Jeremiasz obudził się z dzikim bólem nóg, płakał bardzo, że boli, pomógł strumień ciepłego powietrza z suszarki, za moment zrobił mu się stan podgorączkowy, biegunka, ból nóg nie mijał, o 15 wylądowaliśmy w przychodni. Doktor niechętnie nas przyjęła- o 15 kończyła pracę, słuchając Jeremiasza, zatrzymała się na dłużej przy serduszku Jeremiasza, zmierzyła mu temperaturę.
- Ma temperaturę prawda- zapytała mnie- Prawda???
Nieprawda, pomyślałam, ma stan podgorączkowy.
Dlaczego bolą go nóżki- zapytałam ja
- Rzeczywiście to objaw niestandardowy
Jeremiasz cały dzień spał, leki przeciwbiegunkowe zwymiotował.
Obudził się, był wyraźnie nieswój, leżał i patrzył w sufit, on normalnie tak nie robi.
Mówił, że oko go łaskocze.
Patrząc na niego zobaczyłam pulsującą mu skroń i żyłkę na szyjce.
Przyłożyłam rękę a serce biło mu jak oszalałe.
Zmierzyłam puls 140 uderzeń na minutę- dużo za dużo.
Przy gorączce podnosi się puls, ale nie tak, ale on nie miał gorączki.
Zadzwoniłam na jakąś Izbę Przyjęć, zmusiłam panią doktor do wyznania, że
objawy są niepokojące, nie niestandardowe, tylko niepokojące, rzeczy zostały
nazwane po imieniu. Zmierzyłam puls 150 uderzeń na minutę.
Zadzwoniłam na 112 i wezwałam karetkę pogotowia. Spakowałam torbę na dłużej, ubrałam się po ludzku.
Przyjechało dosyć szybko dwóch miłych ratowników medycznych, jeden wyraźnie milszy.
Nie byli zdecydowani, że dziecko trzeba zabrać do karetki, a karetką do szpitala, kazali mi decydować.
Zaproponowali, że mogę sama autem pojechać, nie odważyłam się w nocy z dzieckiem.
Zdecydowałam, że jedziemy (że też ja muszę zawsze takie decyzje wiążące podejmować:/)
Zamknęłam psa i kota w domu.
Zgubiłam klucze od furtki , którym wpuszczałam ratowników i pojechaliśmy
(klucze znalazłam potem w kieszeni bluzy, którą miałam na sobie) .
Karetka zawiozła nas do Szpitala na Niekłańskiej.
Dotychczas słyszałam same niepochlebne opinie o tym szpitalu i bałam się tego szpitala.
Szpital się wyraźnie zmienił. Weszliśmy do kolorowego środka, Jeremiasz nie wierzył, że to szpital, bo taki ładny, uwierzył jak karetki przywoziły dzieci na noszach, które płakały.
Pani w rejestr. zmierzyła nam puls- 140.
I czekaliśmy.
W międzyczasie karetka przywiozła fioletowego chłopca z epilepsją, był też chłopiec z
poparzonym brzuchem, nastolatek, który zemdlał i bolał go łokieć.
I dużo innych dzieci, którym po kolei dowiadywałam się co dolega.
Wylądowaliśmy pod pokojem 22 razem z innymi maluchami śpiącymi na rodzicach.
-Dlaczego on wymiotuje- pytał ojciec matki, która trzymała niemowlę w ramionach-
przecież go szczepiliśmy na rota.
- Nie wymiotował dożo- nie żałuję, że go zaszczepiliśmy, mogłoby być gorzej.
Chłopiec, z drenami w uszach w wieku Jeremiasza, chłopiec zalał te dreny.
I chłopiec z ciągłym zapaleniem uszu, tata opowiedział nam też czekającym całą
historię borykania się z tymi uszami. Ciągle pękającą błoną bębenkową i niedosłuchem z powodu
zrostów. Pomiędzy przyjechał Michał po pracy. I czekaliśmy.
Młoda, miła pani doktor zbadała Jeremiasza, zrobiła wywiad, zmierzyła tętno, zleciła badania krwi (na badania krwi byliśmy umówieni następnego, chciałam sprawdzić skąd te niestandardowe objawy).
Po niecałej godzinie mieliśmy wyniki, chociaż straszyły panie laborantki, że czeka się najmniej godzinę, a zwykle 1,5h.
Podniesione mocno crp (norma to 5- 7, wirus naście, a my mieliśmy 53) wskazywało na zapalenie bakteryjne chyba gardła, bo czerwone. Dostaliśmy receptę i mogliśmy wrócić do naszej rzeczywistości.
Nie mogę nic zarzucić Szpitalowi na Niekłańskiej- nic- miłe panie w rejestr., miła pani doktor, przyjemne, bardzo czyste otoczenie. Każde dziecko miało robione badania na miejscu.
Po drodze zajechaliśmy do całodobowej apteki, Jeremiasz połknął antybiotyk i nakarmiłam rybki, zobaczyłam, że ciężarna Molinezja urodziła w końcu, wyłowiłam małe i poszliśmy spać.
Jeremiasz był dzielny, dla niego to przygoda, ciekawie rozglądał się dookoła, zadawał fachowe pytania.
Odpowiadał pani doktor na wszystkie pytania i wszystko go bolało gdy doktor pytała co go boli.
Jeremiasz jest fanem serialu "Na sygnale".
Następnego dnia Jeremiasz leczył Stasia a ja miałam ciśnienie 147 na 87- wysokie. Przeżyłam chwile trwogi gdy Jeremiasza serce waliło jak szalone próbując mu wyskoczyć z piersi a on patrzył w sufit.
Zareagowałam w porę i na czas. Staram się nie myśleć co by było gdyby.
Przez myśli przelatują te historie, kiedy rodzice zaufali np lekarzowi pierwszego kontaktu. Albo dokonali wyboru, że zostają w domu, kiedy im ratownicy zostawili wybór.
A bakteria nabierała tempa. Nasza nie nabrała. Po pierwszej dawce antybiotyku nóżki przestały boleć,
tętno spadło, stan podgorączkowy zszedł. Rodzice nie powinni słuchać lekarza, kiedy coś niepokoi, nie powinni ufać lekarzowi, bo każdy może się pomylić. Nie powinni słuchać nawet głosu rozsądku. Powinni sprawdzić każdy niestandardowy sygnał z organizmu własnego dziecka. I słuchać swojego serca, czy intuicji.
Nie to, że jest kolorowo, Młody nie chce jeść, ma lekką biegunkę i ultra mocny antybiotyk, który
niszczy jego florę bakteryjną, o którą tak bardzo dbałam od lat. Bo Jeremiasz właściwie nie chorował.
I trzymam rękę na pulsie. Zdrowych i wesołych Świąt Wielkanocnych Wam życzę.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz