środa, 28 listopada 2018

Lekcja życia

Był taki moment w moim życiu, że wyszłam z siebie i stanęłam obok. Nie było w tym jakiegoś odgórnego planu, czy moich założeń. To się po prostu stało.
To trwa, sama sobie się przyglądam, skupiam się na sobie i swoich potrzebach. Pozwalam sobie być ważna i istotna, szukam tego w sobie, że jestem ważna i istotna. Pozwalam sobie mieć potrzeby i szukam jak je zaspakajać i pozwalam je sobie zaspakajać.
Mniej pracuję, więcej odpoczywam, skupiam się na sprawach ważnych. W pracy robię to co umiem i co chcę robić, i co lubię, najczęściej. Poszłam znowu do szkoły, bo lubię chodzić do szkoły.

Jestem skupiona na sobie i swoich emocjach, szukam gdzie są moje granice, stawiam je i staram się przytrzymać, nie zawsze mi wychodzi a czasem wychodzi bardzo, za bardzo.

Szukam swoich emocji i je przeżywam a nie, że je zakopuję czyt. blokuję i wypycham. Mocno mi w tym pomogła moja szkoła psychoterapii- w tym przeżywaniu i nie blokowaniu, bo żeby skończyć szkołę psychoterapii, trzeba przerobić samego siebie i swoje życie.

Wychodzę z nieswoich ról i wchodzę w swoje role życiowe (mam nadzieję, że tak jest).

Jestem sobą, szukam siebie.

Jestem kobietą. 

Jestem żoną. 

Jestem matką. 

Jestem sobą. 

Szukam prawdy.

Kim jestem?

Szukam prawdy.

Kim jestem i jaka chcę być i nie być.

Przestałam zgrzytać zębami we śnie i zaciskać pięści. 

środa, 11 kwietnia 2018

Prywata.

Napiszę o seksie. Bo o seksie mało się rozmawia i generalnie w kuluarach i oszczędnie. A seks, to bardzo istotny aspekt w związku i w życiu. Jestem monogamiczna, więc będę pisać monogamicznie.

Mam 39 lat i jestem w trzecim poważnym związku.

Wydawać się by mogło, że temat seksu mam ogarnięty i dopracowany, że wiele wiem na temat  swojej seksualności.

Od wielu lat moje pożycie było raczej udane, z związku w związek coraz bardziej udane. Po pierwszych wpadkach, w latach wczesnej młodości, starałam się nic nie robić na siłę (a wiem, że wielu kobietom się to zdarza i historie, które słyszałam krew mroziły w żyłach), nikt mnie jawnie nie zmuszał do praktyk seksualnych różnego rodzaju (a i tu się osłuchałam o takich zmuszaniach), i raczej było miło.
 Ale był jeden raz straszny. I uczynił mi traumę. O tej traumie chcę napisać. Żeby oswajać kobiece mówienie o rzeczach ważnych wprost.

W trakcie on stwierdził, że nie ma jednak chęci. I przerwał nasze tete a tete nagle bez słowa, bo był zły na mnie  (zrobił mi tego dnia awanturę o rachunek źle przeze mnie zapłacony).
I mną wstrząsnęło w tym temacie jak nigdy, poczułam jakbym dostała w twarz. Siedziałam na łóżku zamrożona i nie mogłam się poruszyć. Nic powiedzieć nie mogłam. Naciągnęłam koszulkę z powrotem  i nie pamiętam co było dalej. Mam dziurę w głowie.

Musiałam siebie pozbierać z gleby. I  ciężko mi o tym pisać, ciężko mi było o tym mówić, ale mówiłam i piszę by inne kobiety też mówiły i pisały.

Poczułam się zrównana z parterem a potem zepchnięta do poziomu piwnicy. Moja kobiecość, moja kobieca wrażliwość, moja wiara, że się to da poskładać, wszystko się runęło, ten związek też runął ostatecznie, to był jedyny raz, kiedy ja odeszłam.

Wtedy zaczęło dochodzić do mnie, że mogę się nie godzić na takie traktowanie, że mogę oczekiwać czegoś innego.

Jestem w nowym związku. I okazało się, że seks może być zupełnie inny niż myślałam, że jest. Byłam zaskoczona.

