W 54- Międzynarodowy Dzień Teatru, Teatr Studio otworzył swoje podwoje od strony podwórka.
Cały dzień się działo.
Ja wybrałam późno- popołudniowy warsztat teatralny, poszłabym na warsztat wokalny, ale warsztat był skierowany do młodzieży licealnej, nie odważyłam się.
W deszczu jechałam, a potem w deszczu biegłam, wpadłam dwie minuty przed.
Na warsztat teatralny przyszło ponad dziesięcioro osób różnej płci i wieku, najmłodsza była sympatyczna licealistka, najstarszy pięćdziesięcioletni poważny pan.
Warsztat poprowadził sympatyczny szczupły chłopak z ładną twarzą i czarnymi jak węgiel oczyma.
Zupełnie przyjemny warsztat, mimo, że przy zadaniu z chodzeniem z zamkniętymi oczami i śpiewaniem ulubionej piosenki nie wydobyłam z siebie głosu, okazało się, że głos mi się zapadł i nie znam żadnej piosenki, jedyne co mój mózg wydłubał ze zwojów mózgowych, to szła dzieweczka do laseczka- dzięki.
Całe szczęście, że jednak nie poszłam na warsztat wokalny, co by to było. I całe, że wszyscy jednocześnie śpiewali swoje ulubione piosenki i nie było słychać, że nie brzmię.
Instruktor zrobił przestrzeń, która otworzyła coś we mnie. Coś mi w środku zagrało. Zatęskniło.
I teraz z tym "cosiem" muszę coś zrobić. Jakoś je zaadaptować.
Po warsztacie przypadkiem znalazłam się w Wook -u z moją rodziną, mimo, że próbowałam po warsztacie wrócić do domu, bo deszczowa pogoda spowodowała, że zmarzłam, jak wychodziłam z domu było słonko i słonkowało. Mimo, że do Wooka postanowiłam raczej nie chodzić. Ba, ale rodzina przywiozła siebie i moje dziecko do Warszawy na kolację do Wooka.
-Jedziemy do Wooka- dostałam smsa stojąc na stacji w czekaniu na ciuchcię
I? zapytałam
- Z Twoim synem teraz- dostałam odpowiedź.
Wook wielu przypadnie do gustu, szczególnie którzy lubią dużo zjeść i niezbyt dużo zapłacić, lub tym, którzy jednocześnie chcą zjeść różnorodnie. Kuchnia azjatycka, tajska i chińska, frytki, pizza, kurczaki, desery, w tym lody, popcorn i coca cola w jednym miejscu.
W maciupeńkich akwariach maciupeńkie rybki, miła, w większości męska obsługa, zbierająca na bieżąco zużyte talerze, przyjemne wnętrze, dzieci szalały, zjadając wszystkiego po kawałku, ewentualnie nadgryzając tylko.
Dlatego polecam to miejsce większości, ale nie tym, którzy jedzą mało i nie tym, którzy nie jedzą nabiału, jedzą mało mięsa lub wcale i nie jedzą zazwyczaj glutenu i unikają cukru i bardzo chcą wiedzieć jaki skład ma to jedzenie. Ci jedząc w Wooku wychodzą objedzeni z wewnętrzną pewnością, że objedli się średnio zdrowym dla siebie żarciem. Ale na szczęście takich maniaków dietetycznych nie jest wielu i Wook ma właściwie zajęte wszystkie stoliki. Nie, żeby było nie- smacznie, nie- dosyć smacznie, można się objadać ze smakiem, bo nie objeść się w Wooku się nie da. Wychodzisz z pełnym brzuchem.
Potem w deszczu biegliśmy do auta zaparkowanego daleko. Deszcz padał dalej. Na szczęście miałam parasol w kwiatki.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz