piątek, 27 lutego 2015

Zdjęciowo, stoi na stacji lokomotywa

Pojawiają się tutaj i będą się pojawiać moje zdjęcia. Bo jedną z moich pasji jest fotografia. Przygodę z fotografią zaczęłam ponad 10 lat temu. Pracowałam jako wychowawca świetlicy środowiskowej i dostałam aparat wtedy cyfrowy do rąk, żeby udokumentować jakieś zdarzenie i tak się to zaczęło. Zobaczyłam, że lubię. Chwilę robiłam zdjęcia cyfrówką, ale nie było frajdy. Mój przyjaciel obdarował mnie swoją lustrzanką. Tak, to było to. Aparat mnie słuchał i współpracował ze mną. Po kilku latach kupiłam swoją pierwszą, "porządną" lustrzankę. Aparat jest przedłużeniem mojego widzenia i mam wrażenie, że patrzę kadrami.
Okazuje się, że aparat ma swoje upodobania, że lubi gładkie buzie, intensywne kolory, strzeliste sylwetki i niektóre obiekty stają się piękne dopiero na fotografii. Teraz się domyślam, że tak może być, ale początku, było to dla mnie zaskoczeniem.
Mimo, że param się fotografowaniem ponad dziesięć lat i zrobiłam dziesiątki tysięcy fotografii, profesjonalistą się nie czuję, nie wpadam też w panikę, kiedy robię zdjęcia na zamówienie a sesji powtórzyć nie w sposób. Bo na początku bywało ciężko jak oglądałam co zrobiłam. Na szczęście programy do obróbki zdjęć wiele mogą uratować.

Zupełnie inaczej się ma, gdy ktoś fotografuje mnie, oj ciężko. To mega osobiste dla mnie i długo się oswajam z fotografem. Ale są tacy, co im się to udaje. Najlepszym moim fotografem jest mąż. Najpierw muszę go mocno poprosić, żeby wziął aparat do rąk (aparat jest trudny) i zrobił zdjęcia. Potem muszę się starać nie
krytykować ani jednym słowem tego co zrobił, tylko udzielać właściwych, konkretnych wskazówek. I przyznam, że od jakiegoś czasu jestem zadowolona ze zdjęć męża. Jest też inny problem z mężem, on najczęściej nie lubi być fotografowany i sobie nie życzy a ja nie mam innego wyjścia jak uznać jego życzenia, bo jak obiekt nie chce być fotografowany, to obiekt na zdjęciu wygląda własnie tak jakby nie chciał...


Całe szczęście mam moje ukochane, cudowne, wrażliwe na potrzeby swojej matki, fotogeniczne niezwykle dziecko. Dziękuję Bogu za takie dziecko, które jest szyte na moją miarę, ciało z ciała, gen w gen. Mój syn daje się fotografować i pięknie i chętnie pozuje, robi to naturalnie i zawodowo. Od pierwszych dni swego życia to robi.







Całe szczęście mam swoje piękne siostry, które dają się raczej chętnie fotografować. Dzięki temu, że są młode, gładkie, szczupłe i strzeliste zaspokajają moje potrzeby na obiekt w zupełności. Całe szczęście mam piękne przyjaciółki <3






Czasem udaje mi się złapać znajomych i rodzinę moim aparatem. Chyłkiem i przypadkiem to się dzieje. Powiem Wam coś w sekrecie, każdy może wyjść na zdjęciu dobrze, kwestia ubrania, makijażu, światła i umiejętności fotografa.
Kiedy idę do fotografa zrobić  zdjęcie np. do paszportu mówię całkiem poważnie:
"Proszę mi zrobić dobre zdjęcie, chcę wyglądać ładnie na nim. Inaczej za niego nie zapłacę".
 I to działa, naprawdę działa.

.



Zdjęcia robiłam ostatnio na stacji po drodze do Teatru Studio i ostatnie pod teatrem.
Zdjęcia zimowe, więc pozwoliłam sobie dodać im trochę lata, żeby nie były  szaro bure.











poniedziałek, 23 lutego 2015

Teatralnie w moim życiu

Teatr był obecny w moim życiu od samego początku. Jako kilkulatka chodziłam na warsztaty teatralne do Domu Kultury w moim malutkim mieście Poniatowa. Przez wiele lat chodziłam. Mam w pamięci spotkania, wspólne zabawy, wyjazdy ze spektaklami. Pamiętam jaki happening urządziliśmy naszej instruktorce Dorocie. Powiedzieliśmy, że Zbyszek wyleciał przez okno z pierwszego piętra, a Zbyszek stał schowany za grubą, pluszową zasłonką i cichutko chichotał. Dorota najpierw poczerwieniała, potem pobladła gdy słuchała jak jedno przez drugie opowiadaliśmy co się wydarzyło, już chciała biec na dół ratować Zbyszka, gdy ją uświadomiliśmy, że zrobiliśmy dla niej swoisty happening...

Potem były kolejne kółka teatralne. A w życiu dorosłym zdarzało mi się wielokrotnie prowadzić grupy teatralne. Gdzieś na początku moja instruktorka zaraziła mnie pasją i tak mi zostało do dzisiaj.


Los się do mnie uśmiechnął i podarował mi przyjaciół artystów, z którymi mogę dzielić moje pasje i napawać się.  Mam przyjaciół z którymi wespół mogę się zachwycać spektaklami, najwięcej teatrem zachwycam się z Asią, tak bardzo mi bliską duszą.








Moim ulubionym i najbardziej poznanym teatrem jest teatr Studio w Warszawie. W teatrze Studio jest mi dobrze i akurat tak jak powinno być, to tak jakbyś zakładał but i but byłby idealny, idealny do chodzenia na piesze wycieczki, czy w góry.




  Spektakle przejmują mnie do głębi, chodzę z nimi potem i trawię dniami i tygodniami. Mogę na każdy chodzić wielokrotnie, ba- wręcz tęsknię za nimi.
 Każda moja obecność w teatrze jest jak wyrwana  z czasoprzestrzeni, bo ja tego czasu nie mam zupełnie. I wyrywam sobie tą przestrzeń po kawałeczku i biegnę do teatru na ucztę dla mojej duszy.








I tak się pięknie złożyło, że mój Jeremiasz też polubił mój ulubiony teatr.

 Zdjęcia z wieczorynki czytanej i inscenizowanej przez aktorów z teatru Studio.
Na zdjęciach mój ulubiony Wojtek Żołądkowicz .









niedziela, 22 lutego 2015

Bo zdrowo, jak zrobiłam chałwę z sezamu

Od kilku lat przywiązuję większą uwagę do tego jak jemy i co jemy w naszym domu.
Zaczęło się od tego, że Jeremiasz skończył pół roku i zaczął chorować,
chorował kole miesiąca, a na koniec wylądowaliśmy w szpitalu z zapaleniem oskrzeli.
Potem chorował dalej, jeden antybiotyk, drugi, kolejny.
I zaczęłam szukać o co chodzi, dlaczego moje dziecko choruje.
W ciągu pół roku udało mi się podnieść odporność Jeremiaszowi, tak że skończyło się jego chorowanie
antybiotyki też się skończyły. Wywaliłam z naszej diety cukier, zminimalizowałam ilość mleka i jego
przetworów, zminimalizowałam gluten i mięso.
Obecnie Jeremiasz ma 5,5 roku, jakieś słodycze pojawiają się chcąc nie chcąc, bardzo czasem pojawia się słodki jogurt (kiedy sam go wybierze w sklepie). Czym się żywimy? Owoce, warzywa, kasze (jaglana, gryczana), strączki, jajka, słodzimy miodem.

Dzisiaj miałam chęć na coś słodkiego. Zrobiłam CHAŁWĘ
Najprostszy przepis na świecie :)


Składniki:
ziarna sezamu (3/4 szklanki)
duża, pełna łyżka miodu
Wykonanie:
Ziarenka zmieliłam w młynku aż się zrobiły mokre i wymieszałam je porządnie w robocie kuchennym z miodem.

Na koniec mocno je ugniotłam w foremce i gotowe.
Chałwę można kroić nożem, lub wyjmować z małych foremek i zjadać



Jakie mamy korzyści, że dieta nam się zmieniła? Jeremiasz czterech lat nie miał antybiotyku, właściwie nie choruje, nic poważnego jakieś katary, jakieś małe kaszle. Stan mojej skóry poprawił się radykalnie, Jemy dużo smacznych i zdrowych jedzonek. Odkryłam nowe, pyszne smaki.

sobota, 21 lutego 2015

Mama kontra mama

Moja przygoda z mama kontra mama zaczęła zupełnie niepoważnie. Wypełniłam pół żartem pół serio kwestionariusz i wysłałam. Nie wierzyłam i nie liczyłam na to, że ktoś mi odpisze. Często wypełniam takie kwestionariusze :) Ktoś odpisał, potem były jakieś eliminacje i zostaliśmy zakwalifikowani- Jeremiasz i ja.







W tamtym momencie nie do końca miałam świadomość do jakiego programu nas zgłosiłam i jaki będzie charakter programu. Byłam ciekawa jak Jeremiasz będzie reagował na kamery, światło i obcych w naszym domu. Ciekawa czy da radę, czy nie spanikuje. Dał radę, był sobą, lekko się wygłupiał. Współpracował jak zwykle, dzień właściwie też wyglądał jak zwykle, zjedliśmy śniadanie, poszliśmy do przedszkola, na plac zabaw, bawiliśmy się w ogródku. Jak zwykle, albo prawie jak zwykle, bo Jeremiasz był mocniej przyklejony do mnie i prawie jak zwykle bo mniej samodzielny. Ja się nie upierałam, żeby było tak jak zawsze, bo nie było.




W naszym domu było należycie, Jeremiasz stanął na wysokości zadania i nie wyciął żadnego numeru, bo generalnie tego nie robi, zdarza mu się, ale nie robi codziennie scen i histerii.







Potem obserwowałam inne mamy i inne dzieci, było ciężko, bo trzeba było dawać noty, oceniać i jednocześnie zaczęłyśmy się zaprzyjaźniać, pić kawę i gadać. To było trudne, najtrudniejsze, bo to było autentyczne, szczere.

Na koniec spotkałyśmy się w Karpaczu. Było dobrze, lekkie napięcie, ale dobrze, nasze dzieci razem się bawiły i szalały. A oceny już były. My ich nie znałyśmy, ale nie musiałam się stresować.



 Nikt nie spodziewał się wyniku głosowania. Ja byłam autentycznie zdziwiona.
Jak oceniam udział w programie?











Jestem zadowolona, spełniło się jedno z moich pragnień, przez chwile kamery były skierowane na mnie. Zobaczyłam jakie moje dziecko jest urocze na wizji. Poznałam fajne dziewczyny. I zobaczyłam jak funkcjonuje świat mediów.

wtorek, 17 lutego 2015

Florencja do której chcę wracać



Florencja, piszę o niej i tęsknię. To jak moja mekka, miejsce do którego wracam myślami, wracam do niej w snach.
Jest czasem tak blisko, że mam ją na czubkach palców.


                                                                     Zafascynowało mnie w niej światło, mnogość kolorów, niezwykła architektura i moja anonimowość.











 Miałam to szczęście, że znając język mogłam się poruszać po Florencji zupełnie bezkarnie i bez celu. Zaglądając w każdą uliczkę, bez ograniczeń. Jeremiasz w tych chwilach zdaje się, że też był zadowolony. Godzinami snuliśmy się uliczkami Florencji, pokonując kocie łby malutkimi kułeczkami wózka, byłam wdzięczna sama sobie za ten wózek, że zabrałam go ze sobą. Kiedyś podeszła do mnie kobieta ze śpiącym, upoconym chłopcem na rękach (dziecko na oko miało tyle co Jeremiasz lat, ze cztery) i zapytała gdzie kupiłam ten wózek. Nie mogłam jej uratować, wózek przyjechał ze mną z Polski. 

Do Florencji poleciałam z Jeremiaszem sama. I wózek. Troszkę się obawiałam jak sobie poradzimy. Na miejscu była moja mama, ale z bagażem i wózkiem musieliśmy dolecieć do Pizy a potem dojechać autokarem do Florencji, a potem już we Florencji komunikacją miejską musieliśmy dotrzeć do mamy. Nie byłam pewna czy pamiętam. Ale pamiętałam. Gdy wylądowaliśmy w Pizie, przywitało nas obezwładniające odrobinę słońce. Warszawa tego dnia była zimna i pochmurna, gdy z niej wylatywaliśmy. We Florencji byliśmy prawie dwa tygodnie. 
W mojej głowie kiełkują plany jak wkrótce znowu znaleźć się we Florencji. Tęsknię za nią. 













poniedziałek, 16 lutego 2015

„Skarżypyta bez kopyta, język lata jak łopata”- czy skarżenie jest złe?

Bez ustanku w przedszkolu, w szkole, na podwórku, w domu przychodzą dzieci do nauczyciela, opiekuna, rodzica i mówią o tym co robią inne dzieci, najczęściej chodzi o łamanie zasad, jakiś rodzaj przemocy zastosowany przez dziecko na drugim dziecku.

W praktyce wygląda, to tak:

  • Ciociu, a on wziął klocki,
  • Ciociu a ona powiedziała...,
  • Proszę pani a on brzydko mówi,
  • Mamo, on mnie uderzył, itd.

I co słyszą w odpowiedzi dzieci?
Słyszą:

  • Nie skarż,
  • Nie bądź skarżypytą.

Dlaczego nauczyciel, albo rodzic tak reagują?
Dlaczego dajemy dzieciom informację, że to brzydko „donosić”?
Dlaczego blokujemy dziecko na mówienie prawdy, dlaczego zabraniamy im przychodzić do nas po pomoc?
Z kilku powodów:

  • Jest to wygodne, ciężko nauczycielowi słuchać cały dzień skarg dzieci,
  • Donosicielstwo jest piętnowane społecznie,
  • Chcemy, bo dziecko było samodzielne i samo załatwiało swoje sprawy.

Nauczyciel w grupie, w klasie ma najczęściej ponad 20- cioro dzieci.
Możemy sobie wyobrazić ile razy w ciągu dnia słyszy:

  • A on powiedział,
  • A ona zrobiła.

I jak błahe, i nieistotne mogą być nauczyciela zdaniem problemy dziecka. Czasem problemy nie są błahe, ale nauczyciel nie ma czasu ich rozwiązywać, bo musi realizować program, lub ma w klasie dzieci tak absorbujące, że na pozostałe nie wystarcza mu najzwyczajniej w świecie pojemności psychicznej. Zdaża się, że nauczyciel nie chce się mieszać w konflikty swoich uczniów, nie chce ich rozwiązywać, bo np. nie potrafi. Praca z dziećmi, codzienna, wielogodzinna praca z dziećmi, bywa wyczerpująca.

Donosicielstwo w naszym kraju jest napiętnowane społecznie.
Donosiciel- jak to brzmi. Nie donosi się, że sąsiad bije żonę czy dzieci, nie donosi się, że ktoś bezprawnie wycina drzewa w lesie, nie donosi się, że znajomy jeździ pod wpływem alkoholu autem. Taka nasza cecha narodowa, kryjemy swoje problemy, kryjemy problemy znajomych i uczymy ukrywać problemy dzieci.

Bardzo się staramy wychować dzieci na samodzielne istoty,
które w życiu dorosłym poradzą sobie, które samodzielnie będą rozwiązywać własne problemy, które będą potrafiły podejmować właściwe decyzje, które się obronią, znajdą dobrą pracę, będą zaradne, odpowiedzialne, założą rodzinę, urodzą dzieci, wybudują dom, zasadzą drzewo itd., itd., itd.

I w ramach tego co powyżej uczymy dziecko samodzielności:

  • Radź sobie sam,
  •  To twoje problemy, rozwiązuj je samodzielnie,
  •  Ucz się życia,
  • Nie bądź ciapa,
  • Nie jesteś przecież beksa, itd.

A czy zastanawialiśmy się jak to wygląda z perspektywy dziecka?
Wygląda to tak, że dziecko przychodzi do dorosłego po pomoc i nie otrzymuje jej, natomiast otrzymuje inne informacje:

  • Dziecko otrzymuje informację, że samo musi sobie poradzić z problemem, który je przerasta,
  • Dziecko otrzymuje informację, że nie może szukać wsparcia u rodzica, nauczyciela,
  • Dziecko otrzymuje informację, że zwycięża silniejszy,
  • Dziecko otrzymuje informację, że dorosłemu nie zależy na sprawiedliwości ,
  • Dziecko otrzymuje informację, że szukanie sprawiedliwości jest niewłaściwe ,
  • Dziecko otrzymuje informację, że nie warto ufać dorosłym, bo kiedy przychodzi po pomoc, to jej nie dostaje.
Dziecko zupełnie niegotowe, bez zaplecza, z nieukształtowaną psychiką, bez dorosłego przewodnika uczy się rozwiązywać problemy, uczy się, że świat jest zły, uczy się ukrywać, uczy się żyć w poczuciu bezsilności. My sami, nauczyciele, rodzice przyczyniamy się do tego, że dzieci stają w pozycji agresora czy znajdują się w pozycji ofiary, gdy nie potrafią się same obronić. A sytuacja powtarza się wielokrotnie. I postawy utrwalają się. A potem, w przyszłości zastanawiamy się dlaczego dzieci z DUŻYMI PROBLEMAMI nie przychodzą do rodziców, nauczyciela po pomoc, zastanawiamy się dlaczego same załatwiają problemy w najgorszy z możliwych sposobów, dlaczego nastolatki nic nie mówią, nie dzielą się, dlaczego rodzice, nauczyciele nie mają relacji z dziećmi.

To tylko jeden aspekt, bo na zbudowanie relacji potrzebna jest jeszcze między innymi bezwzględna akceptacja czy brak strachu w relacji itd. Ale ten aspekt jest niezwykle ważny i zanim powiemy: ”nie skarż, to brzydko”- wysłuchajmy dziecka i pomóżmy mu rozwiązać problem, bo skoro przyszedł, to oznacza, że potrzebuje naszej pomocy. Spróbujmy pomóc znaleźć rozwiązanie, w miarę możliwości pomóżmy dziecku samodzielnie dojść do rozwiązania. Pomogą mu słowa typu:

  • Jak myślisz, co możemy z tym zrobić?
  • Co Twoim zdaniem będzie dobrym rozwiązaniem?
  • Czy mówiłeś mu, że to Ci się nie podoba?
  • Czy mówiłaś, że to brzydkie słowa i nie chcesz ich słuchać?
Najczęściej wystarczy delikatnie nakierować dziecko w kierunku rozwiązania, lekko pchnąć do przodu. Pomóc przeanalizować sytuację, w grupie przedszkolnej, szkolnej usiąść z dziećmi i porozmawiać o rozwiązaniu konfliktów. Nie pozwalać na nawarstwianie się konfliktu między dziećmi.
Rodzic, nauczyciel powinien reagować szybko na przemoc i nadużycia dziecka wobec dziecka, ponieważ niewłaściwe zachowania lubią się utrwalać kiedy odnoszą oczekiwany rezultat np.:
  • Wyrywam zabawkę i zabawką bawię się ja,
  • Popycham i jestem zwycięzcą,
  • Kłamię i udaje mi się osiągnąć to co chcę,
  • Można unikać odpowiedzialności za swoje niewłaściwe postępowanie, itd.
My dorośli jesteśmy przewodnikami dla dzieci. Dzieci patrząc na nas i nasze postępowanie uczą się funkcjonować w społeczeństwie. My jesteśmy pierwowzorem. Zachowań prospołecznych dzieci uczą się przy wsparciu dorosłych.