piątek, 22 stycznia 2016

Stawianie granic


Dwa krańce stawiania granic swojego ja. Jeden, to totalna uległość wobec świata nas otaczającego (męża, dziecka, przyjaciół, współpracowników), pozwalasz się wykorzystywać, ktoś Cię obraża a Ty się uśmiechasz, pozwalasz ludziom siebie nie szanować, boisz się komuś zwrócić uwagę, że coś Ci się nie podoba, nie umiesz odmawiać, Twoje granice są rozwalone. Drugi kraniec, to pojawiająca się agresja na każdą wzmiankę o Tobie. Czujesz się non stop atakowany i oceniany przez wszystkich i wszystko. Siedzisz zabarykadowany w swojej twierdzy i nosa nie wysuwasz poza nią.

Co spowodowało,  że znaleźliśmy się bliżej jednego bądź drugiego krańca? Bo każda z tych przestrzeni nie  jest dla nas komfortowa. Ani dla naszych rodzin, przyjaciół, znajomych.
Bo albo pozwalamy się wykorzystywać i nie umiemy odmawiać, albo reagujemy agresją i gniewem zupełnie nie proporcjonalnie do sytuacji i zrażamy tym innych, krzywdzimy najbliższych. Widzimy to, prawda? Z jednej strony dajemy się wykorzystywać, z drugiej czujemy się wykorzystywani i jesteśmy agresywni, pobudzeni.

Dlaczego tak się dzieje? Z powodu naszych emocji, które są zaburzone, zablokowane, widzimy świat w krzywym zwierciadle. Nie odmawiamy, bo chcemy czyjejś akceptacji, a nauczyliśmy się kiedyś, że od naszego postępowania zależy czyjaś miłość, zadowolenie, akceptacja. "Jak posprzątasz swoje zabawki, mamusia będzie szczęśliwa", "Tak bardzo Cię kocham, bo jesteś najlepszym uczniem w klasie", "Jak będziesz uciekać mamusi, mamusia nie będzie Cię lubić" itd. I swoim postępowaniem chcemy sobie zasłużyć. Czyjaś miłość nie była bezwarunkowa.

Po drugiej stronie jest totalna blokada na innych. Być może, kiedy byłeś dzieckiem, byłeś ośmieszany przez rodziców, nauczycieli "zobacz, inne dzieci zrobiły, to zadanie, tylko Ty nie zrobiłeś", "tylko Ty nie umiesz", "Inne matki mają normalne dzieci, tylko ja nie", "dlaczego Kasia dostała pięć a Ty nie?", "dlaczego inne dzieci są takie czyściutkie, a Ty najbrudniejszy na podwórku".
Tak, to było porównywanie Ciebie do innych, dokuczanie Ci. I obwarowałeś się wysokim murem.

Każdy człowiek ma emocje, emocje są potrzebne i te trudne też. Emocje trzeba wyrażać, nie można ich kumulować w sobie, bo stanie się to co napisałam o sprężynie w poprzednim poście, sprężyna w którymś momencie puszcza.Trzeba komunikować co czujemy: jestem zły, jestem wściekły, denerwuje mnie to co mówisz, denerwuje mnie to co robisz, to mnie rani, jest mi smutno, jest mi źle itd. Komunikujmy.

Obserwuj swoje emocje: dlaczego jestem zła tak naprawdę, co mnie zdenerwowało, że wytrząsam się nad dzieckiem, które zachowuje się jak zwykle, nie jest ani mniej ani bardziej ruchliwe, czy głośne.
I mąż jest taki jak zwykle, tylko ja się czepiam, bardziej niż zwykle i denerwuje mnie to co zwykle nie. Uświadomienie sobie co się stało powoduje, że napięcie schodzi, nazwanie emocji sprawia, że od razu robi się lżej. Kiedy umiesz nazywać swoje emocje, kiedy umiesz o nich mówić, kiedy komunikujesz, na co masz ochotę a na co nie, umiesz też dostrzegać emocje dziecka, umiesz je nazywać, rozumiesz dlaczego dziecko krzyczy, dlaczego tupie nogą, dlaczego tarza się po podłodze i zamiast się na nie złościć, pomagasz zrozumieć co się dzieje. I jak napisałam nazwanie emocji już pomaga dziecku: jesteś zły, bo musisz rano wstać, jest Ci przykro, bo nie możemy kupić tej zabawki, jesteś smutny, bo tata musi iść do pracy, nie lubisz połykać syropu. To pomaga.
 Pomaga Ci, kiedy niesłusznie burczy na Ciebie mąż, bo wiesz, że miał trudny dzień w pracy. Po prostu okaż mu zrozumienie, może on nie umieć powiedzieć: jestem zły, bo nakrzyczał na mnie szef w pracy. Jego emocji raczej nie werbalizuj, bo się wścieknie... Poczekaj, aż się uspokoi i wtedy może spróbuj. Z dorosłymi facetami nie jest lekko. Lepiej im nie pomagać na gorąco. Nie lubią. Żonie też lepiej nie werbalizować jej emocji, kiedy się wścieka, po prostu zejdź jej z drogi, przeczekaj. Uświadamianie sobie swoich emocji, to proces. Uczymy się tego i to się nie stanie od razu.

Stań w prawdzie sam przed sobą i zobacz kim jesteś i gdzie jesteś. To dobry punkt wyjścia. Zaakceptuj to kim jesteś i jaki jesteś.

To jest początkiem.

Bazą z której wyruszasz. Wiesz kim jesteś, zobacz co możesz zmienić. Zobacz co musisz absolutnie zmienić, bo to Cię unieszczęśliwia. Podcina skrzydła i ciągnie w dół.

  • Może to być potrzeba zmian w swoim zachowaniu
  • Może to być chęć zmian w relacjach, z mężem, dziećmi, przyjaciółmi
  • Mogą to być zmiany w Twoim wyglądzie
  • Może to realizowanie swoich marzeń
  • Może to być Twój rozwój
Trzeba to zobaczyć. Zrobić plan i zacząć go realizować. Krok po kroku. Będziesz się cofać czasem, znowu się objesz czekoladą, mimo obietnicy złożonej sobie, że jesteś na diecie, to nic, nic się nie stało, idziesz dalej, nie puszczasz i nie wracasz tylko idziesz do przodu. Postanawiasz uczyć się angielskiego, ale mijają kolejne dni i nic nie robisz i chcesz odpuścić, nie odpuszczaj, wszystko zaczyna się w głowie, myśl o tym, postanawiaj, myśl o tym jak będzie fajnie jak będziesz mówić po angielsku. Przychodzi moment i bierzesz fiszki do ręki i się uczysz. To rzeczywiście trudne przełamać swoje nawyki, pójść dalej, bo jest w nas opór. Sama nie wiem skąd, ale jest opór. I musimy być nań przygotowani. Ja zawsze czuję opór. Przed zrobieniem prawa jazdy a potem przez wejściem do auta. Przed złożeniem papierów do szkoły a potem przed pojechaniem na pierwsze zajęcia. Przed każdą poprowadzoną przeze mnie imprezą, mimo, że poprowadziłam ich tysiące.

Przychodzi strach przed tym co nowe, stare znamy, jakie by nie było, ale znamy, przewidujemy, czujemy się bezpiecznie. A nowego nie znamy, nie wiemy co nas spotka. A poza tym to wymaga wysiłku i mam wrażenie, że nasze ciało nie lubi się wysilać, lubi sobie siedzieć, jeść i oglądać komedie romantyczne.

Zaczyna się w głowie, zaczyna się od zmiany myślenia. Potem przychodzi czas na działanie.
Zacznijmy przyglądać się sobie, dokładnie, bądźmy wobec siebie uczciwi i miłosierni. I ustalmy plan działania.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz