Być pod prąd a może lepiej płynąć z prądem na ludzkiej akceptacji i opinii. Na tym co powiedzą inni. I na osądzie ludzkim.
Ja jednak pod prąd. Odkąd pamiętam szłam za sercem, czy intuicja mnie prowadziła.
Moje wybory nie zawsze były słuszne. Popełniłam kilka błędów w swoim życiu.
Podjęłam decyzje, których konsekwencje musiałam ponieść.
Ale to moje decyzje i w tym się przejawia moja wolność, że mogłam i mogę je podejmować, że mogę popełniać błędy, że ktoś nie próbuje programować mojego życia.
Czy żałuję swoich decyzji? Nigdy. Żałuję tylko, że nie słucham bardziej siebie a mniej innych- ówczesnych moich autorytetów i wbrew sobie podejmowałam decyzje. A potem głupio trwałam w tych decyzjach latami blokując swoje emocje będąc w zasadach.
Żyłam przez wiele lat w iluzji. Z całej siły usprawiedliwiałam swoje małżeństwo. Czy zawsze było źle? Oczywiście, że nie zawsze, kiedyś było dobrze. Czułam się szczęśliwa i kochałam.
Z czasem związek zaczął się rozjeżdżać. I dotarło do mnie, że nie łączy mnie z moim mężem miłość i relacja. Dotarło do mnie nagle, nie działo się etapami, nie narastało, stało się właśnie nagle i spadło na mnie jak grom z jasnego nieba. Dwie sytuacje z ostatniego czasu sprawiły, że nie byłam w stanie dalej trwać w tej relacji. Zobaczyłam real i mną wstrząsnęło. Dotarło do mnie też, że ja nie muszę, nie muszę równać w dół, nie muszę być w relacji, której nie ma, nie muszę być w związku, gdzie drugi człowiek jest ze mną nieszczęśliwy, ale nie chce rozmawiać, nie chce nic zmieniać. Sytuacja patowa. Gdzie nie mogłam zrobić już nic. Gdzie winna byłam ja i wszystkiemu ja.
Od jakiegoś czasu on nie umiał mnie zaakceptować takiej jaka jestem a może nigdy nie umiał. I ja żyłam w tym braku akceptacji i wsparcia z jego strony. Właściwie to on nie lubił nic z tych rzeczy, które lubiłam i lubię ja, od dawna nie robiliśmy nic wspólnie, ja nie umiałam tak mówić, żeby rozumiał co ja do niego mówię. Ja mówiłam jedno a on rozumiał drugie. Tłumaczenie nic nie wnosiło. Napięcie było nie do zniesienia. Schowałam się kilka lat temu w sobie i przestałam mówić jak się mam i co czuję. Bo wszystko był rozumiane na opak.
Każda próba kończyła się porażką. Zdarzało mi się pisać pozwy rozwodowe. Bo brak zrozumienia z drugiej strony był nie do wytrzymania.
Potem przestałam czuć cokolwiek. Przestałam oczekiwać, trwałam obok i robiłam co musiałam. Starałam się ignorować swoje potrzeby, przestałam oczekiwać akceptacji i wsparcia. Unikałam kłótni i przepraszałam. Przepraszałam już potem dla świętego spokoju, przepraszałam, bo już nie miałam sił słuchać.
Byłam już bardzo zmęczona. Widzę to na zdjęciach. I on był zmęczony. I nieszczęśliwy.
Permanentnie nieszczęśliwy ze mną.
Bez akceptacji.
Może bym się zmieniła, może bym zrezygnowała z czegoś. Ale nie było miłości. A człowiek się zmienia w miłości. Ale nie było akceptacji a człowiek potrzebuje akceptacji do zmiany siebie i rezygnacji z siebie na rzecz drugiego człowieka. Ja tego nie czułam.
W innych miejscach realizowałam siebie.
Nie ma nic co by mnie zatrzymało, szukałam i szukam i nie potrafię nic takiego znaleźć. Nic.
Okoliczności rozstawania tylko mnie utwierdzają w decyzji. Słowa utwierdzają mnie w decyzjach.
Dylematy. Tak mam dylematy. Przykro mi. Boli, że jego boli. Boli, że odchodzę, Boli, że obiecałam, a teraz odchodzę. Ale obietnica obowiązuje dwoje. I kiedy jedno wyłączy się z życia, to nie może oczekiwać, że drugie tak będzie przy nim trwać. Szukałam wiele lat drogi.
Drogi nie znalazłam.
A dziś.
Drogi powrotu już nie ma.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz