Jeremiasz kończy antybiotyk w poniedziałek. Schudł, bo nie ma ochoty na jedzenie. Coś tam je, ale dużo mniej. Zrobiliśmy badania krwi, wyniki się wyrównały. Wydawać by się mogło, że wszystko wróciło do normy. Ale nie wróciło. Bo moja nieufność do lekarzy pogłębiła się. Doktorka w przychodni na wizycie kontrolnej stwierdziła, że Jeremiaszowi tętno skoczyło z powodu nerwówki przedświątecznej, witki mi opadły. Nic jej nie powiedziałam, pozwoliłam robić z siebie idiotkę, co tam badania krwi wskazujące na poważny stan zapalny w organizmie mojego dziecka, co tam jego ogólne osłabienie, co tam bóle nóg, co tam bóle głowy i brzuszka, co tam biegunka i wymioty. Coraz częściej w takich sytuacjach nie mam ochoty się sprzeczać. Więc ona te głupoty w y p o w i a d a, a ja m i l c z ę. Nie mówię nic, bez sensu się spalać i wypalać. Milcząc wzięłam skierowanie na badanie krwi, po które przyszłam i poszłam.
Straciłam zaufanie zupełnie do lekarzy, to trudne. Przez tydzień miałam doła, było mi ciężko z tym, że żyję w jakimś MATRIX. Mogę polegać na swojej wiedzy (nie jestem lekarzem), intuicji. Natomiast nie mogę ufać instytucji, która powinna być ekspertem. Ja mogę wiedzieć, ale ja nie przekroczę systemu. I zderzam się z tym systemem, a na szali ważą się losy mojego dziecka. Wyniki badań były paskudne. Jeremiasz był bardzo w nie- formie, lekarz przeoczyła coś, co powinno ją zaalarmować. Miała cały zestaw niepokojących objawów.
Z systemem jako mama zderzam się nie po raz pierwszy, już na samym początku przy porodzie kiedy, ktoś mi zrobił niepotrzebne cesarskie cięcie na skurczach partych, gdzie Jeremiasz się lekko przydusił i wyciągnęli go niebieskiego. Gdzie moja macica nie jest w najlepszej formie po tym cięciu.
Potem Jeremiasz kończy 6 mies. i ląduje w szpitalu z zapaleniem oskrzeli. U lekarki w przychodni byliśmy co tydzień (przez trzy miesiące), a dziecko kasłało, kasłało aż się dokasłało zapalenia oskrzeli. Wystarczyło zlecić badania krwi i zobaczyć, że dziecko ma anemię i spadła mu odporność. Wystarczyło przeczytać, jeśli się tego nie wie (będąc lekarzem powinno się wiedzieć), że dzieci karmione naturalnie a szybko podwajające swoją wagę mogą być narażone na braki żelaza.
Już w szpitalu lekarz laryngolog nie zauważył zapalenia ucha, stan zapalny rósł, gorączka rosła, dziecko darło się z bólu przez tydzień, pielęgniarki nie chciały dawać mu syropu przeciwbólowego a potem błona bębenkowa pękła (na szczęście pękła) i wylała się ropa, dziecko było tak osłabione, że przy zakładaniu welfronu pękały mu wszystkie żyłki na rączkach i nóżkach. Byłam wściekła, zrobiłam aferę na całą pediatrię, ordynator zrobiła obchód po szpitalu, niektórzy pracownicy widzieli ją pierwszy raz w życiu. Kiedy stanęła przy nas zamilkła zabrakło jej argumentów.
I teraz kolejny zonk.
Mam opór w środku na taki stan rzeczy. Jestem zła i sfrustrowana. Na świat, w którym musi żyć moje dziecko. Gdzie muszę się opierać na swojej wiedzy i doświadczeniu. Gdzie dzieje się to metodą prób i błędów. Gdybym wiedziała, poszłabym na medycynę, byłabym lekarzem nie pedagogiem. Całe szczęście moje ukochane dziecko z każdej tej sytuacji wychodzi bez większego uszczerbku na zdrowiu. Ktoś z dużej litery Ktoś czuwa nad nami i nie pozwala nas wykończyć służbie zdrowia z malej litery i w cudzysłowie "służbie". Może jak skończę obecne studia pójdę na kolejne, na medycynę.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz