czwartek, 25 czerwca 2015

W dążeniu do celu

Wiele razy, żeby coś zdobyć, zrealizować, mieć- musiałam się uprzeć i przeć do samego końca, nawet wtedy gdy po ludzku wydawało się to niemożliwe i nie do zrealizowania.
Jedyne co mi w takich chwilach przyświecało, to myśl, że zrobię wszystko co w mojej mocy i niech się dzieje wola nieba. Potem nie będzie na mnie, że się nie udało.
I to nie tak, że czekałam z założonymi rękami- niech się stanie.
Nie- ja w którymś momencie mojego życia postanowiłam, że będę walczyć do samego końca.
Tak było z kupnem mieszkania, kiedy po ludzku było to niemożliwe, żeby dostać kredyt. Nie miałam oficjalnie zatrudnienia, nie miałam lat pracy, miałam zawieszoną, zadłużoną firmę, miałam potrzebę, żeby moje dziecko mieszkało we własnym domu.
I zaczęłam oglądać mieszkania i rozglądać się na rynku nieruchomości. Odrzuciło nas dziesięć banków, nasz doradca zwątpił, by się to się mogło udać... a ja przez pół roku płaciłam wysoki ZUS, żeby mieć zdolność kredytową, a w międzyczasie spłacaliśmy długi. Musiało się udać. Bo postawiłam wszystko na jedną kartę.
I jedenasty bank udzielił nam zgody na kredyt, mimo, że kolega bankowiec powiedział, że w życiu nie dostaniemy kredytu, bo odrzuci nas każdy system komputerowy, znaczy ja nie dostanę. Ale upór jest ponad system, bo bank nam udzielił kredytu, a długi spłaciliśmy. Długi, które nam się wydawały nie do pokonania. Spłacaliśmy je cztery lata. Miesiąc w miesiąc.
Podobnie było z prawem jazdy. Nie wierzyłam, że kiedykolwiek będę sama jeździła autem, bo ta myśl budziła we mnie przerażenie.Zapisałam się na kurs, bo miałam cel i, żeby go zrealizować musiałam mieć prawo jazdy. A potem były pierwsze jazdy i noc przed każdą jazdą bolał mnie brzuch. I jak wsiadałam do samochodu robiło mi się słabo. Dwa razy było mi tak słabo, że musiałam się zatrzymać, bo miałam czarne plamy przed oczami. W którymś momencie mój instruktor powiedział, że jeżeli się nie zapiszę na teorię, to nie będzie ze mną już jeździł. Bo szkoda mojego i jego czasu. Nie będziemy przecież jeździć latami. Dlaczego nie?- pomyślałam. Więc pojechałam zapisać się na teorię. Jak jechałam było mi niedobrze i chciałam uciekać. Michał pojechał ze mną, żeby mnie pilnować. Trzy razy zdawałam teorię, znaki i znaczki zlewały mi się w jedno, jestem dyslektykiem i musiałam czytać i czytać, i czytać i gapić się, żeby zrozumieć co tak naprawdę oznacza strzałeczka. To była nowa teoria, tą pierwszą, starą zdałam za pierwszym, ale potem nie poszłam na egzamin praktyczny. Drugą zdawało po dwie osoby na grupę egzaminowaną (jakieś dwadzieścia osób). Ja byłam jedną z tych dwóch. Jazdy się zaczęły, kiedy zaczęłam zdawać praktyczny egzamin. Miałam po dwa egzaminy w tygodniu. Zdając poznałam wszystkich egzaminatorów, niektórzy prawie płakali kiedy nie zdałam. Pani Sylwio, dlaczego Pani to zrobiła, Pani Sylwio dlaczego Pani tak zrobiła. Niektórzy wcale nie chcieli , żebym zdała i utrudniali jak mogli. Jeden na mnie wrzeszczał. Ostatni był darem z nieba, zrobił wszystko, żeby zdała, ja też zrobiłam wszystko co w mojej mocy, bo mi się skończyły pieniądze przeznaczone na ten cel, na cel zrobienia prawa jazdy. I zdałam.
To było straszne, a myślałam, że będzie super jak już w końcu zdam to ... prawo jazdy. Ale kiedy musiałam sama wsiąść do auta i pojechać do Warszawy, byłam cała zdrętwiała, cieszyłam się, że jest korek, kochałam korki, mogłam jechać pomalusiu. A tak, masakra, te pędzące z każdej strony samochody, mijające mnie i wyprzedzające, ale nie wpuszczające- nie, kiedy chciałam zmienić, pas, one wtedy przyśpieszały, te mosty, te wjazdy, te zjazdy... Kiedyś pojechałam do Warszawy z Jeremiaszem i kiedy wracałam, jeździliśmy w kółko ze trzy godziny, w tą i z powrotem, bo nie mogłam trafić w odpowiedni zjazd, aż wreszcie wróciłam do domu inną drogą przez warszawską pragę, bo tam nie było zjazdu, ani wjazdu. Mam prawo jazdy niecałe dwa lata. Musiałam zrobić prawo jazdy, żeby skończyć studia, bo na uczelnię, mam ponad 40 km. I bez auta byłoby niemożliwe moje studiowanie.
Przez pierwszy rok studiowania po każdym dniu bolała mnie strasznie głowa, cały rok, co drugi piątek i sobotę bolała mnie głowa, tak, że wracałam do domu wieczorem (miałam zajęcia do 20:00) i modliłam się, żeby dojechać, po drodze zabierałam dziecko od siostry i zwlekałam się na łóżko, by następnego dnia zwlec się z łóżka wczesnym rankiem i pojechać do szkoły.
Drugi rok był dla mnie łaskawy, bo przestała boleć mnie głowa, nie wiem na ile mój organizm się przyzwyczaił a na ile pomogła radykalna zmiana diety. Tak czy siak przestałam wracać z bólem głowy do domu. Był łaskawy jeżeli chodzi o głowę, ale nie jeżeli chodziło o czas. Bo przez cały rok nie miałam ani jednego wolnego weekendu, albo szkoła albo praca- bo postanowiłam rozkręcić dodatkową działalność zarobkową i na dodatek poprosiłam o wsparcie w rozkręcaniu bardzo odpowiedzialną i upartą osóbkę.        Działalność się rozbujała, że hej. W którymś momencie modliłam się, żeby maj i czerwiec już się skończył i żebym przeżyła.
Imprezy, jedna po drugiej, weekend w weekend (chwała Bogu) i ja pracująca przez cały tydzień w przedszkolu, gdzie też podchodzę do niego osobiście i mi na nim zależy bardzo, a pomiędzy moja szkoła, prace pisemne, egzaminy i obrona dyplomu. Na początku czerwca zwątpiłam, że to się może udać, że się obronię w czerwcu i pójdę na moje wymarzone studia teatralne. Moja promotorka otrzymała pierwszy rozdział mojej pracy przy wpisie do indeksu po pierwszym semestrze, coś musiałam jej dać, żeby mi ten semestr zaliczyła- inny w tym czasie pooddawali wszystkie rozdziały, drugi dostała 10 czerwca kiedy do 15 czerwca trzeba było oddać ostatecznie trzy ładnie oprawione prace do dziekanatu. Wszystkie rozdziały, wstęp i zakończenie, streszczenie w języku polskim i angielskim (Paweł dziękuję za streszczenie w języku angielskim) moja promotorka dostała 17 czerwca, naniosła poprawki a ja 19 czerwca w piątek wracając z imprezy dla Agencji Rynku Rolnego zajechałam po pracę z poprawkami (poprosiłam Panią Irminę z dziekanatu, żeby mi ją zostawiła w recepcji, bo jak wracałam dziekanat był już zamknięty i ta kochana kobieta zostawiła mi ją w brązowej kopercie u Pani z ochrony). W weekend najpierw puściłam się przez las, żeby zrobić trasę podchodów na imprezę urodzinową i pojechałam na uczelnię po brakujące podpisy i wpisy, poprawiłam pracę i oddałam ją do dziekanatu 22 czerwca w poniedziałek w międzyczasie poprosiłam o zgodę Panią prodziekan o późniejsze oddanie pracy i dokumentów. Znaczy sama nie oddałam, bo pracuję, u nas w przedszkolu ciężko o zastępstwo na zawołanie. Właściwie z moją siostrą jesteśmy niezastąpione. Mój mąż pojechał ją oddać, na miejscu oprawił i oddał razem z resztą dokumentów nie bez komplikacji zresztą do dziekanatu- muszę tam oddać jeszcze oświadczenie, nie wiem po im cztery oświadczenia, trzy w trzech pracach dyplomowych a jedna luzem, tą luzem muszę donieść.
Szalenie wdzięczna jestem mojej promotorce, która udźwignęła moją osobę i wsparła mnie maksymalnie, jestem szalenie wdzięczna, za to, że nie okazała się biurokratką, tylko elastyczną i wrażliwą, ludzką osobą, jestem wdzięczna mojemu mężowi, który jeździł po wpisy do mojego indeksu i zawoził dokumenty i prosił o umieszczenie wpisów mimo braków,  jestem wdzięczna mojej siostrze, że przez dwa lata zajmowała się moim synkiem, kiedy ja studiowałam.
Obronę mam 30 czerwca o 13:45, trzymajcie kciuki :)



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz