środa, 18 września 2019

Moja ciąża nie była czasem najpiękniejszym

Pierwszy raz byłam w ciąży gdy miałam 30 lat, zaszłam w wieku 29 lat a urodziłam na 30- tkę.
I ta ciąża była znośna, uciążliwa, ale znośna, bez mdłości, aktywna do samego porodu (a pracowałam jako instruktor teatralny i instruktor tańca, i animator imprez- klaun z brzuchem wyglądał przezabawnie), dodatkowo był to czas zakładania naszego pierwszego przedszkola.
Wyniki miałam sportowca, słusznie zresztą, bo do 6 miesiąca biegałam, potem brzuch mi przeszkadzał i przestałam biegać, natomiast spacerowałam z psem po lesie z  wielką przyjemnością do samego porodu. Sprawa się rypła przy porodzie, bo poród zakończył się nieplanowaną cesarką na skurczach partych i moją traumą.
To, że mam traumę wyszło przy mojej drugiej ciąży, w którą zaszłam dokładnie 10 lat potem mając lat 39 a rodząc mając 40. Ta ciąża była też planowana, ale bez atencji (pierwsza też bez atencji), na kontrolnej wizycie u ginekologa dowiedziałam się, że jestem w ciąży. A ja myślałam, że mam depresję. Bo od kilku tygodni miałam "padnięty" nastrój, uciekła moja cała energia, został ze mnie balonik pusty flaczek, chciało mi się spać i nie chciało mi się jeść, poza spaniem nic mi się nie chciało.
Początkowo nawet się ucieszyłam z tej ciąży aż do pojawienia się mdłości, bo mdłości były potworne, nie byłam w stanie wstać z łóżka, umierałam. Aż się domyśliłam, że za mdłości odpowiedzialny jest duphaston, przypisany przez <epitety> ginekologa na wszelki wypadek i dowiedziałam się później, że zanim się go przypisze, to bada się poziom progesteronu. Widocznie ja miałam bardzo dużo swojego progesteronu skoro po duphastonie zdychałam dosłownie. Po moim samozwańczym odstawieniu poczułam się o niebo lepiej, ale ostatecznie mdłości miałam do dnia porodu.
Miałam mdłości, było mi słabo, mogłam spać całą dobę (ale nie mogłam, bo musiałam cały czas chodzić siku, nie mogłam, bo musiałam zawozić i odbierać Jeremiasza ze szkoły). I tak się złożyło, że największą dotychczasową inwestycję życia zaczęłyśmy z Anią realizować w mojej drugiej ciąży. Więc czasu na spanie miałam jakby mniej niżby mój organizm chciał a chciał.
Ciąża zdrowa, książkowa, idealne wyniki i zdychająca ja, poza złym czuciem w przestrzeni fizycznej, miałam obniżony nastrój całą ciążę. Było mi smutno, płakałam bez powodu. Jechałam autem i płakałam, bez widocznego powodu właśnie.
Całej ciąży towarzyszyła głównie jedna myśl, a raczej dwie, że to się kiedyś skończy a druga, że ciąża nie jest celem tylko środkiem do celu. To mi dawało jakiś napęd do przeżycia. Kiedy nie MUSIAŁAM robić nic, nie robiłam NIC. Leżałam na leżaku na balkonie i patrzyłam przed siebie albo w niebo, albo spałam w najchłodniejszym pokoju. Bo lato tego roku mieliśmy upalne...

Trauma po pierwszej ciąży objawiła się ogromnym lękiem o Gabrysię i strachem przed porodem naturalnym.
Było we mnie i jest zero zaufania do lekarzy, że będą mnie traktować poważnie i moje odczucia, że coś się dzieje niepokojącego. Bo przy pierwszym porodzie nie zostałam potraktowana poważnie (to nie był jedyny moment kiedy lekarze mieli w.... to co mówię). Ja mówiłam, że rodzę i mam skurcze parte a moja położna i lekarze mówili, że jeszcze nie, bo to za szybko. Aż mi zajrzeli między nogi i okazało się, że rzeczywiście rodzę a potem wszystko potoczyło się bardzo szybko. Ja chciałam rodzić, moje ciało chciało rodzić a oni mnie zawieźli na cc. I trochę z nimi walczyłam, żeby jednak urodzić.
Więc drugiego takiego razu sobie nie umiałam wyobrazić, po prostu nie i już. Wiedziałam, że nie dam rady podejść do porodu naturalnego. Szczęściem w nieszczęściu miałam też wskazania do cc medyczne. W każdym razie tak czy siak, mimo skierowania od mojego gin na cc, musiałam całą procedurę przejść od początku i to co było oczywiste dla mojego gin nie było oczywiste dla Pani dr hab. nadzw. na Solcu. Ostatecznie miałam to cc a ta wyżej wymieniona Pani Wspaniała ustaliła mi termin po moim terminie porodu i Gabrysia zaczęła się rodzić w swoim terminie, sama z siebie.
I rodząc pojechałam na Solec. Solec przywitał mnie niechętnie.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz