sobota, 18 kwietnia 2015

Dać coś z siebie

Postawa roszczeniowa, nastawienie na zdobywanie, branie, przyjmowanie.

Mamy oczekiwania, od męża, żony, dziecka, przyjaciół, kolegów w pracy, szefa. Postawa: daj, daj, daj.
Zastanawiasz się co inni powinni zrobić, żebyś Ty mógł być szczęśliwy.
I kiedy Ci bliżsi i dalsi nie spełniają Twoich oczekiwań robisz się sfrustrowany i... nieszczęśliwy.
Zastanów się ile robisz dla siebie a ile dla innych.
Ile robisz, żeby zdobyć czyjąś akceptację. Żeby sobie zasłużyć na miłość. A nie po to,
żeby rzeczywiście pomóc.

Przez większą część swojego życia czułam się niekochana i nieakceptowana.
Pomimo rodziców, którzy mnie kochali, pomimo przyjaciół blisko mnie.
Pomimo relacji tych, które wówczas miałam, a wiecie samotnikiem nigdy nie byłam.

W którymś momencie się zorientowałam jakie mam oczekiwania wobec innych, a miałam właśnie takie:
daj, daj, daj. I kiedy ktoś nie zaspokajał moich oczekiwań słusznych, bądź niesłusznych byłam nieszczęśliwa.
Byłam skupiona na sobie samej i zastanawiałam się dlaczego mnie nie kochają, dlaczego przyjaciele ranią, dlaczego ówczesny chłopak nie spełnia oczekiwań, każda krytyka rozwalała mnie na długie tygodnie. Byłam skupiona na sobie i swoich niezaspokojonych potrzebach. Poza własne ja nie patrzyłam, bo moje własne potrzeby były niezaspokojone i przysłaniały wszystko inne, zniekształcały rzeczywistość. A nie w sposób było ich zaspokoić.





Nigdy, nikt nie zaspokoi naszych wszystkich potrzeb, może nawet te najważniejsze będą niezaspokojone a my będziemy musieli z tym żyć i funkcjonować.

Skąd to się bierze, to niezaspokojenie? Moim zdaniem z dzieciństwa i niezaspokojonych potrzeb w dzieciństwie, niezaspokojonych z różnych powodów, bez oceniania. Bo nie o tym teraz. I ciągnie się to za nami. To poczucie niesprawiedliwości, ta potrzeba, że ktoś nas kochał i był tylko dla nas, by inni skupiali się na nas.

Warto to sobie uświadomić i spojrzeć dalej, poza czubek własnego nosa, poza nasze zranienia, poza nasze potrzeby. Warto zobaczyć problemy męża, żony, dziewczyny, chłopaka, dzieci, przyjaciół, znajomych. Spojrzeć szerzej i przestać się skupiać na tym jak inni nas ranią. Warto przestać mieć wyłącznie oczekiwania wobec innych. Warto z siebie coś dać i nie oczekiwać nic w zamian. Ot, tak po prostu.

Dlaczego warto, bo gdy zaczniemy dostrzegać problemy innych, przestaniemy skupiać się wyłącznie na sobie, przestaniemy wyłącznie brać. Dostrzeżemy, że ktoś może potrzebować naszej miłości i wsparcia.
Relacja, miłość, to nie branie a dawanie siebie. To nasze zaangażowanie w sprawę. A nie sankcyjne: daj.





Warto dawać i nie oczekiwać nic w zamian, to uzdrawia naszą duszę.






środa, 15 kwietnia 2015

Moje perypetie żywieniowe

Jedzenia śmieciowego było mało w moim życiu. Dawniej z braku finansów nie jadałam na mieście, teraz z powodu świadomości. Mam też problem z estetyką, nie lubię jeść brzydkiego jedzenia, nie lubię jeść w brzydkich miejscach, nie lubię jeść jedzenia bez polotu. Dodatkowo ewidentnie nie jem nabiału, nie piję mleka (w tej grupie naprawdę wiele można zmieścić: większość ciast i ciastek, większość zup), nie jem glutenu (wszelkiego rodzaju pieczywo, makarony), nie lubię też za bardzo mięsa. I robi się problematycznie- niewiele jest miejsc, gdzie mogę coś zjeść. Kiedy zdecyduję się jednać złamać moje zasady żywieniowe- cierpię :( Boli mnie, bardzo boli mnie brzuch, mój brzuch zamienia się w balonik, na moim ciele pojawia się wysyp krost i krosteczek.
Mam uczulenie na laktozę, wiele lat leczyłam się na trądzik. To był dziwny trądzik, bo im starsza byłam tym większy miałam problem ze skórą, bo zmniejszała się moja tolerancja laktozy. Terapie antybiotykowe pomagały na moment a potem problem wracał ze zdwojoną siłą. Byłam nieszczęśliwa.
Zaczęłam szukać rozwiązania i w wieku 32 lata odkryłam, że mam nietolerancję laktozy. EUREKA.
Z glutenu zrezygnowałam (zdarza mi się zjeść chleb, ciastko, makaron), bo czułam się wiecznie napompowana i mnie to denerwowało. Dużo lżej się czuję, kiedy gluten sobie odpuszczam.
Kiedy Jeremiasz skończył sześć miesięcy zaczął chorować, obniżyła mu się odporność, miał anemię i skutkiem było obniżenie odporności. Chorował równo rok, od antybiotyku do antybiotyku- miałam dość, zmieniłam mu dietę, wywaliłam nabiał, jako że zagluca organizm, wywaliłam cukier, wywaliłam wszystkie kaszki dla dzieci i zastąpiłam to warzywami na parze, kaszami, owocami.
I Jeremiasz przestał chorować.
A my przy okazji zaczęliśmy odżywiać się bardzo zdrowo.

W moich żywieniowych perypetiach wspierają mnie: siostra Karolina, to ona mnie namówiła na dietę za pierwszym razem (o diecie za moment) i dwie przyjaciółki. Uczę się od nich dużo. Dużo rozmawiamy o jedzeniu, dzielimy się przepisami i swoimi odkryciami kulinarnymi. Trochę też wspiera mnie siostra Ania.

Ostatnio na początku roku zrobiło się ciasno w moich jeansach. To przykre uczucie, szczególnie dla kobiety. Tak mimo tych wszystkich ograniczeń w mojej diecie, zrobiło się mnie więcej lub jeansów mniej.
Przez wiele tygodni dojrzewałam do podjęcia decyzji o wejściu w dosyć restrykcyjną dietę.
Dieta owocowo- warzywna. Ładnie brzmi, tyle, że z owoców można jeść jabłka, grejpfruty a ja sobie dodatkowo pozwoliłam na pomarańcze. Warzywa możne do jedzenia: cukinia, brokuł, pomidory, szpinak, ogórek. I to byłoby na tyle. A i jeszcze rodzynki. Nie wie człowiek ile może naprodukować z tych składników, dopóki nie znajdzie się na diecie Ewy dąbrowskiej. Mija trzeci tydzień mojej diety.
Nie było tak ciężko, jakby się wydawać mogło, że będzie. To moje drugie spotkanie z tą dietą.
Pierwsze było mocniejsze. Bo musiałam zrezygnować z mojej ukochanej kawy, jadłam wtedy też jeszcze pieczywo i ciasteczka.
Tym razem było na light-cie, kawy nie piłam od trzech miesięcy, bo odkryłam, że potęguje moje migreny (piję wyłącznie okazjonalnie, a nie nałogowo jak przedtem), z ciastek i chlebka zrezygnowałam też wcześniej.
Tym razem nie opadłam z sił, nie spałam po pracy, nie zasypiałam na siedząco, nie bolała mnie głowa. Funkcjonuję zupełnie sprawnie, mimo nawału pracy, studiowania.
Co jem: jem jabłka, na żywo i zapiekane, zupy krem z dozwolonych składników, i pulpy owocowe (czytaj miksowane owoce z odrobiną wody). Zjadłam też w święta jajka i żurek od mamy i ciasta mnie skusiły- ale tylko w święta.
Nie wiem ile schudłam, bo moja wredna waga pokazuje różne miary mnie. Czasem ważę 73 kg, by za chwilę ważyć 59, a potem 63 i 68 kg. Kłamczucha waga.
Z tym, że spodnie wskazują na przyjemne luzy i ustąpił ucisk. Na pewno to nie są duże liczby spadków. Bo wizual mam ten sam.
Ale jakie odczucia- czuję się odświeżona, mam więcej energii i nie czuję się słoniem.
Przy okazji mój mąż Michał pojadł smacznych, zdrowych, beztłuszczowych zup i popił sobie koktajli owocowych, Jeremiasz zupom nie dał rady, ale zajadał się razem ze mną pieczonymi jabłkami.  Dietę zakończę jakoś tak do końca tygodnia. Powinnam coś napisać na podsumowanie, że warto, albo coś w tym stylu. Że szczęśliwa kobieta, to szczupła kobieta. Może tak, może nie. Nie wiem, ja grubsza jestem mniej szczęśliwa. Nie spędza to snu z moich powiek i nie odbiera radości życia. Z tym, że zupełnie zadowolona z siebie jestem wtedy, kiedy jestem w rozmiarze s czy m, bo już l mnie unieszczęśliwia. Ja tak mam, jestem wymagająca wobec siebie. Ja tak mam, inni mogą mieć zgoła inaczej.

poniedziałek, 13 kwietnia 2015

Pasje mojego życia- macierzyństwo

Było ostatnio dosyć ponuro w moich wpisach.
I tematyce matczynej. I w tej tematyce zostanę jeszcze przez moment.
Ale dziś będzie pozytywnie.
Ten wpis robiłam wcześniej, ale nie zdążyłam go skończyć.
Spróbuję dokończyć.

Jeremiasz, pięć i pół roku z nami.
Najpierw dziewięć miesięcy  siedział w moim brzuchu i rósł a ja razem z nim.
I z mojego pięknego xs zamieniłam się w pięknego słonia.
Jeremiasz siedział w brzuchu a ja jadłam i jadłam i jadłam, byłam permanentnie głodna.
Całe szczęście, że Jeremiasz zdecydował się opuścić mój brzuch, bo bym chyba pękła.
Poza jedzeniem zrobiłam się stacjonarna, jechałam do pracy (pracowałam jako instruktor tańca),
 wracałam, gotowałam piękne obiady i zjadając obiady oglądałam seriale.
Strasznie mnie wzruszały, płakałam również na reklamach.
To co lubiłam dotychczas przestałam lubić, sos czosnkowy do pizzy ohyda, kawa latte ohyda, natomiast mięso mogłam zjadać w każdej postaci i każdej ilości, pierwszy raz w życiu zjadałam dwa mielone do obiadu i chętnie bym trzeciego ten tego.
Więc kiedy Jeremiasz wydobył się z brzucha odetchnęłam.
W Jeremiaszu zakochałam się od razu, była to miłość od pierwszego wejrzenia. Nagle postrzegłam jak puste i jałowe było moje życie. Puste, bo bez głównego jego sensu- mojego syna.
Pierwszy rok czy półtora właściwie nie było mnie dla świata. Byłam zupełnie skupiona na Jeremiaszu. Bez wyrzeczeń z mojej strony, bez poczucia, że coś tracę, bez uczucia, że się poświęcam. Tak po prostu miałam potrzebę być z moim dzieckiem. Oczywiście pracowałam przy okazji, ale zupełnie nie miałam ochoty na spotkania towarzyskie, na kawiarnie nie miałam ochoty, na zakupy. Chciałam być z moim synkiem.
Niektórzy próbowali mnie straszyć, że będzie niesamodzielny, że będzie mamisynkiem, że powinnam go oddawać babciom, ciotkom.
Ale nie oddawałam, tylko w ostateczności. Gdy byłam w domu, Jeremiasz był cały czas ze mną, na mnie, przy mnie. Nosiłam go w chuście, spał nie tyle na z nami, co na nas. Oczywiście odwiedzały nas babcie, oczywiście Jeremiasz zostawał regularnie z moją siostrą Karoliną, dosyć regularnie z drugą siostrą Anią (u Ani dalej bywa regularnie, bo studiuję zaocznie), czasem zostawał z babcią, czasem z zaufaną Patrycją.
Ale najczęściej Jeremiasz jest z nami. Na mamisynka nie wyrósł. Jest samodzielny, nie strachliwy, lubi bawić się sam, lubi bawić się z dziećmi, szybko zakolegowuje się z nowymi dziećmi. Pozwala nam posiedzieć i pogadać z przyjaciółmi, a sam bawi się, ogląda bajki w obcym domu.
Wyjeżdżałam z nim od jego trzeciego roku życia sama w nowe skupiska ludzkie i dajemy radę. Normalnie je, normalnie śpi, normalnie funkcjonuje.
Nigdy nie zabraniałam Jeremiaszowi przytulania, czy swojej uwagi za karę, nie uzależniałam swojej akceptacji czy miłości od jeremiaszowego postępowania. Byłam i jestem zawsze kiedy potrzebuje. Kocham Jeremiasza miłością bezwarunkową, niezależnie od tego co robi. Właściwie to nie było i nie ma u nas kar. Nagród też nie ma. Czasem Jeremiasz sam izoluje się od nas i idzie do swojego pokoju i zamyka za sobą drzwi, wtedy za jakiś czas idę go wesprzeć w trudnej chwili. Po rozmowie i przytuleniu wracamy do salonu.
I do formy. Staram się nie zmuszać Jeremiasza i nie zmuszam, chyba, że mus jest. Ale wtedy Jeremiasz współpracuje, rozumie, że trzeba i ubiera się o świcie, wypija niedobre lekarstwo.
Przymuszania, to u mnie pojedyncze incydenty i mega- wyrzuty we mnie, że zrobiłam coś wbrew jego woli (stomatolog np., ale znaleźliśmy Złotowłosą, która oswoiła Jer i chętnie otwiera dziub i pozwala sobie dłubać w zębach).
Jeremiasz ma 5,5 roku, za chwilę znajdzie się w szkole, szczęściem w domowej szkole. I mam ogromną nadzieję, że uda nam się dalej nie robić nic na siłę i wbrew jego woli. Na dziś Jeremiasz nie za bardzo jest zainteresowany literkami czy cyferkami. Ma wiele innych zainteresowań, ale nie te. Zobaczymy co będzie za pół roku, może literki i cyferki znajdą się w polu jego zainteresowania. Gdyby miał iść do zwyczajnej szkoły, to bym go odroczyła. Ale w tej sytuacji miałam dylemat, bo Jeremiasz przyjaźni się z przedszkolnymi sześciolatkami i nie zdecydowałam się go zostawić w grupie zerówkowej, pójdzie dalej ze swoimi przyjaciółmi z przedszkola do domowej szkoły. Nie wiem czy dobrą podejmuję decyzję. Tak mi podpowiada intuicja i serce.
Samodzielny Jeremiasz dawno się ode mnie odkleił, ma swoje ważne sprawy, od cioci Ani wraca niechętnie, ja wychodzę z przedszkola a on zostaje na podwieczorek. Ponosić go na rękach nie za bardzo, po pierwsze ciężki, po drugie on nie chce.
Od jego urodzenia miałam świadomość, że Jeremiasz będzie coraz większy i coraz mniej mnie będzie potrzebował, wykorzystałam ten czas, kiedy miałam go całego dla siebie, wynosiłam, wyprzytulałam. Cieszę się, że nie idzie do zwyczajnej szkoły i będę go miała dłużej więcej. Ale przyjdzie taki moment, że będę miała mojego dziecka za mało. Urośnie, dorośnie, będzie miał swoje sprawy, swoje życie.
Jedna chwila, mgnienie oka i mój syn będzie dorosły.

sobota, 11 kwietnia 2015

Służba zdrowia- głęboka studnia. Sfrustrowany wpis sfrustrowanej matki.

 Jeremiasz kończy antybiotyk w poniedziałek. Schudł, bo nie ma ochoty na jedzenie. Coś tam je, ale dużo mniej. Zrobiliśmy badania krwi, wyniki się wyrównały. Wydawać by się mogło, że wszystko wróciło do normy. Ale nie wróciło. Bo moja nieufność do lekarzy pogłębiła się. Doktorka w przychodni na wizycie kontrolnej stwierdziła, że Jeremiaszowi tętno skoczyło z powodu nerwówki przedświątecznej, witki mi opadły. Nic jej nie powiedziałam, pozwoliłam robić z siebie idiotkę, co tam badania krwi wskazujące na poważny stan zapalny w organizmie mojego dziecka, co tam jego ogólne osłabienie, co tam bóle nóg, co tam bóle głowy i brzuszka, co tam biegunka i wymioty. Coraz częściej w takich sytuacjach nie mam ochoty się sprzeczać. Więc ona te głupoty  w y p o w i a d a, a ja  m i l c z ę. Nie mówię nic, bez sensu się spalać i wypalać. Milcząc wzięłam skierowanie na badanie krwi, po które przyszłam i poszłam.

Straciłam zaufanie zupełnie do lekarzy, to trudne. Przez tydzień miałam doła, było mi ciężko z tym, że żyję w jakimś MATRIX. Mogę polegać na swojej wiedzy (nie jestem lekarzem), intuicji. Natomiast nie mogę ufać instytucji, która powinna być ekspertem. Ja mogę wiedzieć, ale ja nie przekroczę systemu. I zderzam się z tym systemem, a na szali ważą się losy mojego dziecka. Wyniki badań były paskudne. Jeremiasz był bardzo w nie- formie, lekarz przeoczyła coś, co powinno ją zaalarmować. Miała cały zestaw niepokojących objawów.

Z systemem jako mama zderzam się nie po raz pierwszy, już na samym początku przy porodzie kiedy, ktoś mi zrobił niepotrzebne cesarskie cięcie na skurczach partych, gdzie Jeremiasz się lekko przydusił i wyciągnęli go niebieskiego. Gdzie moja macica nie jest w najlepszej formie po tym cięciu.
 Potem Jeremiasz kończy  6 mies. i ląduje w szpitalu z zapaleniem oskrzeli. U lekarki w przychodni byliśmy co tydzień (przez trzy miesiące), a dziecko kasłało, kasłało aż się dokasłało zapalenia oskrzeli. Wystarczyło zlecić badania krwi i zobaczyć, że dziecko ma anemię i spadła mu odporność. Wystarczyło przeczytać, jeśli się tego nie wie (będąc lekarzem powinno się wiedzieć), że dzieci karmione naturalnie a szybko podwajające swoją wagę mogą być narażone na braki żelaza.
Już w szpitalu lekarz laryngolog nie zauważył zapalenia ucha, stan zapalny rósł, gorączka rosła, dziecko darło się z bólu przez tydzień, pielęgniarki nie chciały dawać mu syropu przeciwbólowego a potem błona bębenkowa pękła (na szczęście pękła) i wylała się ropa, dziecko było tak osłabione, że przy zakładaniu welfronu pękały mu wszystkie żyłki na rączkach i nóżkach. Byłam wściekła, zrobiłam aferę na całą pediatrię, ordynator zrobiła obchód po szpitalu, niektórzy pracownicy widzieli ją pierwszy raz w życiu. Kiedy stanęła przy nas zamilkła zabrakło jej argumentów.

I teraz kolejny zonk.
Mam opór w środku na taki stan rzeczy. Jestem zła i sfrustrowana. Na świat, w którym musi żyć moje dziecko. Gdzie muszę się opierać na swojej wiedzy i doświadczeniu. Gdzie dzieje się to metodą prób i błędów. Gdybym wiedziała, poszłabym na medycynę, byłabym lekarzem nie pedagogiem. Całe szczęście moje ukochane dziecko z każdej tej sytuacji wychodzi bez większego uszczerbku na zdrowiu. Ktoś z dużej litery Ktoś czuwa nad nami i nie pozwala nas wykończyć służbie zdrowia z malej litery i w cudzysłowie "służbie". Może jak skończę obecne studia pójdę na kolejne, na medycynę.

niedziela, 5 kwietnia 2015

Nagle szpital- będzie dziecięco i chorująco

Jeremiasz obudził się z dzikim bólem nóg, płakał bardzo, że boli, pomógł strumień ciepłego powietrza z suszarki, za moment zrobił mu się stan podgorączkowy, biegunka, ból nóg nie mijał, o 15 wylądowaliśmy w przychodni. Doktor niechętnie nas przyjęła- o 15 kończyła pracę, słuchając Jeremiasza, zatrzymała się na dłużej przy serduszku Jeremiasza, zmierzyła mu temperaturę.
- Ma temperaturę prawda- zapytała mnie- Prawda???
Nieprawda, pomyślałam, ma stan podgorączkowy. 
Dlaczego bolą go nóżki- zapytałam ja
- Rzeczywiście to objaw niestandardowy
Jeremiasz cały dzień spał, leki przeciwbiegunkowe zwymiotował.
Obudził się, był wyraźnie nieswój, leżał i patrzył w sufit, on normalnie tak nie robi.
Mówił, że oko go łaskocze.
Patrząc na niego zobaczyłam pulsującą mu skroń i żyłkę na szyjce.
Przyłożyłam rękę a serce biło mu jak oszalałe.
Zmierzyłam puls 140 uderzeń na minutę- dużo za dużo.
Przy gorączce podnosi się puls, ale nie tak, ale on nie miał gorączki.
Zadzwoniłam na jakąś Izbę Przyjęć, zmusiłam panią doktor do wyznania, że
objawy są niepokojące, nie niestandardowe, tylko niepokojące, rzeczy zostały
nazwane po imieniu. Zmierzyłam puls 150 uderzeń na minutę.
Zadzwoniłam na 112 i wezwałam karetkę pogotowia. Spakowałam torbę na dłużej, ubrałam się po ludzku.
Przyjechało dosyć szybko dwóch miłych ratowników medycznych, jeden wyraźnie milszy.
Nie byli zdecydowani, że dziecko trzeba zabrać do karetki, a karetką do szpitala, kazali mi decydować.
Zaproponowali, że mogę sama autem pojechać, nie odważyłam się w nocy z dzieckiem.
Zdecydowałam, że jedziemy (że też ja muszę zawsze takie decyzje wiążące podejmować:/)
Zamknęłam psa i kota w domu.
Zgubiłam klucze od furtki , którym wpuszczałam ratowników i pojechaliśmy
(klucze znalazłam potem w kieszeni bluzy, którą miałam na sobie) .
Karetka zawiozła nas do Szpitala na Niekłańskiej.
Dotychczas słyszałam same niepochlebne opinie o tym szpitalu i bałam się tego szpitala.
Szpital się wyraźnie zmienił. Weszliśmy do kolorowego środka, Jeremiasz nie wierzył, że to szpital, bo taki ładny, uwierzył jak karetki przywoziły dzieci na noszach, które płakały.
Pani w rejestr. zmierzyła nam puls- 140.
I czekaliśmy.
W międzyczasie  karetka przywiozła fioletowego chłopca z epilepsją, był też chłopiec z
poparzonym brzuchem, nastolatek, który zemdlał i bolał go łokieć.
I dużo innych dzieci, którym po kolei dowiadywałam się co dolega.
Wylądowaliśmy pod pokojem 22 razem z innymi maluchami śpiącymi na rodzicach.
-Dlaczego on wymiotuje- pytał ojciec matki, która trzymała niemowlę w ramionach-
przecież go szczepiliśmy na rota.
- Nie wymiotował dożo- nie żałuję, że go zaszczepiliśmy, mogłoby być gorzej. 
Chłopiec, z drenami w uszach w wieku Jeremiasza, chłopiec zalał te dreny.
I chłopiec z ciągłym zapaleniem uszu, tata opowiedział nam też czekającym całą
historię borykania się z tymi uszami. Ciągle pękającą błoną bębenkową i niedosłuchem z powodu
zrostów. Pomiędzy przyjechał Michał po pracy. I czekaliśmy.

