środa, 30 grudnia 2015

Ale teatr nie ma granic

Teatr nie ma granic.
Nakładanie widełek- to można a tego nie można w teatrze jest cenzurą.
Sztywne normy powodują zniewolenie sztuki.
W teatrze język, ciało mają swoje zadanie, są nośnikiem, niosą informację.

Ja, Ty, my decydujemy czy chcemy wziąć udział w widowisku, widz jest częścią spektaklu. Podczas zawiązuje się między widzem a aktorem swoiste porozumienie, czy nawet relacja na czas spektaklu, bo po z powrotem wślizgujemy się w swoje życia. To są właśnie kreacja i iluzja. Ale cząstka iluzji zostaje w nas. Bywam po obu stronach lustra.
Nie byłoby teatru bez aktora, nie byłoby teatru bez widza.
Każdy jest niezbędnością w odbywaniu się spektaklu. Przedstawienie powstaje dla widza.

Kim jest ten, który próbuje zamknąć teatr w ramy ułożonej powinności i eleganckości? Bo teatr elegancki nie jest. Jest pot, pryska ślina, są łzy i czasem zdarte kolano aktorki. Są emocje niekoniecznie eleganckie. Kim jest ten, który próbuje zaramować teatr?
To cenzor, którego razi ta nieelegancka forma, rażą nieeleganckie słowa, być może dotyka to jego eleganckiej dulszczyzny.
I cenzor zaczyna wypowiadać się w imieniu ludu, a lud w swym braku świadomości razem z nim głośno krzyczy, bo się krzykiem karmi i daleko mu do prawdziwej formy i przemyśleń.
Nie daj Boże kiedy cenzor piastuje jakieś stanowisko, siedzi na jakimś stołku, bo na mocy swego stołka może zablokować działania teatru.

Kolejnym niebezpieczeństwem może być dyrektor filantrop, który w teatrze zamiast sztuki chce kręcić, tudzież ukręcić interes. A robienie interesów nie idzie w parze z robieniem sztuki. I kurczy się teatr a rosną interesy. Szuka nie lubi komercji i konsumpcjonizmu, albo być albo mieć.

Bardzo bym sobie życzyła, byśmy nie dali się ogłupić i omamić, Sztuka niesie za sobą przekaz i używa do tego słowa i ciała. Słowo i ciało to środek do celu. Nie gorszmy się słowem i ciałem. Bo za tym idzie informacja dla widza od aktora. Mocny przekaz potrzebuje mocnych środków , inaczej traci formę, przestaje być czytelny, jest płaski i nie ma wyrazu.
Do teatru się nie idzie pić wódki czy karmić brzucha, w teatrze karmi się duszę.




Nie ma wyrazu, nie ma przekazu.
To po co to wszystko?
Po co teatr?
Idź na frytki do "McDonaldu"

Są dwa teatry wyjątkowo bliskie mojemu sercu. Pierwszy tu w Warszawie Teatr Studio, gdzie dyrektor filantrop zablokował dyrektor artystyczną w jej działaniach, nie dopuścił do zrealizowania spektaklu, który był spektaklem festiwalowym. Ale się nie odbył. Precedens na skalę światową.


Dyrektor filantrop, który próbuje zamienić teatr w kurę znoszącą złote jajka, chce napełnić brzuchy.




Drugi teatr, to Teatr Stary w Krakowie, gdzie populistyczny dziennikarz próbuje blokować działania dyrektora i reżysera teatru, krzyczy tak głośno, że teatr dostaje cenzora.











Do czego to prowadzi?
Do tego, że cenzura i komercja stają w przed-rzędach i blokują sztukę pisaną wielką literą

SZTUKA


















wtorek, 29 grudnia 2015

Są takie pytania

Są takie pytania, które nie są grzeczne:
ile zarabiasz?
jaki masz samochód? Ile lat ma Twoje auto?
kiedy będziesz mieć kolejne dziecko?
co z Twoim dzieckiem jest nie tak?

 Są takie uwagi, których wypowiadanie jest niekulturalne.
o, chyba przytyłaś
znowu straciłaś pracę
mąż dużo zarabia, to nie musisz pracować, możesz siedzieć w domu z dzieckiem
Przykłady nie wszystkie  z mojego życia, ale z czyjegoś.
Część pojawiła się w moim życiu, część była podobna.
Miała podobną energię.
Na tym samym poziomie.Ten rodzaj pytań i stwierdzeń denerwuje, bo ktoś przekracza granice i jest nietaktowny.

We mnie zawsze pojawia się opór. I zastanawiam się, kto kogoś upoważnił do zadawania mi takich prywatnych pytań i rzucania stwierdzeń. To moja osobista sprawa czy mam w planach kolejne dzieci czy nie.
To moja sprawa ile zarabia mój mąż. To moja sprawa czy schudłam czy przytyłam i ile.


I kiedy ktoś zadaje mi takie pytanie, wiem, że nie muszę na nie odpowiadać, ale najczęściej jestem tak zaskoczona, że odpowiadam, pozwalam komuś wparować w swoje prywatne rejony, potem się z tego otrząsam i pojawia się pytanie: dlaczego pytasz mnie o to? Każdy człowiek ma prawo do intymnej przestrzeni, która jest tylko jego i kiedy ktoś ją przekracza można się bronić. I powiedzieć:
Nie życzę sobie Ciebie w tym miejscu. Ale często brak nam asertywności, bo zachłystujemy się czyjąś uwagą. Bo przecież ktoś grzecznie pyta albo mówi coś z troską w głosie. Coś odpowiadamy a nasza dusza doznaje gwałtu.

I ja właśnie asertywnie- nie chcę, żeby ktoś naruszał moje granice. Nie życzę sobie odpowiadać na takie pytania, nie mam ochoty słuchać co robię źle ze swoim życiem. Chyba, że zapytam.
Chyba, że poproszę o opinie, chyba, że będę potrzebować i poproszę o pomoc czy czyjeś zdanie.
Chyba, że są to moim najbliżsi a oni wiedzą, że są naj i im się wiele wybacza.
Cała reszta nie jest upoważniona.



Czasem bywa tak, że za odpowiedziami na te pytania kryje się czyjaś tragedia: bezpłodność, choroba dziecka, problemy finansowe i problemy kogoś z samym sobą. I tym trudniej jest udźwignąć takie pytanie. Takie pytanie robi krzywdę.

I, niekoniecznie teraz oczekuję tłumaczeń się i wyjaśnień, że ktoś nie miał złej tylko dobrą wolę. Właściwie, to mnie to nie za bardzo obchodzi, wierzę w to, że ludzie nie są zwykle złośliwi i nie mają złych intencji.  I dalej, żeby nie było niedomówień, nie jestem bezpłodna, moje dziecko jest zupełnie zdrowe w każdej przestrzeni, nie przymieramy głodem, nasz samochód nie jest najnowszy, ale jeździ i dobrze sobie radzi. Z cerą sobie poradziłam. Poza tym mam świadomość każdego pypka na swoim nosie, każdego ranka przykrywam pypki korektorem, nie mam nadwagi, moja waga jest w normie i podobnie jak z pypkami znam swoją wagę i wiem kiedy mnie mniej a kiedy więcej i ani myślę się z tego tłumaczyć.


To tak na zbliżający się się Nowy Rok. Chrońmy swoje granice i nie przekraczajmy granic innych.
Nie przekraczajmy granic dobrego smaku, face to face i face to book.  Szanujmy się. 

niedziela, 20 grudnia 2015

Świąteczne porządki

Jakiś czas temu zrobiłam głupiutki test pt:"Jaka silna jestem" i wyszło, że twarda jestem.
No uparta rzeczywiście w dążeniach bywam. Chyba, że się zablokuję, wtedy włącza mi się tryb unikania. Unikam jak mogę, nawet nie myślę, kiedy się zablokuję, wystraszę czegoś.

Kiedy jednak postanowię, że zrobię, to zrobię i zaczynam dążyć. Pisałam już tu o tym kilka razy.
Jak robiłam prawo jazdy, jak kupowaliśmy dom, jak zakładałam moją firmę eventową All-fredka.
Na egzaminy na prawo jazdy chodziłam dwa razy w tygodniu, wiedziałam, że będę zdawać aż zdam, niezależnie od "ile razy"- zdawałam więcej niż dziesięć razy. Dom kupowaliśmy z bankiem i ponad dziesięć banków nam odmówiło, zainwestowaliśmy w ten proces nasze wszystkie oszczędności. I kiedy nasz doradca zwątpiła (potem powiedziała, że straciła nadzieję i wiarę, że to się może udać, bo dla banku byliśmy niewiarygodni) bank udzielił nam kredytu i mamy swój kawałek podłogi. Rzecz dla mnie niewyobrażalna. I All-fredka, bywało, że z kolumnami jeździliśmy autobusem, na imprezę autobusem, z całym ciężkim sprzętem, szliśmy potem przez pył w upale z tymi kolumnami. W ciąży prowadziłam imprezy, brakowało mi oddechu, prowadziłam zajęcia taneczne po kilka godzin dziennie, zakładałyśmy przedszkole, robiliśmy remont tegoż przedszkola. To tylko część przykładów, tego, że jeśli się uprę, to będę parła do przodu.

Z drugiej strony w relacjach z ludźmi łatwo mnie zranić, dotknąć kiedy już się otworzę, zaufam, pokocham, potem długo boli i długo liżę rany, przeżywam i przeżywam. Całe szczęście, długo trwa mój proces oswajania się z drugim człowiekiem. Można powiedzieć latami, zanim zaufam i otworzę całe swoje serce. Częściej słucham niż mówię o sobie. Nie mówię, kiedy ktoś nie chce słuchać, nie mam potrzeby. Długo trzymam dystans. I długo się przyzwyczajam do drugiego człowieka.
Nie noszę urazy i naiwnie zawsze wybaczam, pierwsza wyciągam rękę na zgodę. Ale jak zaboli, to zaboli.
Skąd czerpię siły- moi najbliżsi, rodzice, rodzeństwo, Michał i Jeremiasz są moją siłą, i dwoje czy troje przyjaciół, na najbliższych zawsze mogę liczyć, nawet jeśli nie we wszystkim się zgadzamy, nie jesteśmy idealni. Kiedy przychodzą trudne czasy mogę oprzeć się na rodzinie. Mama i tata nigdy mnie nie zawiedli. Pomagali i wspierali w tych najgorszych chwilach życia. Położyli siebie za mnie. Nie jesteśmy idealni i długo się docieraliśmy, nie byłam łatwym dzieckiem i nie jestem prosta jako dorosła. Jestem dzieckiem moich rodziców, więc i oni nie są "najprości" w obsłudze. Nasza relacja pogłębia się i nabiera szlifu i szlachetności.



Mam wspólny interes z siostrą i też bywa ostro. Łatwo nie jest. Ale jest zaufanie i ostatecznie zwycięża miłość. A celem jest stworzenie optymalnego miejsca gdzie dzieci są szczęśliwe i spełnione.

Prawie codziennie rozmawiam z moją mamą przez telefon, czy jest w Polsce czy nie, prawie codziennie rozmawiam z moim tatą, codziennie rozmawiam z moją siostrą Anią, mimo, że każdego dnia spędzamy wiele godzin w jednym miejscu, w przedszkolu. To po pracy dzwonimy do siebie i rozmawiamy. Czemu dziwi się mój mąż, że dorosła kobieta codziennie dzwoni do swojej matki i siostry, z którą spędza długie godziny w pracy.

Kupiliśmy mieszkanie trzypokojowe, ale równie dobrze moglibyśmy kupić kawalerkę, bo przebywamy ja, Michał i Jeremiasz w jednym salonie. I ten salon nam wystarcza. Nie mamy potrzeby być bez siebie. Salon jest pokojem przejściowym pomiędzy kuchnią a pokojem Jeremiasza. I to jest piękne. Będąc w kuchni mam kontakt z salonem, będąc w salonie mam kontakt z Jeremiasza pokojem. Jeremiasz zabiera zabawki ze swojego pokoju i przynosi do salonu.

Jesteśmy bardzo blisko siebie z jednej strony, ale z drugiej każde z nas ma własną przestrzeń i prawo do tej przestrzeni. Nie siedzimy na sobie. Nie kontrolujemy siebie. Jeremiasz może robić ze swoimi rzeczami co chce i jak chce, może mieszać plastelinę, farby, klocki w pudełkach, przynosić badyle i kamienie do domu. I się tym bawić, może bawić się w swojej szafie z ubraniami i siedzieć w niej w środku.

Michał gromadzi swoje kabelki, kawałki czegoś metalowego i trzyma to też w salonie, ładne to nie jest, te wystające kabelki zewsząd. I ja mam kartki, karteluszki, teczki, teczuszki, książki i leżą na kanapie, pod kanapą i ubrania.
W naszym domu nie ma porządku, staram się, żeby było chociaż było czysto. Duży porządek kojarzy mi się z terrorem. I ograniczeniem wolności. I często nie mam siły na sprzątanie.

 Więc generalne porządki robimy raz na jakiś czas i wywalamy niepotrzebne rzeczy.
I dziś, tym wpisem zrobiłam takie , wyjaśniłam sobie pewne sprawy i poukładałam,
 generalne porządki w mojej duszy. Napisałam co jest ważne i cenne dla mnie i we mnie. Przed nami świąteczny czas, warto odgarnąć pajęczyny i posprzątać. Wybaczyć, porozmawiać i przejść ponad.








czwartek, 10 grudnia 2015

Na mnie wrażenie zrobił Eryk Lubos- Idota w Teatrze Soho

Z przestrzenią Teatru Soho przyszło nam (mi i Asi) się zmierzyć wieczorową, zachmurzoną porą.
Niby mieszkałam kilka lat na warszawskiej pradze północ, niby blisko, ale szłyśmy trochę w ciemno i nie do końca mi Asia ufała, że wiem gdzie idę. Miałam przekonanie, że wiem. Przestrzeń Sohofactory szczególnie w nocy trudna do ogarnięcia, szłyśmy i szłyśmy, szukałyśmy i szukałyśmy i  nie zdążyłyśmy wypić kawy przed. Próbowałam wejść od drugiej strony do teatru, ale Asia nie chciała i ostatecznie weszłyśmy normalnie.
W środku szału nie było. Właściwie nic nie było.
Do Soho przyciągnął nas spektakl Idiota wg powieści Fiodora Dostojewskiego.



 Mistrzem świata okazał się Eryk Lubos, zagrał Rogożyna, postać splątaną, neurotyka, szaleńca. Lubos czy stał czy siedział, czy mówił czy milczał, był w tym mistrzowski nie mogłam się na niego napatrzeć.  Dotychczas patrzyłam na niego przez ekran, tu w Soho miałam go na wyciągnięcie ręki, dziwne uczucie.
Była jeszcze Agata Buzek, zagrała główną rolę męską, zagrała Myszkina, postać uduchowioną, delikatną i wrażliwą. Obsadzenie Agaty w tej roli jest świetnym rozwiązaniem, aktorka weszła w tą damsko- męską postać cała, zniknęła Agata był Myszkin, zupełnie nie mieszczący się w kanonach męskości  o wrażliwości zgoła kobiecej.













Moje serce podbiła postać alter ego Myszkina, w którą wcielił się Marek Kakareko. Alter ego było ucieleśnieniem przeżyć wewnętrznych Myszkina. Wyrażało emocje Myszkina przez ruch, taniec, mimikę.
W jednej z recenzji przeczytałam, że alter ero nie było potrzebne- nie mogłabym się z tym zgodzić, bo moim zdaniem alter ego zabierało nas w przestrzeń metafizyczną i wyrażało, to co było poza słowami.

Była jeszcze rozedrgana, pełna sprzeczności Nastazja, którą zagrała Magdalena Czerwińska i urocza Joanna Osyda w roli eterycznej i zabawnej Agłaji.
 Idiota ma piękną i pełną estetycznej prostoty scenografię, widzowie siedzą po dwóch stronach sceny, co robi wrażenie, że siedzi się wręcz na scenie, aktor jest na wyciągnięcie ręki. Dawało to przestrzeń aktorom do dialogowania z widzem i obarczania go swoją przestrzenią, te przestrzenie wręcz mieszają się i zachodzą na siebie. Konsekwencją były stłuczone słoiki ze sceny przez przechodzącego widza, bo stały na jego szlaku.

W pierwszej scenie ja też dostałam karteczkę z numerem 11, co mnie upoważniało i zobowiązywało do wzięcia udziału w zabawie Dostojewskiego.
Bo Nastazja porozdawała niektórym nam numerki i Panu, Pani z wylosowanym numerkiem dziesięć zadała pytanie:
"Proszę powiedzieć, co najstraszniejszego zrobił Pan, Pani w swoim życiu? No proszę powiedzieć! Na tym polega zabawa. No proszę powiedzieć. Nie chce Pan, Pani mówić, to ja opowiem..."


Patrzyłam na swój numerek 11 zastanawiałam się jakich to straszności nawyrabiałam, byłam gotowa opowiedzieć coś, skoro miałabym możliwość zrealizować się na scenie, no ale mnie nie zapytała.


W kolejnej scenie dostałam pomarańczę Myszkina od Agłaji. Zamarłam na chwilę, jak łatwo stać się częścią przedstawienia.











Kreacja, adaptacja, scenografia, muzyka, dobór aktorski na wysokim poziomie, nie mam ale. I mam ochotę na jeszcze raz z spektaklem Idiota. Nie wiem tylko czy lubię czy nie lubię być przed spektaklem w Teatrze Soho. Jego aparycja mnie ciut odstrasza. Nie było ciacha, kawy z mlekiem bez laktozy, ciepłej wody w toalecie, nie było nastroju. Nastrój przyszedł wraz ze spektaklem.


środa, 2 grudnia 2015

O misji w życiu moim

Postanowiłam się podjąć tematu posiadania misji.

Czy mam misję?
Co jest sensem mojego życia?
Po co żyję?
Pytania egzystencjalne, od czasu do pory stawiamy je sobie.
Stawiamy się lub coś nas stawia przed pytaniem po co żyję.

Szczególnie ważne staje się to, wtedy kiedy coś lub ktoś nas wytrąca z pędu życiowego,
pędu byle do przodu. Zadajemy sobie pytanie "po co żyję i co jest ważne", kiedy stajemy przed wyborem lub trudnością życiową. Ślub, dziecko, rozwód, utrata, choroba. Wtedy świat zatacza koło. A my zostajemy wytrąceni z pędu.

I wtedy niektórzy zaczynają mieć misję.

Trochę o tą misję zahaczyłam w poprzednim wpisie.
Tak, warto to wiedzieć, misja pomaga w życiu, właściwie nadaje mu sens.



I dawno temu, około piętnaście lat temu ktoś wyciągnął do mnie rękę i pomógł mi się pozbierać, poskładać, powyciągać wnioski, ustawić priorytety i przeżyć najcięższe chwile i nie umrzeć.
Jakoś tak potem zaczęłam patrzeć szerzej i dostrzegać, że ja też mogę pomóc, że korzystając z mojego doświadczenia, wiedzy i intuicji mogę pomóc drugiemu człowiekowi albo przynajmniej wysłuchać go.

Mam taką główną zasadę, którą stosuję w moim życiu i odnoszę do wszystkiego, nie zawsze ją stosowałam, co powodowało tragiczne w skutkach konsekwencje.
Ta zasada, to odpowiadanie na potrzebę. A nie działanie siłowe, pomaganie na siłę, nie! Staram się odpowiadać na potrzebę drugiego człowieka. Nie uszczęśliwiam nikogo na siłę, staram się nie narzucać. Z tym nienarzucaniem mam największy problem, bo nie wiem kiedy już się narzucam a kiedy nie i kiedy bardzo mi na kimś zależy, to ciężko mi się czeka, bo chciałabym już i teraz. Nie lubię czekać cierpliwie. Chciałabym sprawę wziąć w swoje ręce i spowodować, żeby to się stało.
 A takie próby spowodowania często przeradzają się w kontrolę i manipulację drugim człowiekiem. A ja chcę czuć się wolna i chcę by inni czuli się przy mnie wolni. To się bezpośrednio przekłada na moją misję, przestałam pomagać ludziom na siłę. Przestałam się w tym spalać, spalałam się przez wiele lat i żyłam w frustracji. Miewałam migreny i rozstroje żołądkowe.

Od jakiegoś czasu nie pomagam na siłę i nie zbawiam świata. Nie wciskam się tam gdzie mnie nie chcą, nawet, jeżeli mam wrażenie, czy wiem, że mogłabym pomóc, gdyby ktoś potrzebował. Ale nie potrzebuje.

Skupiłam się na najbliższych, zaczęłam szukać siebie i swoich pasji. Lubię i chcę pomagać. I kiedy ktoś potrzebuje jestem.
 Kiedy ktoś pyta odpowiadam, opowiadam, przytrzymuję, wspieram.
Ludzie są moją pasją. Pomaganie ludziom jest moją misją. Ale nie stawiam sobie za cel sterapeutyzowania całego świata. Staram się nie terapeutyzować najbliższych, chociaż to nieuniknione. I pozwalam sobie nie chcieć, nie musieć. Chodzę na kawę, do teatru, do szkoły fotografii, bo lubię, a nie dla misji zbawiania świata. Buduję relację, bo chcę tego człowieka poznać, bo lubię z nim rozmawiać, a nie dlatego, że chcę go uratować przed zagładą świata.


wtorek, 1 grudnia 2015

Bliskie spotkania- bezdomność

Bezdomni, ludzie z marginesu społecznego, bezdomność coś co nas nie dotyczy, bezdomność zupełnie obca nam przestrzeń, przestrzeń, którą ludzie omijają. Bezdomny śmierdzi, bezdomny może ukraść, okraść, zabić może nawet. Bezdomność niewygodna jest dla nas. Może lepiej jej nie dostrzegać, nie dotykać, skupić się na swoich sprawach życiowych.

A ja się uparłam na bezdomnych, uzależnionych od alkoholu, narkotyków, byłych więźniów i aktualnych. Uparłam się na nich, sama często powtarzam, że mam słabość do alkoholików i alkoholika zawsze wywącham, zaczynam z kimś rozmawiać na uczelni, ładny poukładany chłopak, sympatyczny. Zaczynamy rozmawiać przy zupie w uczelnianej stołówce, alkoholik, niepijący, w trakcie terapii (sic.).
Zachwycam się muzyką, zachwycam się jego wokalem, grą aktorską, pac.
pił i brał narkotyki, sam o tym mówi wprost w  Wysokich Obcasach- Marcin Januszkiewicz,
potem artysta Marek Dyjak, jego piosenki rozrywają moją duszę i przyciągają jak magnes, oficjalny alkoholik. To nie tak, że ja chcę każdego alkoholika ratować, wymienionych wyżej nie potrzebuję ratować, mi odpowiada ich poziom wrażliwości. Lubię ich przestrzeń artystyczną, lubię emocje, które powstają we mnie, lubię nie lubię, bo czasem nie lubię.

