Było ostatnio dosyć ponuro w moich wpisach.
I tematyce matczynej. I w tej tematyce zostanę jeszcze przez moment.
Ale dziś będzie pozytywnie.
Ten wpis robiłam wcześniej, ale nie zdążyłam go skończyć.
Spróbuję dokończyć.
Jeremiasz, pięć i pół roku z nami.
Najpierw dziewięć miesięcy siedział w moim brzuchu i rósł a ja razem z nim.
I z mojego pięknego xs zamieniłam się w pięknego słonia.
Jeremiasz siedział w brzuchu a ja jadłam i jadłam i jadłam, byłam permanentnie głodna.
Całe szczęście, że Jeremiasz zdecydował się opuścić mój brzuch, bo bym chyba pękła.
Poza jedzeniem zrobiłam się stacjonarna, jechałam do pracy (pracowałam jako instruktor tańca),
wracałam, gotowałam piękne obiady i zjadając obiady oglądałam seriale.
Strasznie mnie wzruszały, płakałam również na reklamach.
To co lubiłam dotychczas przestałam lubić, sos czosnkowy do pizzy ohyda, kawa latte ohyda, natomiast mięso mogłam zjadać w każdej postaci i każdej ilości, pierwszy raz w życiu zjadałam dwa mielone do obiadu i chętnie bym trzeciego ten tego.
Więc kiedy Jeremiasz wydobył się z brzucha odetchnęłam.
W Jeremiaszu zakochałam się od razu, była to miłość od pierwszego wejrzenia. Nagle postrzegłam jak puste i jałowe było moje życie. Puste, bo bez głównego jego sensu- mojego syna.
Pierwszy rok czy półtora właściwie nie było mnie dla świata. Byłam zupełnie skupiona na Jeremiaszu. Bez wyrzeczeń z mojej strony, bez poczucia, że coś tracę, bez uczucia, że się poświęcam. Tak po prostu miałam potrzebę być z moim dzieckiem. Oczywiście pracowałam przy okazji, ale zupełnie nie miałam ochoty na spotkania towarzyskie, na kawiarnie nie miałam ochoty, na zakupy. Chciałam być z moim synkiem.
Niektórzy próbowali mnie straszyć, że będzie niesamodzielny, że będzie mamisynkiem, że powinnam go oddawać babciom, ciotkom.
Ale nie oddawałam, tylko w ostateczności. Gdy byłam w domu, Jeremiasz był cały czas ze mną, na mnie, przy mnie. Nosiłam go w chuście, spał nie tyle na z nami, co na nas. Oczywiście odwiedzały nas babcie, oczywiście Jeremiasz zostawał regularnie z moją siostrą Karoliną, dosyć regularnie z drugą siostrą Anią (u Ani dalej bywa regularnie, bo studiuję zaocznie), czasem zostawał z babcią, czasem z zaufaną Patrycją.
Ale najczęściej Jeremiasz jest z nami. Na mamisynka nie wyrósł. Jest samodzielny, nie strachliwy, lubi bawić się sam, lubi bawić się z dziećmi, szybko zakolegowuje się z nowymi dziećmi. Pozwala nam posiedzieć i pogadać z przyjaciółmi, a sam bawi się, ogląda bajki w obcym domu.
Wyjeżdżałam z nim od jego trzeciego roku życia sama w nowe skupiska ludzkie i dajemy radę. Normalnie je, normalnie śpi, normalnie funkcjonuje.
Nigdy nie zabraniałam Jeremiaszowi przytulania, czy swojej uwagi za karę, nie uzależniałam swojej akceptacji czy miłości od jeremiaszowego postępowania. Byłam i jestem zawsze kiedy potrzebuje. Kocham Jeremiasza miłością bezwarunkową, niezależnie od tego co robi. Właściwie to nie było i nie ma u nas kar. Nagród też nie ma. Czasem Jeremiasz sam izoluje się od nas i idzie do swojego pokoju i zamyka za sobą drzwi, wtedy za jakiś czas idę go wesprzeć w trudnej chwili. Po rozmowie i przytuleniu wracamy do salonu.
I do formy. Staram się nie zmuszać Jeremiasza i nie zmuszam, chyba, że mus jest. Ale wtedy Jeremiasz współpracuje, rozumie, że trzeba i ubiera się o świcie, wypija niedobre lekarstwo.
Przymuszania, to u mnie pojedyncze incydenty i mega- wyrzuty we mnie, że zrobiłam coś wbrew jego woli (stomatolog np., ale znaleźliśmy Złotowłosą, która oswoiła Jer i chętnie otwiera dziub i pozwala sobie dłubać w zębach).
Jeremiasz ma 5,5 roku, za chwilę znajdzie się w szkole, szczęściem w domowej szkole. I mam ogromną nadzieję, że uda nam się dalej nie robić nic na siłę i wbrew jego woli. Na dziś Jeremiasz nie za bardzo jest zainteresowany literkami czy cyferkami. Ma wiele innych zainteresowań, ale nie te. Zobaczymy co będzie za pół roku, może literki i cyferki znajdą się w polu jego zainteresowania. Gdyby miał iść do zwyczajnej szkoły, to bym go odroczyła. Ale w tej sytuacji miałam dylemat, bo Jeremiasz przyjaźni się z przedszkolnymi sześciolatkami i nie zdecydowałam się go zostawić w grupie zerówkowej, pójdzie dalej ze swoimi przyjaciółmi z przedszkola do domowej szkoły. Nie wiem czy dobrą podejmuję decyzję. Tak mi podpowiada intuicja i serce.
Samodzielny Jeremiasz dawno się ode mnie odkleił, ma swoje ważne sprawy, od cioci Ani wraca niechętnie, ja wychodzę z przedszkola a on zostaje na podwieczorek. Ponosić go na rękach nie za bardzo, po pierwsze ciężki, po drugie on nie chce.
Od jego urodzenia miałam świadomość, że Jeremiasz będzie coraz większy i coraz mniej mnie będzie potrzebował, wykorzystałam ten czas, kiedy miałam go całego dla siebie, wynosiłam, wyprzytulałam. Cieszę się, że nie idzie do zwyczajnej szkoły i będę go miała dłużej więcej. Ale przyjdzie taki moment, że będę miała mojego dziecka za mało. Urośnie, dorośnie, będzie miał swoje sprawy, swoje życie.
Jedna chwila, mgnienie oka i mój syn będzie dorosły.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz