Urlop spędziłam na nierobieniu niczego.
Odpoczywałam. Od wszystkiego.
W domu. Z racji finansów właśnie w domu.
Nie miałam siły upierać się, żeby nie w domu.
Żeby gdzieś. Więc w domu.
Jest Jeremiasz.
Jeremiasz jest bardzo ważny i jego komfort też.
Z Jeremiaszem chodziliśmy na rower, bo Jeremiasz uczy się jeździć. Jeździ z patykiem.
Jeremiasz już łapie a ja puszczam patyk i zaczyna jeździć sam, mega frajda.
Z Jeremiaszem byliśmy na plaży nad Wisłą. Jeremi chlapał się w Wiśle.
I łowił wiaderkiem ryby.
Byliśmy w zoo. Rekin okazał się numerem jeden.
Dziś sadziliśmy trawę w ogródku.
Jeremiasza ugryzł szerszeń, ugryzienie szerszenia
okazało się przereklamowane.
Na rączce "p o j a w i ł a s i ę b i a ł a k r o p k a",
która potem zrobiła się czerwona i lekko nabrzmiała.
I to byłoby na tyle, a już dzwoniłam na izbę przyjęć. Ja matka panikara.
Potem Jeremiasza wciągnął Festyn Lidla. Skakał na zamku dmuchanym, turlał się
i brał udział w konkursach. Został tam ze swoim tatą. A ja uciekłam do lasu fotografować kopary.
Jutro do pracy. Ale lato trwa. I będziemy się wakacjować.
A prywatnie jest mi w końcu dobrze, to dziwne uczucie, że jest człowiekowi dobrze.
Tyle lat wisiałam, byłam zawieszona i zmęczona, pisałam o tym.
A teraz jest dobrze. Nie wiem czy kiedykolwiek mi tak było. Możliwe, że było, tylko
nie pamiętam, bo tak dawno to było. Albo nie było nigdy.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz