piątek, 10 lipca 2015

Teatr na ulicy


W sobotę Jeremiasz się uparł, że chce pojechać na kolejny spektakl. Zmęczona, wróciliśmy bardzo późno po wczorajszym spektaklu nie miałam siły jechać.
Michał szedł do pracy, więc presja spadła na mnie.
Pojechaliśmy, Jeremiasz i ja.
Przecież nie będę wyrodną matką, która nie zaspakaja potrzeb swojego dziecka.
Tym bardziej, że tą potrzebą jest Sztuka.


Na miejscu okazało się, że scena przemieściła się w bok, nie było ławeczek, siedzieliśmy na ziemi w pierwszym rzędzie
(co lubię najbardziej). Na szczęście, bo było upalnie, siedzieliśmy w cieniu.
Za nami siedziała pani z maluchem na miękkim kocyku, obok pani siedział wózek malucha.
O ten wózek była awantura- uwielbiam takie awantury.
Pan siedzący za wózkiem bulwersował się- zresztą moim zdaniem słusznie, że wózek nie musi brać czynnego udziału w przedstawieniu, bo nie musi. A jego gabaryty zasłaniają innym oglądaczom, to co chcieliby widzieć. I pan zaczął przestawiać wózek z własnej inicjatywy, pani zrobiła "och" i zaczęła ciągnąć wózek w swoją stronę, a pan w swoją. Przedstawienie już się zaczęło. Pani dała się spacyfikować i puściła wózek, pan wózek przestawił do ostatniego rzędu. Przedstawienie trwało.
Innych zakłóceń nie było. Aparat w moim telefonie zbuntował się z tego upału i nie chciał dalej robić zdjęć, więc zrobiłam ich tylko 90 sztuk.


Wystąpił  Teatr V.O.S.A z Czech, kolorowa cyrkowa trupa. Wszystko robili w zabawie, wszystko było pełne radości i luzu.
A umiejętności na wysokim poziomie. Muzyka grała na żywo, muzykanci stali w pełnym słońcu- podziwiałam ich.
Mnie dodatkowo zachwyciło, że artyści wykrzykiwali do publiczności i do siebie językiem włoskim- moim ulubionym.
Czeski teatr po włosku, tak właśnie było.
Na koniec przy ostatnim punkcie programu dostaliśmy drewienka i dołączyliśmy do orkiestry, stukając w rytm- kto stukał to stukał :)
***
Jeremiasz był zaoferowany przez 1,5 h zupełnie. Nie wybił się z rytmu ani na moment. To co mnie cieszy, ale też zaskakuje, Jeremiasz podczas spektaklu nie chciał pić, jeść, nie kręcił się (raz tylko zmienił pozycję), nie gadał nic do mnie, nie krzyczał do artystów (a tak robiły dzieci siedzące obok, starsze od Jeremiasza), nie pytał kiedy spektakl się zacznie (czekaliśmy godzinę, przyjechaliśmy wcześniej, żeby zająć vipowskie miejsce), nie pytał kiedy się skończy.
Siedział w bezruchu i chłonął.

Po zakończonym spektaklu Jeremiasz zaciągnął mnie nad wodę, chciał wrzucać kamienie i patyki. A potem wypił całą wodę i zrobił się strasznie głodny, musieliśmy wracać do domu.














Brak komentarzy:

Prześlij komentarz