Jest jeszcze Arek (imię zmieniłam), poznałam go w Ośrodku dla Bezdomnych i Uzależnionych podczas imprezy sylwestrowej. Długo rozmawialiśmy o jego życiu. Zapisał mój numer w notesie, żeby zadzwonić kiedy będzie potrzebował porozmawiać. Zadzwonił po dwóch latach zdaje się, po tym jak znalazł się w więzieniu. Rozmawialiśmy przez telefon, pisaliśmy do siebie listy. Oczywiście zdrowiejący alkoholik, wyszedł z więzienia i próbuje sobie ponownie ułożyć życie, trzymajcie za niego kciuki, żeby mu się udało, bo uzależnienie to uzależnienie i trzeba dzień w dzień toczyć walkę z samym sobą.


Zaczęło się od tego, że zaczęłam rozmawiać z bezdomnymi na dworcu centralnym w Warszawie, rozmawiałam z chłopakami godzinami. Poznałam Borysa, narkomana, uroczego chłopca, który niejedną naiwną sprowadził na krzywą drogę i przy nim się uzależniła od narkotyków. Wszyscy ostrzegali mnie przed nim. Bardzo się uparłam, że mu pomogę, to źle tak się upierać, ktoś to może wykorzystać. Borys trochę pozbierał się, poszedł na detoks ostatecznie a potem urwał mi się z nim kontakt, nie wiem gdzie jesteś Borys.
Znałam ich wszystkich z dworca, rozmawiałam z nimi, widziałam jak niektórzy się staczają i umierają. Na początku ładni, na koniec niepodobni do ludzi. Był Jarek, który przychodził do naszego domu na obiady, zawsze czysty wtedy i trzeźwy, przynosił kwiatki w doniczce, kawę i ciasto. Nigdy z pustymi rękami. Mówił, że to dla niego szczyt marzeń czysta pościel i własne łóżko. Teraz Jarka nie ma tu z nami, kiedy go widziałam ostatni raz wyglądał bardzo źle, nie pozwoliłam mu dotknąć brudnym paluchem małej główki Jeremiasza, co go oburzyło, niepodobny był do siebie.
Nie bardzo wtedy na centralnym wiedziałam jak pomóc, mogłam tylko dać czapkę, szalik, kanapkę i wysłuchać.

Bardzo chciałam pomagać. Bardzo mi żal było tych cennych, wrażliwych ludzi, których droga nie była prosta. Zrozumiałam mechanizmy, jak powstają nałogi, jak człowiek staje się bezdomny, jak ląduje na ulicy. Nie było rozwiązania, często nie ma rozwiązania, patrzysz tylko jak ktoś się stacza.

W niedzielę na Starym Mieście w Warszawie wyszli bezdomni z kartonowymi transparentami pokazać, że są, że żyją, że mają pragnienia, że mają marzenia. Dla mnie, to jakby wyszli z podziemia i powiedzieli: "patrzcie, jesteśmy, żyjemy obok was". Nie każdy bezdomny to alkoholik i narkoman. Często tak życie się potoczyło, że ostatecznie człowiek wylądował na ulicy. I wielu uzależnionych, to osoby mające dom, rodziny, ale życie mają pełne zakrętów, to też osoby sławne, aktorzy, muzycy, niektórzy mówią o tym wprost, upubliczniają swoją walkę. Przykładem czego jest jeszcze Ilona Felicjańska, która podobnie jak wyżej wymienieni mówi wprost o swoim uzależnieniu. Ilona moja ulubiona gwiazda. Prawdziwa i szczera. Nie udaje, nie owija w bawełnę, nie gwiazdorzy.

Czy mam jakieś wnioski na koniec, nie mam. Sami zróbmy sobie wnioski. Co, jak i ile możemy zrobić i czy nam się chce.