 Tak, dotarło do mnie, że seks, to są fajerwerki, to jest poruszenie ziemi. To nie jest żaden zasrany niczyj obowiązek, tylko przyjemność dla obojga i nikt się nie poświęca w imię małżeństwa czy czyiś potrzeb, czy czegokolwiek innego.
Niektóre kobiety godzą się na seks dla spokoju. Wiele kobiet robi to, żeby ktoś dał im spokój. I robią rzeczy, na które nie mają ochoty. Bo on tego oczekuje. A to jest gwałt na duszy i na ciele dla kobiety.

Kobieto, nie musisz się na to godzić i się poświęcać. Masz święte prawo oczekiwać fajerwerków i poruszenia ziemi pod stopami. Możesz chcieć, żeby było niezwykle, ekscytująco, zaskakująco i satysfakcjonująco. Masz prawo czuć się najpiękniejszą, najbardziej pożądaną na świecie kobietą, jedyną w swoim rodzaju, masz prawo czuć się księżniczką, o którą On się stara i troszczy.
Zawsze.

Tak, to działa w obie strony. On też może oczekiwać. Wzajemne dawanie i zaspakajanie swoich potrzeb, to niezwykły proces, który buduje. Tylko nic się nie wydarzy, kiedy ona lub on nie czują się kochani, bezpieczni, zaopiekowani, podziwiani. I dopisz tu sobie wszystko czego Ty potrzebujesz i podziel to na dwa. Na siebie i na partnera. Ale- to bolesne- nic się nie wydarzy, kiedy nie ma przepływu energii, kiedy gdzieś w Tobie albo w Twoim partnerze jest zadzior. Zranienie, chowanie urazy, nieprzebaczenie, strach, manipulacja, szantaż, brak uwagi, ostrość jakaś, brak dbałości . To wszystko powoduje, że nie ma przepływu. I zaczynasz szukać gdzieś w czymś.
I nie musi to być zdrada. Odpływasz.




piątek, 9 lutego 2018

Nieśmiertelny. Na pamiątkę. Tomek Mackiewicz

Nie wiem dlaczego historia Tomka Mackiewicza wstrząsnęła mną do głębokości. Nie znałam go, nie interesowałam się himalaistami. O tyle, o ile wspinanie się latem, kiedy jest ciepło umiem pojąć swoim umysłem, to wspinanie się na góry potwornie trudne, potwornie niebezpieczne zimą, jest dla mnie nie do pojęcia. Narażać życia nigdy nie miałam potrzeby. Kocham swoje życie i cenię i raczej jestem zachowawcza i ryzyko w żadnej formie mnie nie kręci.

Najpierw Tomkowi kibicowałam i wierzyłam, że ktoś wleci, wlezie na tą dziką górę i Tomka przetransportuje w dół. Im dłużej drążyłam temat, tym bardziej robiłam orient, że to będzie bardzo trudne, wręcz nierealne. Bo nic tam nie wleci, a jeżeli ktoś wejdzie, to i tak z Tomkiem nie zejdzie, bo Tomek gdyby umiał zejść, to by zaczął schodzić. A na plecach znieść się go nie da. Poza tym, żeby tam wejść trzeba się zaaklimatyzować na te wysokości. A czasu nie było.

I kiedy zrozumiałam, że Tomek nie zejdzie, helikopter po niego nie poleci, nikt go nie zniesie, to bardzo mną wstrząsnęło. Cholernie ciężko mi było pogodzić się z tym, że gdzieś w wielkim zimnie, w śniegu, w szczelinie umiera człowiek, zupełnie sam. I nic nie można zrobić. Zupełnie nic.

Zaczęłam szukać wywiadów, artykułów, materiałów z Tomkiem, żeby zrozumieć jakie mechanizmy zawiodły go na tą górę, górę, która go opętała na długie lata, bo próbował ją zdobyć siedem razy i za siódmym razem został na niej na zawsze, tuż przy samym szczycie. Ślepy, bez sił, z krwią w ustach, bardzo daleko od tych, których kochał. Sam.

I dotarło do mnie kilka faktów, Tomek był kiedyś narkomanem, brał heroinę, wyszedł z tego. Potem podróżował po świecie, sam, stopem, bez pieniędzy. Rowerem. Poznawał ludzi. Potem przykleił się jakoś do rzeczywistości, kiedy się ożenił i przyszły na świat jego dzieci. Przykleił się, ale niezupełnie, bo co roku, w zimie lądował w górach, w himalajach na co najmniej dwa miesiące, święta, sylwestra i swoje urodziny przez ostatnie siedem lat spędzał bardzo daleko od swojej rodziny. I wspinał się na Nanga Parbat. Potrzebował tego, by móc normanlie funkcjonować przez resztę roku w swoim kraju, ze swoją rodziną. Na tej górze ładował swoje akumulatory. Dlaczego tak? Nie wiem.

Czy Tomek chciał ryzykować swoim życiem? Nie chciał, mówił wielokrotnie w wywiadach, że nie chce, że kocha swoją rodzinę. Czy Tomek był szalonym ryzykantem i świrem? Moim zdaniem nie był, kiedy go słucham mówi rozsądnie i budzi moje zaufanie. Był oryginałem, był specyficzny, szedł własnym, wytyczonym przez siebie szlakiem życia, czy to potępiam, nie, podziwiam. Był sobą od początku do końca.

Co się stało, że Tomek nie wrócił z Nanga Parbat?
Moim zdaniem, po przeanalizowaniu życiorysu Tomka, doszłam do wniosku, że Tomek miał poprzesuwane granice. Te granice mu się poprzesuwały być może wtedy,  kiedy był narkomanem. A może wcześniej a może później. Ale stawiam na czas narkotyków. Bo kiedy brał,  realnie ryzykował swoje życie a narkotyki go nie zabiły. I kiedy żył na ulicy, żebrał na narkotyki, to przeżył.

Po takich przejściach nabierasz dystansu do życia i przestajesz bać się śmierci (Tomek powiedział w wywiadzie w dtvn, że nie tak łatwo jest umrzeć i ma potrzeby się tego bać, że się umrze), kiedy wyłączy się człowiekowi naturalny strach przed śmiercią to co jest dalej? Co nas ochroni, jeśli nie nasz naturalny strach przed śmiercią? Co nas powstrzyma w porę i uchroni przed niebezpieczeństwem? Co się stać może, kiedy przesuwamy granice strachu, nie liczymy się z nimi, nie zabezpieczamy się, wierzymy w swoją nieśmiertelność, że co nas nie zabije, to nas wzmocni.

Tyle, że kiedy poprzesuwaliśmy te granice i nie słuchamy swojego organizmu, kiedy daje nam sygnały a my mu mówimy jeszcze troszkę, jeszcze kawałek. Dasz radę, potrafisz.To okazuje się, że ostateczną granicą naszego jestestwa, nie jest silna wola a nasz organizm.

Taka piękna pułapka, w którą sama wpadłam, kiedy przez wiele lat nie patrzyłam na granice swojego ciała, organizmu, psychiki tylko parłam w górę. Myślałam dam radę, przetrzymam, wytrzymam, przeżyję, jestem twarda.

I w którymś momencie dotarło to do mnie i puściłam. Skupiłam się na sobie i tym, czego chcę ja, czego potrzebuję ja, na co mam ochotę. Moja silna wola jest tak samo silna jak była, ale mój organizm powiedział stop, skutki były takie jakie były:
masakryczne migreny, gdzie nie działały już żadne leki, ani tryptany ani opiaty, nic,
powycierane zęby i przeskakująca szczęka,
nadwrażliwy żołądek i mega bóle żołądka po każdym jedzeniu
i luki w pamięci. I mega mechanizmy wyparcia, blokady moje.

A jaką cenę zapłacił Tomek Mackiewicz? Najwyższą.
Został na górze, a na dole zostawił cały swój świat.

niedziela, 14 stycznia 2018

Jesteś szalona powiedział mi On

Mam ostatnio zajawkę na stare meble.
I powoli dokonuję wymiany mebli tych współczesnych, kupionych lat niewiele temu na meble stare. Coś tam z nimi robię, zdejmuję lakier, farbę, nakładam nowe. I takie tam.

Ostatnio znalazłam cały zestaw mebli art deco, szafa, toaletka i witryna. Bardzo chciałam tą toaletkę mieć, nawet wyobraziłam sobie gdzie oną postawię. Zawsze marzyłam o tym, żeby mieć toaletkę, moja ukochana ciocia Marysia taką posiadała, a ja jako mała dziewczynka przesiadywałam przed nią i malowałam się cioci malowidłami, zakładałam korale i buty na obcasach i przeglądałam sie w wielkim lustrze toaletki cioci Marysi.
 Marzyłam o takiej toaletce i oto moje marzenie miało się spełnić, ale nie do końca było to łatwe jak się okazało.
Zaproponowałam cenę niewielką, taką na jaką mnie było stać. A właścicielka mnie zastrzeliła swoją propozycją, żebym za tą cenę zabrała wszystkie meble, cały komplet (toaletkę, witrynę i szafę czterodrzwiową o nieeeee).
O! Tyle pięknych mebli i to za taką cenę, że mogłam mieć te wszystkie meble. Meble, które zawsze mi się podobały, bo mają klasę (styl art deco) a cena mocno symboliczna.
Łaaaaa!
Tyle, że te meble nie miały możliwości zmieścić się w moim mieszkaniu, wcale nie takim małym, ale już mocno obstawionym moją pasją zbieractwa. I pomyślam, dobra, wymienię te meble, moje sprzedam po taniości, oddam może nawet jak nikt nie bedzie chciał kupić a tamte wezmę za ten bezcen. I zaczęłam się z Pańcią umawiać kiedy przyjadę po meble.
I okazało się, że meble mieszkają w Wałbrzychu (400 km od Warszawy). A w moim dużym aucie się nie zmieszczą a nawet gdyby się zmieściły, to ja nie dam rady w tą i z powrotem 400 km pokonać.
Ale i tak się by nie wlazły, więc o czym my tu...
Mój P. stawił opór na te meble, bo odkąd jesteśmy razem ciągle gdzieś jeździmy i coś przywozimy, potem to tachamy na górę. I on po ostatniej szafie powiedział, że na więcej się nie pisze. I, że ja jestem szalona. Ale nie powiedział nie. Poprosił, żeby go za bardzo nie angażować w te meble.

I ja bardzo się zastanawiałam co zrobić, myślałam cały weekend. Byłam na tak, bo wiadomo i byłam na nie, bo bardzo mi sie nie chciało ruszać całej tej machiny.
Ale co tam, chciałam być księżniczką i mieć własną toaletkę.
Sprawdziłam cenę rynkową tych mebli i one normalnie są dziesięć i więcej razy droższe. Więc nawet z ceną transportu dalej się opłacało. Robiliśmy ostatnio jakieś remonty, dach trochę, auto jak zwykle i średnio to widziałam. Finansowo wyglądało tak, że będzie bardziej oszczędnie do końca miesiąca a ciągle na coś oszczędzamy i mam już dość.

Ico? I znalazłam przewoźnika, nieco tańszy niż pozostali i on tam pojechał złożył szafę, bo by nie wyszła z domu, zabrał meble i mi je przywiezie w nadchodzącym tygodniu.
P. nie był zachwycony, że się zdecydowałam, zdziwiony też nie był, podobnie jak moja rodzina i przyjaciele też się nie zdziwili, że te meble kupiłam. Mama mówiła "kupuj, kupuj, będziesz miała pieknie". Moja mama też kupuje meble i jeszcze obrazy. Tata mówił "Nie, nie kupuj staroci, po co Ci to", a to przez tatę mnie naszło na starocie, bo on pierwszy sprezentował mi stary fotel i komodę. I zabrał mnie na targ staroci. I tak się zaczęło.

I teraz ja próbuję pozbyć się obecnych, żeby wstawić te art deco sobie do domu. Część już ludzie obiecali zabrać. Została szafa, wielka szafa, którą chcę sprzedać albo oddać. Wolałabym sprzedać, ale oddam jak nie sprzedam.

***

Mozna powiedzieć, że jest ogarnięte. Jutro ludzie przyjadą i pozabierają moje meble. Wielką szafę też, pojutrze przyjadą meble z Wałbrzycha. Trzymajcie kciuki, żeby wszystko się udało. I żebym nie została bez mebli zupełnie, bo jedne odjadą a drugie nie przyjadą.