DOTYCZY. Dotyczy mocniej niżbym tego chciała. "Jezu, nie, nie będę o tym pisać". Nie będę o tym pisać, bo to grząski temat i nie wiem dokąd mnie zaprowadzi. 

Kiedy trzy lata temu pozwoliłam sobie na myślenie, że też byłam ofiarą przemocy, to się okazało, że byłam i dalej jestem. A potem zaszły tak drastyczne zmiany w moim życiu osobistym,  że nigdy bym nie przypuszczała, że coś takiego może się jeszcze mi zdarzyć. Świat mi się przekręcił do góry nogami.

I teraz nie wiem dokąd zaprowadzi mnie myślenie "tak byłam molestowana". Jest we mnie wstyd, jest we mnie opór, żeby to ruszać. I jest we mnie tyle nie osobiście moich historii o molestowaniu, historii strasznych, historii, które nosiłam w sobie miesiącami i dalej je w sobie noszę. Historii gdzie winny nie został nigdy ukarany. Że myślę sobie- moje molestowanie to pikuś. Ale to nie jest PIKUŚ. 

O tych nie moich historiach  pisać nie będę, one zostały mi powierzone w tajemnicy i zostaną we mnie tajemnicą. Prawdziwą tajemną, przeklętą wiedzą, wspomnieniami mordercami dusz. 

Ja mam swoje wspomnienia. I podzielę się nimi, ale niechętnie. Bo mam mdłości kiedy o tym myślę i czuję coś na kształt obrzydzenia, kiedy myślę o nich: 

1. Wujek, który patrzył na mnie dziwnym wzrokiem i łapał mnie za kolana i kiedyś w nocy próbował wejść do mojego pokoju, ale głos cioci go zatrzymał. 

2. Starszy ode mnie kilka lat sąsiad, który mnie klepnął w pupę na klatce schodowej, szedł za mną po schodach. Miałam ze dwanaście lat może.

3. Młody chłopak ocierający się o mnie w autobusie, gdy już byłam dorosła. 

4, 5, 6, 7, 8, 9, 10, 11, 12, 13, 14................................................................................................................30, 40, 50...............................∞ I mnóstwo wypowiadanych do mnie seksistowskich, obleśnych tekstów na imprezach, spotkaniach towarzyskich, spotkaniach biznesowych. Uwag, na które robiło mi się niedobrze i miałam ochotę kolesiowi trzasnąć w mordę. Propozycje seksu składane przez nieznajomych na ulicy, 
kilku z tych facetów za mną szło najpierw, więc zatrzymywałam się wciekła i pytałam "czego chcesz"? I wyjasniałam potem, że ja nie jestem zainteresowana. Liczne "niemoralne" propozycje. 

Jest we mnie straszna niezgoda na męskie ciągle nagabywania, nawiązywania, porównywania wszystkiego do seksu, dupy, cycków i sama jeszcze nie wiem czego, i angażowania mnie w te rozmowy. Jestem zła, jestem wściekła, że faceci pozwalają sobie wobec mnie na te obrzydliwe komentarze. 

Jakim prawem mnie zaczepiacie i przekraczacie moją imtymność. Więc tak, nie życzę sobie, nie chcę i mnie to nie bawi. Czuję się niezręcznie. 

Na koniec zostawiłam historię, która jest jak wisienka na torcie. Bo jest najbardziej. Zaraz się dowiecie dlaczego jest Historią Najbardziej. 

Miałam wtedy trzynaście a może dwanaście, a może nawet jedenaście lat- nie pamiętam. Pojechałam ze starszą cioteczną siostrą i jej koleżanką na wakacje. Zatrzymaliśmy się na mojej wsi. Miejscu bezpiecznym, dla mnie znanym najbardziej. Mieszkałam na tej wsi jako dziecko. Mieliśmy tam domek parterowy. Gdy miałam sześć lat wyprowadzilismy się do miasta. 

Z dziewczynami spałyśmy na podwórku, w namiocie. Jak przygoda, to przygoda.

Pewnej nocy obudziłam się, coś mnie obudziło, takie dziwne uczucie a obok leżał M., kilka lat starszy sąsiad. M. miał może wtedy osiemnaście, dwadzieścia lat. Nie znaliśmy się, nie rozmawialiśmy nigdy, bo ja byłam dzieciak a on dużo starszy. Aż dorosłam. 

M. bawił się moim trampkiem, nie wypowiedział tej nocy ani jednego słowa. Najpierw pogłaskał mnie po kolanie. potem po udzie. Jego ręka powoli jechała do góry. A do mnie powoli docierało co się dzieje. 

Gdy ręka była już bardzo wysoko powiedziałam "NIE" i ręka zatrzymała się. Obok spała moja starsza cioteczna siostra a dalej jej koleżanka. Dziś, kiedy to analizuję, to myślę sobie, że M. nie mógł pozwolić sobie na nic więcej. Zabrał się więc i poszedł sobie. Nie mam w sobie emocji żadnych. Nie czuję właściwie nic jak o tym piszę. Tylko gdzieś głęboko we mnie zaciska mi się supełek. 

niedziela, 8 października 2017

Jeremiasz poszedł do szkoły

Zupełnie nie chcę pisać o szkole, zdaje się, że mam uraz czy coś. Bo jak myślę o szkole Jeremiasza, to mam mdłości. Jeremiasz przechodzi to lżej, a może takie mam tylko wrażenie, że lżej. W każdym razie lepiej ode mnie śpi i lepiej je. Ja mam z tym problemy. Mam też problemy z zaakceptowaniem szkoły samej w sobie, w takiej formie w jakiej ona funkcjonuje.
Otarliśmy się o szkołę państwową, Jeremiasz otarł się osobiście i fizycznie, wręcz boleśnie, ja mniej dosłownie, ale równie intensywnie.
Znalazłam dla Jeremiasza szkołę małą, kameralną, parterową, integracyjną, zależy mi, żeby Jeremiasz miał w klasie dzieci z orzeczeniami, integracyjną- dwie panie, 14- cioro dzieci. Szkołę państwową znalazłam, chciałam nie płacić za szkołę.

Pierwszy dzień: świetlica, dwóch uczniów bije trzeciego, początkowo dla wszystkich jest to zabawa, potem dwóch przewraca trzeciego, zdejmuje mu majtki i daje klapsy. Myślę sobie- przynajmniej to nie dotyczy mojego dziecka. Matka Egoistka.

Drugi dzień: chłopiec ze starszej klasy bierze mojego syna za ręce z tyłu i prowadzi go do szatni a tam przypiera buzią do ściany i daje klapa w tyłek, w tym momencie reaguje nauczycielka i odciąga tego chłopca od mojego chłopca. Myślę sobie- przynajmniej nauczyciel zareagował w porę.

Trzeci dzień: dwóch chłopaków bije się na korytarzu szkolnym (korytarz klas 1- 2)reszta dzieci krzyczy: bitka, b i t ka, b i t k a. Nauczycielki rozdzielają chłopców. Mój mówi "Mamo miałem
takie dziwne uczucie w brzuchu". Jezu, nie chcę, żeby moje dziecko miało takie uczucia w swoim brzuszku (moim zdaniem ciągle jeszcze małym brzuszku).

Czwarty dzień: dzwoni dzwonek, pani od wf u otwiera klasę, wpuszcza dzieci i wychodzi, nie ma jej 10 min., w tym czasie chłopiec z trudnościami- 9 latek próbuje siadać na inne dzieci- ja nie wytrzymuję i reaguję, i pytam mojego syna: "Jeremiasz podoba Ci się kiedy ten chłopiec- dajmy na to Marcin- siada na Ciebie? Nie podoba mi się, odpowiada moje dziecko. Marcin zejdź z Jeremiasza, jemu to się nie podoba".
Wpada pani od wf u "Uciekamy rodzice, uciekamy"- fuka na nas, na mnie i jeszcze jedną mamę, która stoi obok mnie milcząca. Nie mam słów. Rozmawiam z dyrektorem, przesympatycznym i otwartym na współpracę facetem. Rozmowa mnie nie uspokaja. Zastanawiam się co przyniesie kolejny dzień.

Piaty dzień: Jeremiasza odbiera tata. "Mamo- w wolnej chwili mówi Jeremiasz- jeden chłopiec na przerwie uderzył mnie w usta i się przewróciłem" pode mną ugięły się nogi. "Jak to się stało- pytam spokojnie i cicho, trzymam swoje emocje- opowiedz mi". Jeremiasz o szczegółach opowiada niechętnie. Chłopców było trzech, początkowo to była zabawa, potem dla chłopców dalej była to zabawa, ale dla mnie już nie- było ich trzech, z drugiej klasy, jeden to ten, co wcześniej ciągnął Jeremiasza za ręce. Przyparli mojego syna do ściany i trochę postukali, na koniec jeden strzelił go z pięści w usta, tak, że Jeremiasz upadł. z ust poleciała krew. Usta miał porozcinane w kilku miejscach jeszcze przez kilka dni.

Zrobiło mi się miękko w środku i niedobrze. Nie uniosłam sytuacji. Nie dźwignęłam.

Jeremiasz do tej szkoły nie poszedł już. chodził do niej miesiąc, bez tygodnia.
Po tej historii, której nie uniosłam rozmawiałam z wychowawczynią, psychologiem i dyrektorem.
I każdemu z nich powiedziałam własnie, że nie uniosłam, nie dźwignęłam, że nie czuję się bezpiecznie, że nie ufam, że nie wyobrażam sobie, żeby Jeremiasz miał chodzić do szkoły i wracać z rozbitą wargą. Wszyscy okazali mi zrozumienie.

Przeniosłam Jeremiasza do szkoły innej, prywatnej.
I zabrałam Jeremiasza z tej innej szkoły prywatnej,  po tym jak dyrektor szkoły przez tydzień nie znalazła czasu, żeby się ze mną spotkać i podpisać umowę, zabrałam go po tym jak wychowawczyni pierwszej klasy, do której Jeremiasz już chodził cztery czy trzy dni, gdy wychowawczyni w trakcie pierwszej rozmowy poinformowała mnie, że ma bardzo zdolne dzieci i połowa czyta bardzo dobrze a druga połowa mniej dobrze, ale też czyta. A Jeremiasz nie czyta i męczy mu się ręka jak pisze i jak nie czyta, to nie umie przeczytać polecenia i ona musi mu mówić CO JEST NAPISANE, bo jak zadanie jest trójstopniowe, to Jeremiasz nie pamięta wszystkiego od razu. Pani ma w klasie 6 dzieci, w tym jedno pod opieką nauczyciela wspomagającego i nieczytający Jeremiasz stanowi dla mniej problem. Chciałam to wyjaśnić z dyrektorką, ale nie odbierała mojego telefonu przez dwa dni. Nie chciałam, żeby moje dziecko było dla kogoś problemem, szczególnie w miejscu gdzie co miesiąc muszę zostawiać kupę pieniędzy. Chciałabym, żeby nauczyciel skupił się na moim dziecku a nie na tych innych bardziej zdolnych. Więc dyrektorka nie odbierała telefonu a mi się chciało płakać, bo myślałam sobie, że nie umiem współpracować z tak niepoważną placówką.

I przeniosłam Jeremiasza do kolejnej placówki, też prywatnej, ale którą odrzuciłam z różnych względów na początku. Wróciłam do niej. Porozmawiałam z dyrektorką, powiedziałam, że Jeremiasz jeszcze nie czyta i t o wcale jej nie wprowadziło w zdziwienie. I kolejnego dnia Jeremiasz pojechał do kolejnej szkoły. Niezbyt chętnie. Trochę miał już dość. Ja też miałam dość.

W nowej szkole w klasie są dzieci mieszane wiekowo i klasowo, Jeremiasz jest pierwszakiem, jest jeszcze dwóch drugoklasistów i jeden trzecioklasista i jeden zerówczak. Wszyscy w jednej grupie. Pani wychowaczyni jakoś posiada zdolność ogarniania dzieci na różnych poziomach umiejętności.

Udało mi się to poukładać, mimo, że szkoła jest dalej niż poprzednie i nie ma za bardzo świetlicy. Musiałam jakoś powklejać Jeremiasza integrację sensoryczną, korektywę i logopedę. A chcemy jeszcze teatr i wokal gdzieś dorzucić. Ale to za chwilę, jak się wdroży Jeremiasz w nowy sposób funkcjonowania.

Nowa szkoła Jeremiasza jest dosyć specyficzna, nie prowadzi rankingów, nie wiadomo, które dzieci są najlepsze, a które nienajlepsze. Są w tej szkole dzieci z różnymi trudnościami i dysfunkcjami. Nikt się nie dziwi, że Jeremiasz nie czyta a on właściwie czyta, proste wyrazy zaczął czytać.

Przez kilka kolejnych dni Jeremiasz pyta rano,  do której szkoły jedzie dziś.