Młoda, miła pani doktor zbadała Jeremiasza, zrobiła wywiad, zmierzyła tętno, zleciła  badania krwi (na badania krwi byliśmy umówieni następnego, chciałam sprawdzić skąd te niestandardowe objawy).
Po niecałej godzinie mieliśmy wyniki, chociaż straszyły panie laborantki, że czeka się najmniej godzinę, a zwykle 1,5h.
Podniesione mocno crp (norma to 5- 7, wirus naście, a my mieliśmy 53) wskazywało na zapalenie bakteryjne chyba gardła, bo czerwone. Dostaliśmy receptę i mogliśmy wrócić do naszej rzeczywistości.

Nie mogę nic zarzucić Szpitalowi na Niekłańskiej- nic- miłe panie w rejestr., miła pani doktor, przyjemne, bardzo czyste otoczenie. Każde dziecko miało robione badania na miejscu.

Po drodze zajechaliśmy do całodobowej apteki, Jeremiasz połknął antybiotyk i nakarmiłam rybki, zobaczyłam, że ciężarna Molinezja urodziła w końcu, wyłowiłam małe i poszliśmy spać.

Jeremiasz był dzielny, dla niego to przygoda, ciekawie rozglądał się dookoła, zadawał fachowe pytania.
Odpowiadał pani doktor na wszystkie pytania i wszystko go bolało gdy doktor pytała co go boli.
Jeremiasz jest fanem serialu "Na sygnale".
Następnego dnia Jeremiasz leczył Stasia a ja miałam ciśnienie 147 na 87- wysokie. Przeżyłam chwile trwogi gdy Jeremiasza serce waliło jak szalone próbując mu wyskoczyć z piersi a on patrzył w sufit.

Zareagowałam w porę i na czas. Staram się nie myśleć co by było  gdyby.
Przez myśli przelatują te historie, kiedy rodzice zaufali np lekarzowi pierwszego kontaktu. Albo dokonali wyboru, że zostają w domu, kiedy im ratownicy zostawili wybór.
A bakteria nabierała tempa. Nasza nie nabrała. Po pierwszej dawce antybiotyku nóżki przestały boleć,
tętno spadło, stan podgorączkowy zszedł. Rodzice nie powinni słuchać lekarza, kiedy coś niepokoi, nie powinni ufać lekarzowi, bo każdy może się pomylić. Nie powinni słuchać nawet głosu rozsądku. Powinni sprawdzić każdy niestandardowy sygnał z organizmu własnego dziecka. I słuchać swojego serca, czy intuicji.

Nie to, że jest kolorowo, Młody nie chce jeść, ma lekką biegunkę i ultra mocny antybiotyk, który
niszczy jego florę bakteryjną, o którą tak bardzo dbałam od lat. Bo Jeremiasz właściwie nie chorował.
I trzymam rękę na pulsie. Zdrowych i wesołych Świąt Wielkanocnych Wam życzę.