piątek, 9 lutego 2018

Nieśmiertelny. Na pamiątkę. Tomek Mackiewicz

Nie wiem dlaczego historia Tomka Mackiewicza wstrząsnęła mną do głębokości. Nie znałam go, nie interesowałam się himalaistami. O tyle, o ile wspinanie się latem, kiedy jest ciepło umiem pojąć swoim umysłem, to wspinanie się na góry potwornie trudne, potwornie niebezpieczne zimą, jest dla mnie nie do pojęcia. Narażać życia nigdy nie miałam potrzeby. Kocham swoje życie i cenię i raczej jestem zachowawcza i ryzyko w żadnej formie mnie nie kręci.

Najpierw Tomkowi kibicowałam i wierzyłam, że ktoś wleci, wlezie na tą dziką górę i Tomka przetransportuje w dół. Im dłużej drążyłam temat, tym bardziej robiłam orient, że to będzie bardzo trudne, wręcz nierealne. Bo nic tam nie wleci, a jeżeli ktoś wejdzie, to i tak z Tomkiem nie zejdzie, bo Tomek gdyby umiał zejść, to by zaczął schodzić. A na plecach znieść się go nie da. Poza tym, żeby tam wejść trzeba się zaaklimatyzować na te wysokości. A czasu nie było.

I kiedy zrozumiałam, że Tomek nie zejdzie, helikopter po niego nie poleci, nikt go nie zniesie, to bardzo mną wstrząsnęło. Cholernie ciężko mi było pogodzić się z tym, że gdzieś w wielkim zimnie, w śniegu, w szczelinie umiera człowiek, zupełnie sam. I nic nie można zrobić. Zupełnie nic.

Zaczęłam szukać wywiadów, artykułów, materiałów z Tomkiem, żeby zrozumieć jakie mechanizmy zawiodły go na tą górę, górę, która go opętała na długie lata, bo próbował ją zdobyć siedem razy i za siódmym razem został na niej na zawsze, tuż przy samym szczycie. Ślepy, bez sił, z krwią w ustach, bardzo daleko od tych, których kochał. Sam.

I dotarło do mnie kilka faktów, Tomek był kiedyś narkomanem, brał heroinę, wyszedł z tego. Potem podróżował po świecie, sam, stopem, bez pieniędzy. Rowerem. Poznawał ludzi. Potem przykleił się jakoś do rzeczywistości, kiedy się ożenił i przyszły na świat jego dzieci. Przykleił się, ale niezupełnie, bo co roku, w zimie lądował w górach, w himalajach na co najmniej dwa miesiące, święta, sylwestra i swoje urodziny przez ostatnie siedem lat spędzał bardzo daleko od swojej rodziny. I wspinał się na Nanga Parbat. Potrzebował tego, by móc normanlie funkcjonować przez resztę roku w swoim kraju, ze swoją rodziną. Na tej górze ładował swoje akumulatory. Dlaczego tak? Nie wiem.

Czy Tomek chciał ryzykować swoim życiem? Nie chciał, mówił wielokrotnie w wywiadach, że nie chce, że kocha swoją rodzinę. Czy Tomek był szalonym ryzykantem i świrem? Moim zdaniem nie był, kiedy go słucham mówi rozsądnie i budzi moje zaufanie. Był oryginałem, był specyficzny, szedł własnym, wytyczonym przez siebie szlakiem życia, czy to potępiam, nie, podziwiam. Był sobą od początku do końca.

Co się stało, że Tomek nie wrócił z Nanga Parbat?
Moim zdaniem, po przeanalizowaniu życiorysu Tomka, doszłam do wniosku, że Tomek miał poprzesuwane granice. Te granice mu się poprzesuwały być może wtedy,  kiedy był narkomanem. A może wcześniej a może później. Ale stawiam na czas narkotyków. Bo kiedy brał,  realnie ryzykował swoje życie a narkotyki go nie zabiły. I kiedy żył na ulicy, żebrał na narkotyki, to przeżył.

Po takich przejściach nabierasz dystansu do życia i przestajesz bać się śmierci (Tomek powiedział w wywiadzie w dtvn, że nie tak łatwo jest umrzeć i ma potrzeby się tego bać, że się umrze), kiedy wyłączy się człowiekowi naturalny strach przed śmiercią to co jest dalej? Co nas ochroni, jeśli nie nasz naturalny strach przed śmiercią? Co nas powstrzyma w porę i uchroni przed niebezpieczeństwem? Co się stać może, kiedy przesuwamy granice strachu, nie liczymy się z nimi, nie zabezpieczamy się, wierzymy w swoją nieśmiertelność, że co nas nie zabije, to nas wzmocni.

Tyle, że kiedy poprzesuwaliśmy te granice i nie słuchamy swojego organizmu, kiedy daje nam sygnały a my mu mówimy jeszcze troszkę, jeszcze kawałek. Dasz radę, potrafisz.To okazuje się, że ostateczną granicą naszego jestestwa, nie jest silna wola a nasz organizm.

Taka piękna pułapka, w którą sama wpadłam, kiedy przez wiele lat nie patrzyłam na granice swojego ciała, organizmu, psychiki tylko parłam w górę. Myślałam dam radę, przetrzymam, wytrzymam, przeżyję, jestem twarda.

I w którymś momencie dotarło to do mnie i puściłam. Skupiłam się na sobie i tym, czego chcę ja, czego potrzebuję ja, na co mam ochotę. Moja silna wola jest tak samo silna jak była, ale mój organizm powiedział stop, skutki były takie jakie były:
masakryczne migreny, gdzie nie działały już żadne leki, ani tryptany ani opiaty, nic,
powycierane zęby i przeskakująca szczęka,
nadwrażliwy żołądek i mega bóle żołądka po każdym jedzeniu
i luki w pamięci. I mega mechanizmy wyparcia, blokady moje.

A jaką cenę zapłacił Tomek Mackiewicz? Najwyższą.
Został na górze, a na dole zostawił cały swój świat.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz