wtorek, 30 sierpnia 2016

Pozwy rozwodowe

Pozwy rozwodowe zaczęłam pisać jakieś trzy, cztery lata temu, tak robiła moja jeszcze wtedy przyjaciółka i ja też tak zrobiłam. Pomyślałam, że to dobry sposób na zdjęcie z siebie napięcia, pomyślałam, że może to mu da do myślenia. Pomyślałam, że dłużej już tego nie  wytrzymam. Musiałam, musiałam coś zrobić, żeby zdjąć z siebie napięcie. I to uczucie beznadziei i braku alternatywy. Mój mąż myślał, że żartuję, ja początkowo też tak myślałam. Potem on podarł moje pozwy a ja myślałam, że kocha a to była złość.

Powiedziałam o tych pozwach mojemu dobremu koledze i on powiedział
Zastanów się Sylwia, szkoda Ciebie, szkoda Twoich lat, zastanów się Sylwia.
Oburzyłam się, że potraktował moje pozwy poważnie. Nie chciałam się zastanawiać, bałam się.

 Niemożliwe się zdaje zostawić ot tak kogoś, kiedy się z kimś jest tyle lat. Potrzebny jest impuls. Coś takiego, że dalej się już nie da. I potrzebna jest możliwość. Wspólne dziecko, wspólny kredyt na dom, wspólne lata, przywiązanie i mimo wszystko poczucie bezpieczeństwa powodują ową niemożliwość.
Potrzebny jest impuls i nowa przestrzeń.


Mój mąż pyta, czy mi nie żal wspólnych lat, planów na spokojną piękną starość. Bo tak sobie wyobrażałam swoje życie, na zawsze do końca. Nie planowałam zmian, nie chciałam zmian, chciałam być spełniona i szczęśliwa. Właśnie z Nim, właśnie z moim mężem. Liczyłam na to przez wiele lat. Ale tak strasznie się zawiodłam, tak strasznie było inaczej niż marzyłam, tak długo mi ciężko i źle, tak nie umiałam się porozumieć. Tak bardzo chciałam się porozumieć.











Szłam ostatnio przez Starą Praską Warszawę z Kimś i było tak lekko, i było tak przyjemnie, i mogłam robić zdjęcia ile chciałam, i mogłam zaglądać w każdy kąt, i mogłam wchodzić w każdą bramę. Ktoś mnie nie poganiał, nie pośpieszał, patrzył razem ze mną, pozwalał siebie fotografować. Zjadł w wegańskiej mimo bycia mięsożercą. I tak mnie ukuło i tak mnie zabolało. Bo przecież chciałam, żeby tak właśnie było w moim małżeństwie, spokojnie, bez napięcia, żebym mogła się dzielić moim teatrem, moją fotografią i On, że mną, żeby się dzielił.




I pisałam te pozwy i napisałam ten ostatni. I zebrałam dokumentację i wysłałam do sądu. Nie szukam winnego, nie szukam winnych, wiem tylko, że nie uniosłam i nie zniosłam, wiem, że nie umiałam już nic zrobić, zawiesiłam się na kilka lat, byłam jak zamrożona. I cholernie zmęczona, zmęczona jak szlak. Czy mi żal? Tak, żal mi siebie, żal mi Jego. Żal mi nas, że od lat było nam źle, że nie umieliśmy razem być, żal mi dziecka, że przechodzi razem z nami przez ten trudny czas. Tak, żal mi nas. Ale żal i współczucie nie wystarczyły. I nie wystarczą. Zatrzasnęła się nasza wspólna przestrzeń, Nie teraz, nie kiedy zdecydowałam się odejść. Zatrzasnęła się kilka lat temu, kiedy się poddałam i przestałam walczyć, kiedy bezsilność zwyciężyła.







Wczoraj była nasza czternasta rocznica ślubu,
ostatnia.






piątek, 26 sierpnia 2016

Ktoś komuś powiedział

***
Ktoś komuś powiedział:
Nie lajkuj jej zdjęć na facebooku
Ona zostawiła swojego męża...

Komuś pośpiesznie odlajkował zalajkowane przez się zdjęcie.

Kurtyna opadła jak kopara w dół

***





Nie ma happy endu






wtorek, 16 sierpnia 2016

Kulinarnie, sos czosnkowy z nerkowców


Dziś będzie kulinarnie.
Bo dawno nie było.

Od kilku lat nie jem nabiału, nie piję mleka
(odkryłam, że uczulenie, z którym walczyłam przez ponad 10 lat właśnie było spowodowane mlekiem i jego pochodnymi, I kiedy zrezygnowałam z mleka uczulenie skończyło się)
I o ile pogodziłam się z kawą bezkofeinową (Przez kofeinę miałam mega migreny,
kiedy wywaliłam kawę kofeinową, którą kocham, ubóstwiam i uwielbiam ataki migreny
skończyły się. Być może inne czynniki też miały wpływ)

I o ile się pogodziłam z kawę bezkofeinową z mlekiem roślinnym o tyle zawsze mi brakowało
sosu czosnkowego. Lubię ziemniaki zapiekane z tymże sosem, pizzę, warzywa i różne inne.
I w końcu niechcąco trafiłam na przepis na sos czosnkowy z nerkowców.
Nie wydawało mi się to możliwe, żeby sos z nerkowców przypominał sos czosnkowy śmietanowo- jogurtowy.

Nie miałam nic do stracenia.

Do sosu potrzebujemy:
100g nerkowców,
łyżeczkę soku z cytryny (ja nie miałam i zrobiłam bez),
trzy ząbki czosnku i sól.

Nerkowce trzeba namoczyć w zimnej wodzie (przez noc), a jak się chce szybciej, to w gorącej wodzie aż do wystygnięcia. Potem nerkowce miksujemy (ja blenderem kielichowym) z dodatkiem tegoż czosnku, soli i soku z cytryny i wody na gładką masę.

Powstał pyszny sos czosnkowy nie ustępujący w smaku temu tradycyjnemu.
I co najważniejsze- został zaakceptowany przez mojego Jeremiasza.

Do sosu były zapiekane w piekarniku ziemniaki w mundurkach
z oliwą i przyprawami i kotleciki z ciecierzycy.

Jeremiasz pochłonął ziemniaki z sosem czosnkowym i kotleciki. I wyraził swoje uznanie.

Tak więc polecam sos czosnkowy z nerkowców. Pyszny.




niedziela, 7 sierpnia 2016

Przemeblowanie

Za mną tydzień urlopu.
Urlop spędziłam na nierobieniu niczego.

Odpoczywałam. Od wszystkiego.
W domu. Z racji finansów właśnie w domu.

Nie miałam siły upierać się, żeby nie w domu.
Żeby gdzieś. Więc w domu.

Jest Jeremiasz.
Jeremiasz jest bardzo ważny i jego komfort też.

I dlatego dom trzeba było opuszczać od czasu do czasu i gdzieś wybywać.
Z Jeremiaszem chodziliśmy na rower, bo Jeremiasz uczy się jeździć. Jeździ z patykiem.
Jeremiasz już łapie a ja puszczam patyk i zaczyna jeździć sam, mega frajda.


Z Jeremiaszem byliśmy na plaży nad Wisłą. Jeremi chlapał się w Wiśle.
I łowił wiaderkiem ryby.

Byliśmy w zoo. Rekin okazał się numerem jeden.

Dziś sadziliśmy trawę w ogródku.
Jeremiasza ugryzł szerszeń, ugryzienie szerszenia
okazało się przereklamowane.
Na rączce "p o j a w i ł a s i ę b i a ł a k r o p k a",
która potem zrobiła się czerwona i lekko nabrzmiała.






I to byłoby na tyle, a już dzwoniłam na izbę przyjęć. Ja matka panikara.
Potem Jeremiasza wciągnął Festyn Lidla. Skakał na zamku dmuchanym, turlał się
i brał udział w konkursach. Został tam ze swoim tatą. A ja uciekłam do lasu fotografować kopary.



Jutro do pracy. Ale lato trwa. I będziemy się wakacjować.
A prywatnie jest mi w końcu dobrze, to dziwne uczucie, że jest człowiekowi dobrze.
Tyle lat wisiałam, byłam zawieszona i zmęczona, pisałam o tym.
A teraz jest dobrze. Nie wiem czy kiedykolwiek mi tak było. Możliwe, że było, tylko
nie pamiętam, bo tak dawno to było. Albo nie było nigdy.