Ciało kobiety jest domem.
Jest początkiem życia.
A początek to początek i wiemy dokładnie gdzie jest ten początek.
Początek jest na początku.
Możemy filozoficznie, bądź dla własnej wygody duszy ustalić inny początek człowieczeństwa.
Dla mnie osobiście początek nowego życia zaczyna się na ściance mojej macicy. Czy mi się to podoba czy nie.
Dorosłość. To odpowiedzialność.
I zawsze kiedy jest seks może powstać nowy człowiek.
I ja osobiście biorę odpowiedzialność za swój seks.
Jestem dorosła i odpowiedzialna za to co robię. I kiedy nie planuję zostać mamą w ciągu najbliższego roku zabezpieczam się. Ale gdzieś z tyłu głowy mam, że kiedy jest seks może być dziecko. I ja to biorę na siebie. Liczę się z tym i przyjmuję to. Czy to dobry czy niedobry czas na dziecko.
Bo jestem dorosła i staram się być odpowiedzialna za swoje życiowe działania. Kiedy jadę autem i niechcąco skasuję inny samochód, to biorę za to odpowiedzialność, mimo, że nie chciałam i staram się nie wjeżdżać w inne samochody. A ile poważniejsze jest życie drugiego człowieka.
Ja nie ruszam tematu gwałtu, bardzo chorego dziecka, zagrożenia życia, bardzo dużej presji otoczenia. Tego nie ruszam.
Ale ruszam tą przestrzeń, że mogę, ale nie chcę. Bo niewygodnie, bo muszę z czegoś zrezygnować, bo będzie ciężej niż jest, bo teraz mi jest dobrze i nie chcę tego komfortu psuć.
I dla mnie to niepojęte, by dla tego komfortu dokonać aborcji. Wydłubać sobie z siebie kawałek nowego życia, człowieka, który mimo, że wersja mini, to jednak człowiek.
Tego nie umiem.
środa, 26 października 2016
poniedziałek, 10 października 2016
Pożegnanie
Nauczył mnie chemii, nie rozumiałam tej chemii zupełnie a byłam w pierwszej klasie liceum. Dostałam kolejną jedynkę, chyba trzecią z kolei i wylądowałam u niego w domu, na jakiejś wersalce siedziałam obok. bardzo się wstydziłam Go, bo był starszy i mnie onieśmielał. Ale okazał tak sympatyczny, że przestałam się krępować i tak mi wytłumaczył chemię, że przestał mnie boleć brzuch przed drzwiami chemiczki. I nie dostawałam palpitacji serca na dźwięk dzwonka przed lekcją chemii. A chemii i chemiczki bali się wszyscy.
Mieliśmy wspólnych przyjaciół. I spotykaliśmy się przy okazji i rozmawialiśmy, bo On mnie zawsze zagadnął, co słychać, Ostatni raz Go widziałam w górach, na wyjeździe firmowym, integracyjnym. Sto lat temu.
Był mądry, bardzo mądry. Informatyk. Rzadko spotyka się tak mądrych ludzi. Tak utalentowanych.
Niezwykłych.
Był dobry, ciepły i szczery. Prawdziwy. Rzadko się spotyka tak dobrych ludzi.
Takiego go pamiętam. Takiego mam Go przed oczami dziś.
Innego nie umiem sobie wyobrazić.
Dużo o nim wiem, mieszkaliśmy w tym samym miasteczku, gdzie dużo się wie o sobie.
O Jego domu, rodzinie. Małe miasteczka tak mają.
Miał czterdzieści lat, poważnie chorował.
Ciężko chorował.
Byłam na Jego pogrzebie.
Pogrzeby omijam.
Chcę pamiętać ludzi żywych, chcę mieć ludzi żywych przed oczami,
nie w trumnie. Już samo myślenie o tym powoduje u mnie dreszcze.
I robi mi się mdło.
Na ten pogrzeb pojechałam. Odszedł bliski mi człowiek.
Chorował poważnie. Nie wiedziałam.
Nikt prawie nie wiedział.
Nikt prawie.
W Kościele zobaczyłam moich dawnych przyjaciół. To mną wstrząsnęło.
Zobaczyłam ich.
Tych, z którymi kiedyś spędzałam każdy dzień.
Nie tak sobie wyobrażałam to spotkanie.
Nie widziałam ich tyle lat, a tak czułam jakbyśmy się widzieli się wczoraj.
Zobaczyłam Żonę, dzieci. Widziałam siłą powstrzymywane łzy Żony.
Wstrząsnęły mną te łzy. Miałam w środku potrzebę przytulić.
Nie można przytulać obcej Żony, można złożyć kondolencje.
Nie udźwignęłam. Uciekłam, nie poszłam odprowadzić trumny na cmentarz.
Nie umiałam złożyć kondolencji Żonie, czułam jak boli przez wszystkie kościelne ławki.
Odjechałam.
Do widzenia Borówa.
Do zobaczenia w innym, lepszym świecie.
Mieliśmy wspólnych przyjaciół. I spotykaliśmy się przy okazji i rozmawialiśmy, bo On mnie zawsze zagadnął, co słychać, Ostatni raz Go widziałam w górach, na wyjeździe firmowym, integracyjnym. Sto lat temu.
Był mądry, bardzo mądry. Informatyk. Rzadko spotyka się tak mądrych ludzi. Tak utalentowanych.
Niezwykłych.
Był dobry, ciepły i szczery. Prawdziwy. Rzadko się spotyka tak dobrych ludzi.
Takiego go pamiętam. Takiego mam Go przed oczami dziś.
Innego nie umiem sobie wyobrazić.
Dużo o nim wiem, mieszkaliśmy w tym samym miasteczku, gdzie dużo się wie o sobie.
O Jego domu, rodzinie. Małe miasteczka tak mają.
Miał czterdzieści lat, poważnie chorował.
Ciężko chorował.
Byłam na Jego pogrzebie.
Pogrzeby omijam.
Chcę pamiętać ludzi żywych, chcę mieć ludzi żywych przed oczami,
nie w trumnie. Już samo myślenie o tym powoduje u mnie dreszcze.
I robi mi się mdło.
Na ten pogrzeb pojechałam. Odszedł bliski mi człowiek.
Chorował poważnie. Nie wiedziałam.
Nikt prawie nie wiedział.
Nikt prawie.
W Kościele zobaczyłam moich dawnych przyjaciół. To mną wstrząsnęło.
Zobaczyłam ich.
Tych, z którymi kiedyś spędzałam każdy dzień.
Nie tak sobie wyobrażałam to spotkanie.
Nie widziałam ich tyle lat, a tak czułam jakbyśmy się widzieli się wczoraj.
Zobaczyłam Żonę, dzieci. Widziałam siłą powstrzymywane łzy Żony.
Wstrząsnęły mną te łzy. Miałam w środku potrzebę przytulić.
Nie można przytulać obcej Żony, można złożyć kondolencje.
Nie udźwignęłam. Uciekłam, nie poszłam odprowadzić trumny na cmentarz.
Nie umiałam złożyć kondolencji Żonie, czułam jak boli przez wszystkie kościelne ławki.
Odjechałam.
Do widzenia Borówa.
Do zobaczenia w innym, lepszym świecie.
czwartek, 6 października 2016
Fala za falą
Niesie się fala za falą,
tyle przemyśleń...
Zaczynać wszystko
z dzieckiem
domem
Samochodem,
który znowu odwiedził mechanika,
bo zepsuta stacyjka,
zepsuła rozrusznik i samochód stanął
na czerwonym świetle
I nie ruszył
Mam sentyment do tego samochodu,
sama go wybrałam,
sama zarobiłam na niego.
Komfort jazdy rekompensuje
straty pieniężne. Warto.
Coś za coś.
Jest samochód, trzeba o niego dbać,
trzeba wymieniać zepsute części,
Bo zepsute części psują inne części.
***
Ale dlaczego nie troszczyliśmy się o siebie?
Dlaczego nie robiłam już nic.
Nie wiem dlaczego On.
Wiem dlaczego ja.
Ja
Uciekłam
Było mi tak źle, że uciekłam.
Bo nic nie mogłam zrobić,
Bezsilność spowodowała, że przestałam się angażować.
I zajęłam się innymi sprawami.
Wypaliło się we mnie wszystko.
Nawet nie wiem kiedy to się stało.
Czuję, że dotknęła mnie gorzkość porażki.
Poległam zupełnie.
Nie mam przestrzeni w sobie, żeby ratować.
Nie mam motywacji, żeby próbować.
Ułożyło mi się życie. Właściwie samo, pozwoliłam na to, żeby powstała nowa relacja.
Bardzo ciężko buduje się nowy związek na zgliszczach starego, nie polecam.
Mentalnie, emocjonalnie wszystko wygasło. Formalnie nie.
I budowanie relacji na tych formalnościach jest trudne.
Ale z drugiej strony, ta relacja tak mnie zasila i tak mnie napełnia, że mam siły walczyć
o swoją godność, o to szacunek do siebie.
Mam siłę powiedzieć "nie wydzieraj się na mnie", "nie obrażaj mnie", "nie mów, tak do mnie". Wcześniej nie mówiłam nic, milczałam, zapadałam się w sobie. Czasem nawet przepraszałam.
Mam odwagę, żeby powiedzieć, że chcę być spełniona i szczęśliwa. Chcę mieć pełnię w związku.
A nie równać w dół.
Tyle dobrych słów ile słyszę teraz, nie usłyszałam nigdy przedtem. Tyle pasji w budowaniu relacji i tyle zaangażowania nie spotkałam nigdy. Wszystko albo nic. Chcę mieć wszystko. Chcę pełni. A nie tylko przykrywać swoją miłością wszystkie braki. I żyć w przeświadczeniu, że nie ma pełni, że nie ma pełnego szczęścia, że nie można mieć wszystkiego, że trzeba się docierać, że trzeba wybaczać, że trzeba kochać. Nie trzeba, można, ale nie trzeba. Trzeba być wolnym. A nie żyć w zniewoleniu niespełnionego małżeństwa. Czy związku. Nie musi tak być.
Można kochać i być kochanym. I mieć pełnię w związku. Myślałam przez całe swoje życie, że nie można. Ale można.
I własnie dlatego, nie wyobrażam sobie, żebym mogła wrócić do małżeństwa, żeby coś ratować, żeby walczyć, żeby szukać w tych zgliszczach życia, relacji. Jak miałabym to zrobić, kiedy właśnie mam to o czym zawsze marzyłam i myślałam, że nie można mieć wszystkiego. Jak ? Żeby zadowolić i zaspokoić potrzeby małżonka, który przez wiele, wiele lat miał moje potrzeby właśnie tam. I zaspokoić potrzeby Jego rodziców i rodzeństwa, i zaspokoić potrzeby pobożnych chrześcijan. Czuję to. Czuję tą presję. Nie odbieram telefonu od teściowej. Nie odebrałam ani razu. Bo nie chcę rozmawiać. I skoro nie chcę, to nie będę. Bo dużo musiałam przez te lata. I dużo robiłam wbrew sobie, bo tak trzeba było. A okazało się, że i tak było za mało. Że za mało dawałam z siebie, za mało się starałam. Zawiodłam oczekiwania. I żyłam w tej presji oczekiwań.
Ale ja mam już dosyć spełniania oczekiwań innych.
tyle przemyśleń...
Zaczynać wszystko
z dzieckiem
domem
Samochodem,
który znowu odwiedził mechanika,
bo zepsuta stacyjka,
zepsuła rozrusznik i samochód stanął
na czerwonym świetle
I nie ruszył
Mam sentyment do tego samochodu,
sama go wybrałam,
sama zarobiłam na niego.
Komfort jazdy rekompensuje
straty pieniężne. Warto.
Coś za coś.
Jest samochód, trzeba o niego dbać,
trzeba wymieniać zepsute części,
Bo zepsute części psują inne części.
***
Ale dlaczego nie troszczyliśmy się o siebie?
Dlaczego nie robiłam już nic.
Nie wiem dlaczego On.
Wiem dlaczego ja.
Ja
Uciekłam
Było mi tak źle, że uciekłam.
Bo nic nie mogłam zrobić,
Bezsilność spowodowała, że przestałam się angażować.
I zajęłam się innymi sprawami.
Wypaliło się we mnie wszystko.
Nawet nie wiem kiedy to się stało.
Czuję, że dotknęła mnie gorzkość porażki.
Poległam zupełnie.
Nie mam przestrzeni w sobie, żeby ratować.
Nie mam motywacji, żeby próbować.
Ułożyło mi się życie. Właściwie samo, pozwoliłam na to, żeby powstała nowa relacja.
Bardzo ciężko buduje się nowy związek na zgliszczach starego, nie polecam.
Mentalnie, emocjonalnie wszystko wygasło. Formalnie nie.
I budowanie relacji na tych formalnościach jest trudne.
Ale z drugiej strony, ta relacja tak mnie zasila i tak mnie napełnia, że mam siły walczyć
o swoją godność, o to szacunek do siebie.
Mam siłę powiedzieć "nie wydzieraj się na mnie", "nie obrażaj mnie", "nie mów, tak do mnie". Wcześniej nie mówiłam nic, milczałam, zapadałam się w sobie. Czasem nawet przepraszałam.
Mam odwagę, żeby powiedzieć, że chcę być spełniona i szczęśliwa. Chcę mieć pełnię w związku.
A nie równać w dół.
Tyle dobrych słów ile słyszę teraz, nie usłyszałam nigdy przedtem. Tyle pasji w budowaniu relacji i tyle zaangażowania nie spotkałam nigdy. Wszystko albo nic. Chcę mieć wszystko. Chcę pełni. A nie tylko przykrywać swoją miłością wszystkie braki. I żyć w przeświadczeniu, że nie ma pełni, że nie ma pełnego szczęścia, że nie można mieć wszystkiego, że trzeba się docierać, że trzeba wybaczać, że trzeba kochać. Nie trzeba, można, ale nie trzeba. Trzeba być wolnym. A nie żyć w zniewoleniu niespełnionego małżeństwa. Czy związku. Nie musi tak być.
Można kochać i być kochanym. I mieć pełnię w związku. Myślałam przez całe swoje życie, że nie można. Ale można.
I własnie dlatego, nie wyobrażam sobie, żebym mogła wrócić do małżeństwa, żeby coś ratować, żeby walczyć, żeby szukać w tych zgliszczach życia, relacji. Jak miałabym to zrobić, kiedy właśnie mam to o czym zawsze marzyłam i myślałam, że nie można mieć wszystkiego. Jak ? Żeby zadowolić i zaspokoić potrzeby małżonka, który przez wiele, wiele lat miał moje potrzeby właśnie tam. I zaspokoić potrzeby Jego rodziców i rodzeństwa, i zaspokoić potrzeby pobożnych chrześcijan. Czuję to. Czuję tą presję. Nie odbieram telefonu od teściowej. Nie odebrałam ani razu. Bo nie chcę rozmawiać. I skoro nie chcę, to nie będę. Bo dużo musiałam przez te lata. I dużo robiłam wbrew sobie, bo tak trzeba było. A okazało się, że i tak było za mało. Że za mało dawałam z siebie, za mało się starałam. Zawiodłam oczekiwania. I żyłam w tej presji oczekiwań.
Ale ja mam już dosyć spełniania oczekiwań innych.
czwartek, 22 września 2016
Syn swojego taty
Nie wiem skąd się wziął pomysł, że chcę pozbawić ojca mojego syna.
Jeremiasz kocha tatę, tata kocha Jeremiasza. A ja wspieram ich relację jak mogę.
Dostosowuję swoje życie i plany do bycia Jeremiasza z tatą. Dzwonię do taty Jeremiasza i wypytuję kiedy się spotka ze swoim synem. Zapewniam, że tata zawsze będzie tatą i, że tata bardzo kocha.
Nie opowiadam dziecku jaki jego ojciec jest. Tyle dziecko wie ile zobaczyło i widzi. Nie krytykuję jego taty przy nim i proszę, żeby tata nie krytykował mnie. Staram się być jak tylko potrafię.
Jeremiasz swój rozum ma i swoje trudne wnioski też. Jeremiasz wyprasza tatę z domu, żeby już się nie kłócić, zamyka drzwi, żeby nie słyszeć. Jeremiasz ma w sobie jakieś zrozumienie naszej trudnej sytuacji i zaakceptował świat taki jaki jest. Zaakceptował moje decyzje. Zaakceptował nową rzeczywistość. Poukładał sobie ten świat. Nie odepchnął nikogo i nie zrezygnował i nie odrzucił.
Przytula tych, których chce przytulać, przytula tych, których kocha.
Szlak mnie trafia, kiedy to ktoś krzywo ocenia i krytykuje. Chora krytyka nowej relacji, która sama w sobie nic złego nie niesie mnie zaskakuje i denerwuje.
Dobrze, że moje mądre, kochane, wrażliwe dziecko nie ma w swoim sercu uprzedzeń i odpowiada miłością na miłość.
Jeremiasz kocha tatę, tata kocha Jeremiasza. A ja wspieram ich relację jak mogę.
Dostosowuję swoje życie i plany do bycia Jeremiasza z tatą. Dzwonię do taty Jeremiasza i wypytuję kiedy się spotka ze swoim synem. Zapewniam, że tata zawsze będzie tatą i, że tata bardzo kocha.
Nie opowiadam dziecku jaki jego ojciec jest. Tyle dziecko wie ile zobaczyło i widzi. Nie krytykuję jego taty przy nim i proszę, żeby tata nie krytykował mnie. Staram się być jak tylko potrafię.
Jeremiasz swój rozum ma i swoje trudne wnioski też. Jeremiasz wyprasza tatę z domu, żeby już się nie kłócić, zamyka drzwi, żeby nie słyszeć. Jeremiasz ma w sobie jakieś zrozumienie naszej trudnej sytuacji i zaakceptował świat taki jaki jest. Zaakceptował moje decyzje. Zaakceptował nową rzeczywistość. Poukładał sobie ten świat. Nie odepchnął nikogo i nie zrezygnował i nie odrzucił.
Przytula tych, których chce przytulać, przytula tych, których kocha.
Szlak mnie trafia, kiedy to ktoś krzywo ocenia i krytykuje. Chora krytyka nowej relacji, która sama w sobie nic złego nie niesie mnie zaskakuje i denerwuje.
Dobrze, że moje mądre, kochane, wrażliwe dziecko nie ma w swoim sercu uprzedzeń i odpowiada miłością na miłość.
poniedziałek, 19 września 2016
Dlaczego zdradziłam mojego męża?
Tyle, że nie zdradziłam mojego męża. Formalnie tak, formalnie jestem żoną mojego męża.
Nieformalnie od pół roku nie mieszkamy razem. I nie zdrada była powodem mojego odejścia.
Zakończyłam jeden związek, mój mąż się wyprowadził a ja zostałam. Z mieszkaniem w kredycie. Naszym wspólnym mieszkaniem, za które od pół roku płacę ja. Sama bym sobie nie poradziła. Bez Tego obok mnie ani fizycznie, bo synem zajmuję się wyłącznie ja. Tata jego wpada kilka razy w tygodniu na dwie, trzy godziny i nie wtedy kiedy ja potrzebuję. Ani psychicznie, bo Tyle co każdego dnia słuchałam o sobie nie udźwignęłabym. Bo na koniec zaczęłam się bać mojego męża.
Ani finansowo, bo zostałam z kredytem, z dużym samochodem, niezapłaconymi szkołami.
I dzieckiem. Początkowo bez wsparcia żadnego finansowego.
Ten obok był i zaczął ze mną dźwigać moje problemy, długi, niezapłacone szkoły.
Zakończyłam jeden związek. W planach nie miałam drugiego. Chciałam poczekać, przeanalizować, przetrawić, poukładać sobie w głowie. Ale się nie udało. Znalazłam się w zupełnie w innej relacji, byłam zaskoczona, że związek może tak wyglądać. Nie będę tutaj, teraz porównywać tych dwóch relacji.
Jest wrzesień, złożyłam pozew w czerwcu, czekam.
Nie jest tak jakbym chciała, żeby było, chciałam być wolna i formalnie i nieformalnie, żeby wejść w kolejny związek. Nie udało się. To zaczęło się dziać. I nie chciałam oszukiwać ani siebie ani innych.
Jetem dorosła, mam 37 lat. Odpowiadam sama za siebie od wielu, wielu lat, nie muszę niczego ukrywać. To moja sprawa jak żyję. Jedyną osobą, jaką biorę pod uwagę, jest mój synek. Chcę, żeby był szczęśliwy i wychowywał się w szczęśliwej rodzinie. Bez napięcia, bez wyzwisk, w miłości i akceptacji. Ojciec mojego dziecka nie akceptował mnie, tego kim jestem. I nie akceptował moich przyjaciół, pasji. I przez ostatnie lata stawiał bierny opór, znaczy nie robił nic, zostawał z dzieckiem, bo musiał, ale nie chciał, żebym wychodziła do szkoły, teatru. Nie rozmawiał ze mną, bo się obraził, od 10 lat nie rozmawiał ze mną, bo jestem papla i coś powiedziałam mojej siostrze i obraził się na mnie i nie rozmawiał ze mną. Za to dziś rozmawia z całym facebookiem. Oficjalnie i na forum oskarża mnie o zdradę.
Nie zdradziłam Cię kochanie, odeszłam od Ciebie, bo umierałam.
A potem, to już moja sprawa.
Nieformalnie od pół roku nie mieszkamy razem. I nie zdrada była powodem mojego odejścia.
Zakończyłam jeden związek, mój mąż się wyprowadził a ja zostałam. Z mieszkaniem w kredycie. Naszym wspólnym mieszkaniem, za które od pół roku płacę ja. Sama bym sobie nie poradziła. Bez Tego obok mnie ani fizycznie, bo synem zajmuję się wyłącznie ja. Tata jego wpada kilka razy w tygodniu na dwie, trzy godziny i nie wtedy kiedy ja potrzebuję. Ani psychicznie, bo Tyle co każdego dnia słuchałam o sobie nie udźwignęłabym. Bo na koniec zaczęłam się bać mojego męża.
Ani finansowo, bo zostałam z kredytem, z dużym samochodem, niezapłaconymi szkołami.
I dzieckiem. Początkowo bez wsparcia żadnego finansowego.
Ten obok był i zaczął ze mną dźwigać moje problemy, długi, niezapłacone szkoły.
Zakończyłam jeden związek. W planach nie miałam drugiego. Chciałam poczekać, przeanalizować, przetrawić, poukładać sobie w głowie. Ale się nie udało. Znalazłam się w zupełnie w innej relacji, byłam zaskoczona, że związek może tak wyglądać. Nie będę tutaj, teraz porównywać tych dwóch relacji.
Jest wrzesień, złożyłam pozew w czerwcu, czekam.
Nie jest tak jakbym chciała, żeby było, chciałam być wolna i formalnie i nieformalnie, żeby wejść w kolejny związek. Nie udało się. To zaczęło się dziać. I nie chciałam oszukiwać ani siebie ani innych.
Jetem dorosła, mam 37 lat. Odpowiadam sama za siebie od wielu, wielu lat, nie muszę niczego ukrywać. To moja sprawa jak żyję. Jedyną osobą, jaką biorę pod uwagę, jest mój synek. Chcę, żeby był szczęśliwy i wychowywał się w szczęśliwej rodzinie. Bez napięcia, bez wyzwisk, w miłości i akceptacji. Ojciec mojego dziecka nie akceptował mnie, tego kim jestem. I nie akceptował moich przyjaciół, pasji. I przez ostatnie lata stawiał bierny opór, znaczy nie robił nic, zostawał z dzieckiem, bo musiał, ale nie chciał, żebym wychodziła do szkoły, teatru. Nie rozmawiał ze mną, bo się obraził, od 10 lat nie rozmawiał ze mną, bo jestem papla i coś powiedziałam mojej siostrze i obraził się na mnie i nie rozmawiał ze mną. Za to dziś rozmawia z całym facebookiem. Oficjalnie i na forum oskarża mnie o zdradę.
Nie zdradziłam Cię kochanie, odeszłam od Ciebie, bo umierałam.
A potem, to już moja sprawa.
wtorek, 30 sierpnia 2016
Pozwy rozwodowe
Pozwy rozwodowe zaczęłam pisać jakieś trzy, cztery lata temu, tak robiła moja jeszcze wtedy przyjaciółka i ja też tak zrobiłam. Pomyślałam, że to dobry sposób na zdjęcie z siebie napięcia, pomyślałam, że może to mu da do myślenia. Pomyślałam, że dłużej już tego nie wytrzymam. Musiałam, musiałam coś zrobić, żeby zdjąć z siebie napięcie. I to uczucie beznadziei i braku alternatywy. Mój mąż myślał, że żartuję, ja początkowo też tak myślałam. Potem on podarł moje pozwy a ja myślałam, że kocha a to była złość.
Powiedziałam o tych pozwach mojemu dobremu koledze i on powiedział
Zastanów się Sylwia, szkoda Ciebie, szkoda Twoich lat, zastanów się Sylwia.
Oburzyłam się, że potraktował moje pozwy poważnie. Nie chciałam się zastanawiać, bałam się.
Niemożliwe się zdaje zostawić ot tak kogoś, kiedy się z kimś jest tyle lat. Potrzebny jest impuls. Coś takiego, że dalej się już nie da. I potrzebna jest możliwość. Wspólne dziecko, wspólny kredyt na dom, wspólne lata, przywiązanie i mimo wszystko poczucie bezpieczeństwa powodują ową niemożliwość.
Potrzebny jest impuls i nowa przestrzeń.
Mój mąż pyta, czy mi nie żal wspólnych lat, planów na spokojną piękną starość. Bo tak sobie wyobrażałam swoje życie, na zawsze do końca. Nie planowałam zmian, nie chciałam zmian, chciałam być spełniona i szczęśliwa. Właśnie z Nim, właśnie z moim mężem. Liczyłam na to przez wiele lat. Ale tak strasznie się zawiodłam, tak strasznie było inaczej niż marzyłam, tak długo mi ciężko i źle, tak nie umiałam się porozumieć. Tak bardzo chciałam się porozumieć.
Szłam ostatnio przez Starą Praską Warszawę z Kimś i było tak lekko, i było tak przyjemnie, i mogłam robić zdjęcia ile chciałam, i mogłam zaglądać w każdy kąt, i mogłam wchodzić w każdą bramę. Ktoś mnie nie poganiał, nie pośpieszał, patrzył razem ze mną, pozwalał siebie fotografować. Zjadł w wegańskiej mimo bycia mięsożercą. I tak mnie ukuło i tak mnie zabolało. Bo przecież chciałam, żeby tak właśnie było w moim małżeństwie, spokojnie, bez napięcia, żebym mogła się dzielić moim teatrem, moją fotografią i On, że mną, żeby się dzielił.
I pisałam te pozwy i napisałam ten ostatni. I zebrałam dokumentację i wysłałam do sądu. Nie szukam winnego, nie szukam winnych, wiem tylko, że nie uniosłam i nie zniosłam, wiem, że nie umiałam już nic zrobić, zawiesiłam się na kilka lat, byłam jak zamrożona. I cholernie zmęczona, zmęczona jak szlak. Czy mi żal? Tak, żal mi siebie, żal mi Jego. Żal mi nas, że od lat było nam źle, że nie umieliśmy razem być, żal mi dziecka, że przechodzi razem z nami przez ten trudny czas. Tak, żal mi nas. Ale żal i współczucie nie wystarczyły. I nie wystarczą. Zatrzasnęła się nasza wspólna przestrzeń, Nie teraz, nie kiedy zdecydowałam się odejść. Zatrzasnęła się kilka lat temu, kiedy się poddałam i przestałam walczyć, kiedy bezsilność zwyciężyła.
Wczoraj była nasza czternasta rocznica ślubu,
ostatnia.
Powiedziałam o tych pozwach mojemu dobremu koledze i on powiedział
Zastanów się Sylwia, szkoda Ciebie, szkoda Twoich lat, zastanów się Sylwia.
Oburzyłam się, że potraktował moje pozwy poważnie. Nie chciałam się zastanawiać, bałam się.
Niemożliwe się zdaje zostawić ot tak kogoś, kiedy się z kimś jest tyle lat. Potrzebny jest impuls. Coś takiego, że dalej się już nie da. I potrzebna jest możliwość. Wspólne dziecko, wspólny kredyt na dom, wspólne lata, przywiązanie i mimo wszystko poczucie bezpieczeństwa powodują ową niemożliwość.
Potrzebny jest impuls i nowa przestrzeń.
Szłam ostatnio przez Starą Praską Warszawę z Kimś i było tak lekko, i było tak przyjemnie, i mogłam robić zdjęcia ile chciałam, i mogłam zaglądać w każdy kąt, i mogłam wchodzić w każdą bramę. Ktoś mnie nie poganiał, nie pośpieszał, patrzył razem ze mną, pozwalał siebie fotografować. Zjadł w wegańskiej mimo bycia mięsożercą. I tak mnie ukuło i tak mnie zabolało. Bo przecież chciałam, żeby tak właśnie było w moim małżeństwie, spokojnie, bez napięcia, żebym mogła się dzielić moim teatrem, moją fotografią i On, że mną, żeby się dzielił.
I pisałam te pozwy i napisałam ten ostatni. I zebrałam dokumentację i wysłałam do sądu. Nie szukam winnego, nie szukam winnych, wiem tylko, że nie uniosłam i nie zniosłam, wiem, że nie umiałam już nic zrobić, zawiesiłam się na kilka lat, byłam jak zamrożona. I cholernie zmęczona, zmęczona jak szlak. Czy mi żal? Tak, żal mi siebie, żal mi Jego. Żal mi nas, że od lat było nam źle, że nie umieliśmy razem być, żal mi dziecka, że przechodzi razem z nami przez ten trudny czas. Tak, żal mi nas. Ale żal i współczucie nie wystarczyły. I nie wystarczą. Zatrzasnęła się nasza wspólna przestrzeń, Nie teraz, nie kiedy zdecydowałam się odejść. Zatrzasnęła się kilka lat temu, kiedy się poddałam i przestałam walczyć, kiedy bezsilność zwyciężyła.
Wczoraj była nasza czternasta rocznica ślubu,
ostatnia.
piątek, 26 sierpnia 2016
Ktoś komuś powiedział
Subskrybuj:
Posty (Atom)