sobota, 12 września 2015

Edukacja indywidualna a edukacja globalna

Edukacja.

Edukacja jest szczególnym tematem, bo dotyczy mojej rodziny bezpośrednio. Dotyczy naszego jedynaka, gdzie odkąd się pojawił, nasze życie się obróciło o 180 stopni i wskoczyło na nową, inną orbitę.
Orbita ta nazywa się RODZICIELSTWO. I już nic nie było takie samo.

W mojej głowie była gonitwa myśli, odraczać, nie odraczać, zostawić w zerówce, nie zostawiać, a jak szkoła, to jaka. I zwyczajna szkoła odpadła na przedbiegach. Nikt nie miał na nią ochoty. A ja dodatkowo miałam w sobie strach. Strach przed powierzeniem komuś mojego ukochanego dziecka.

Ten rok jest pierwszy, kiedy wszystkie sześciolatki podążyły z dniem pierwszego września do szkoły niezależnie od okoliczności i gotowości najczęściej.
Chyba, że zostały odroczone. Te odroczone, też temat problematyczny, bo dzieci rozwijają skokowo i nieregularnie, jeśli są gotowe merytorycznie, to nie są dojrzałe emocjonalnie i na odwrót. I nie wiadomo, odraczać czy nie odraczać. Bo czyta, liczy, ale emocjonalnie niedojrzałe albo zrównoważone, dojrzałe, ale nie interesują go literki i cyferki, rwie się cały czas do zabawy. Co robić, dylemat wielu rodziców.

 I jeszcze szkoła, czy szkoła dojrzała do przyjęcia w swoje progi dzieci młodszych o rok?

Mam znajomą, która jest nauczycielem, wychowawcą pierwszej klasy gdzie większość to sześciolatki, kilka siedmiolatków, a razem ich dwadzieścia pięć sztuk. Dwadzieścia pięć sztuk dzieci na różnym poziomie znajomości, literek, cyferek, czytania, pisania, malowania, rozumienia. A podręcznik jest ten sam, program ten sam. Dzieci w różnym wieku, bo i sześciolatki i siedmiolatki. Różnica może wynosić pomiędzy dziećmi dwa lata.
Ona mówi do mnie, ta nauczycielka:
"Sylwia, jedna wypowiedź każdego dziecka po kolei, to jest co najmniej 20 min., a przecież muszą się wypowiedzieć. A gdzie reszta programu."
Jak ona ma sprawdzić na jakim poziomie dzieci czytają, piszą itd. Jak ma dopasować program do poziomu dziecka? Nie ma na to czasu. Czasu na lekcji.

Rozmawiam z siedmioletnim dzieckiem, które obecnie jest w drugiej klasie, bo poszło do pierwszej klasy jako sześciolatek. I pytam to dziecko o jego pierwszą klasę, jak się jemu podobało, czy było fajnie, ciekawie.
I dziecko mówi:
"Przez pierwsze pół roku nie nauczyłem się  niczego nowego"
"Niczego? Wszystko wiedziałeś dziecko?"
"Tak, wszystko wiedziałem i pani nie pozwalała mi zgłaszać kiedy zrobiłem zadanie, żeby inne dzieci mogły odpowiedzieć. Mówiła, że ja wszystko wiem"
"I nawet nie mogłeś dziecko się zgłosić i powiedzieć jaka jest prawidłowa odpowiedź?"
"Nie" kręci głową dziecko.
"Nudziłeś się?"
"Bardzo"

Inna historia, tegoroczna, świeża jak świeże mogą być bułeczki prosto z pieca.
Dziewczynka, siedmiolatka, pierwszoklasistka jeden z pierwszych dni spędziła na świetlicy, bo pani, wychowawczyni zapomniała ją zabrać na lekcje. A potem na nią nakrzyczała, że się na lekcje spóźniła, na te lekcje, na które powinna ją osobiście zabrać ze świetlicy. W kolejnym dniu dziecko nie poszło na obiad. Ów dziewczynka, bardzo sympatyczna i towarzyska istota siedziała samotnie w ławce pierwszy tygodzień szkoły. W drugim tygodniu rezolutni rodzice innej dziewuszki zrobili orient, że te dwie znają się z przedszkola, przyjaźniły się i przenieśli rodzice dziewuszkę do tej samej klasy. Siedzą razem obecnie i się starają bardzo. Bo te dziewczynki lubią się uczyć.

Powinnam tu, w tym miejscu przytoczyć przykłady za, przykłady pro szkoła.
Bo wszystko jest ustalone z góry, bo dzieci spotykają się z innymi dziećmi, bo uczą się zachowań społecznych, bo uczą się życia, bo wykwalifikowani ludzie, przygotowani merytorycznie, wykształceni w tym kierunku zajmują się dziećmi w placówkach oświatowych, bo są to fajne chwile i fajne potem wspomnienia, bo każdy nas był w szkole i żyje, bo bez szkoły dziecko zdziczeje, będzie odludkiem, dziwakiem, nie nauczy się dyscypliny, nie nauczy się życia.
.
Tyle, że na każdy w tych argumentów mam w głowie kontrę. I mając swoje przykre doświadczenia ze szkoły, mając przykre doświadczenia mojego męża, mając swoje obserwacje ze szkoły zdecydowaliśmy się  na edukację domową, nie mieliśmy właściwie żadnych wątpliwości. Jedyne gdzie były wątpliwości, to czy jeszcze zerówka, czy już pierwsza klasa, ale i tu mamy otwartą furtkę.
 Chcieliśmy naszemu dziecku oszczędzić przykrych doświadczeń i nie chcieliśmy, żeby zostało zablokowane edukacyjnie.

O naszej edukacji domowej napiszę w innym, może kolejnym wpisie, jak myśmy sobie ją zorganizowali, żeby nasze dziecko nie było odludkiem i dziwakiem. Chociaż nie wiem, czy mając takich rodziców nasze dziecko może być standardowe. Pół życia godziłam się ze swoją dziwnością i chciałabym oszczędzić tego mojemu dziecku, nasz syn może być jaki chce i kim chce.

Może decyzja byłaby inna, gdyby nasze dziecko pałało do tradycyjnej edukacji, ale nie pałało, wręcz przeciwnie, Jeremiasz był zdecydowanie na nie. Odwiedziliśmy szkołę i on zupełnie nie był nią zainteresowany. I nie chciał jej nawet oglądać. A my liczymy się z emocjami i zdaniem naszego dziecka i o ile się da nie robimy nic na siłę.

Nie oceniam i nie osądzam decyzji rodziców, których dzieci poszły do szkoły. Nie krytykuję jej. Tym bardziej, że nie jest łatwo zdecydować się na inny sposób edukowania swojego dziecka. Trzeba mieć przestrzeń czasową lub pomysł jak to zrobić, kiedy rodzice pracują zawodowo lub kiedy rodzice nie posiadają umiejętności dydaktycznych lub nawet chęci czy zapędów dydaktycznych, bo przecież tego się nie robi na siłę. Trzeba też lubić być ze swoim dzieckiem lub dziećmi przez większą część dnia. Nie wszyscy lubią lub chcą, lub mogą, tak jak pisałam powyżej.

I nie piszę, że szkoła jest zła. Jest niedoskonała, jak każdy system z którym idzie nam się zmierzyć w życiu. Tyle, że kiedy wysyłamy nasze dziecko do szkoły, musimy wiedzieć, że nikt nie weźmie odpowiedzialności za edukację naszego dziecka. Pani w szkole realizuje program, ma ograniczone możliwości i ograniczony poziom uwagi i postrzegania. Pani ma w klasie 25, 27 dzieciaków. A dyrektorka w szkole ma 60, 80, 120 dzieci. I siłą rzeczy nauczyciel, dyrektor ma patrzenie globalne, nie jednostkowe. Tak kiedy trzeba reagują na jednostki, kiedy te jednostki wymagają reakcji. Ale kiedy nie wymagają, lub wyglądają, że nie trzeba reagować, wtedy jednostka znika pomiędzy innymi jednostkami. Tak, to mój główny zarzut przeciwko szkole, że patrzenie ma globalne nie jednostkowe.

I na rodzicu spoczywa odpowiedzialność za edukację dziecka. Nikt tej odpowiedzialności inny na siebie nie weźmie. I szkoła tej odpowiedzialności na siebie nie weźmie, bo to nasze dzieci, nie szkoły.




W związku z tym rodzic ma prawo wiedzieć co się dzieje z jego dzieckiem w placówce dydaktycznej, wiedzieć czego uczy się dziecko i w jaki sposób jest uczone. Rodzic może się zgadzać bądź nie zgadzać. Pytać i oczekiwać odpowiedzi. Rodzic powinien wiedzieć i się interesować, przede wszystkim się interesować.
Interesować się edukacją swojego dziecka.












Brak komentarzy:

Prześlij komentarz