Napiszę o seksie. Bo o seksie mało się rozmawia i generalnie w kuluarach i oszczędnie. A seks, to bardzo istotny aspekt w związku i w życiu. Jestem monogamiczna, więc będę pisać monogamicznie.
Mam 39 lat i jestem w trzecim poważnym związku.
Wydawać się by mogło, że temat seksu mam ogarnięty i dopracowany, że wiele wiem na temat swojej seksualności.
Od wielu lat moje pożycie było raczej udane, z związku w związek coraz bardziej udane. Po pierwszych wpadkach, w latach wczesnej młodości, starałam się nic nie robić na siłę (a wiem, że wielu kobietom się to zdarza i historie, które słyszałam krew mroziły w żyłach), nikt mnie jawnie nie zmuszał do praktyk seksualnych różnego rodzaju (a i tu się osłuchałam o takich zmuszaniach), i raczej było miło.
Ale był jeden raz straszny. I uczynił mi traumę. O tej traumie chcę napisać. Żeby oswajać kobiece mówienie o rzeczach ważnych wprost.
W trakcie on stwierdził, że nie ma jednak chęci. I przerwał nasze tete a tete nagle bez słowa, bo był zły na mnie (zrobił mi tego dnia awanturę o rachunek źle przeze mnie zapłacony).
I mną wstrząsnęło w tym temacie jak nigdy, poczułam jakbym dostała w twarz. Siedziałam na łóżku zamrożona i nie mogłam się poruszyć. Nic powiedzieć nie mogłam. Naciągnęłam koszulkę z powrotem i nie pamiętam co było dalej. Mam dziurę w głowie.
Musiałam siebie pozbierać z gleby. I ciężko mi o tym pisać, ciężko mi było o tym mówić, ale mówiłam i piszę by inne kobiety też mówiły i pisały.
Poczułam się zrównana z parterem a potem zepchnięta do poziomu piwnicy. Moja kobiecość, moja kobieca wrażliwość, moja wiara, że się to da poskładać, wszystko się runęło, ten związek też runął ostatecznie, to był jedyny raz, kiedy ja odeszłam.
Wtedy zaczęło dochodzić do mnie, że mogę się nie godzić na takie traktowanie, że mogę oczekiwać czegoś innego.
Jestem w nowym związku. I okazało się, że seks może być zupełnie inny niż myślałam, że jest. Byłam zaskoczona.
Tak, dotarło do mnie, że seks, to są fajerwerki, to jest poruszenie ziemi. To nie jest żaden zasrany niczyj obowiązek, tylko przyjemność dla obojga i nikt się nie poświęca w imię małżeństwa czy czyiś potrzeb, czy czegokolwiek innego.
Niektóre kobiety godzą się na seks dla spokoju. Wiele kobiet robi to, żeby ktoś dał im spokój. I robią rzeczy, na które nie mają ochoty. Bo on tego oczekuje. A to jest gwałt na duszy i na ciele dla kobiety.
Kobieto, nie musisz się na to godzić i się poświęcać. Masz święte prawo oczekiwać fajerwerków i poruszenia ziemi pod stopami. Możesz chcieć, żeby było niezwykle, ekscytująco, zaskakująco i satysfakcjonująco. Masz prawo czuć się najpiękniejszą, najbardziej pożądaną na świecie kobietą, jedyną w swoim rodzaju, masz prawo czuć się księżniczką, o którą On się stara i troszczy.
Zawsze.
Tak, to działa w obie strony. On też może oczekiwać. Wzajemne dawanie i zaspakajanie swoich potrzeb, to niezwykły proces, który buduje. Tylko nic się nie wydarzy, kiedy ona lub on nie czują się kochani, bezpieczni, zaopiekowani, podziwiani. I dopisz tu sobie wszystko czego Ty potrzebujesz i podziel to na dwa. Na siebie i na partnera. Ale- to bolesne- nic się nie wydarzy, kiedy nie ma przepływu energii, kiedy gdzieś w Tobie albo w Twoim partnerze jest zadzior. Zranienie, chowanie urazy, nieprzebaczenie, strach, manipulacja, szantaż, brak uwagi, ostrość jakaś, brak dbałości . To wszystko powoduje, że nie ma przepływu. I zaczynasz szukać gdzieś w czymś.
I nie musi to być zdrada. Odpływasz.
środa, 11 kwietnia 2018
piątek, 9 lutego 2018
Nieśmiertelny. Na pamiątkę. Tomek Mackiewicz
Nie wiem dlaczego historia Tomka Mackiewicza wstrząsnęła mną do głębokości. Nie znałam go, nie interesowałam się himalaistami. O tyle, o ile wspinanie się latem, kiedy jest ciepło umiem pojąć swoim umysłem, to wspinanie się na góry potwornie trudne, potwornie niebezpieczne zimą, jest dla mnie nie do pojęcia. Narażać życia nigdy nie miałam potrzeby. Kocham swoje życie i cenię i raczej jestem zachowawcza i ryzyko w żadnej formie mnie nie kręci.
Najpierw Tomkowi kibicowałam i wierzyłam, że ktoś wleci, wlezie na tą dziką górę i Tomka przetransportuje w dół. Im dłużej drążyłam temat, tym bardziej robiłam orient, że to będzie bardzo trudne, wręcz nierealne. Bo nic tam nie wleci, a jeżeli ktoś wejdzie, to i tak z Tomkiem nie zejdzie, bo Tomek gdyby umiał zejść, to by zaczął schodzić. A na plecach znieść się go nie da. Poza tym, żeby tam wejść trzeba się zaaklimatyzować na te wysokości. A czasu nie było.
I kiedy zrozumiałam, że Tomek nie zejdzie, helikopter po niego nie poleci, nikt go nie zniesie, to bardzo mną wstrząsnęło. Cholernie ciężko mi było pogodzić się z tym, że gdzieś w wielkim zimnie, w śniegu, w szczelinie umiera człowiek, zupełnie sam. I nic nie można zrobić. Zupełnie nic.
Zaczęłam szukać wywiadów, artykułów, materiałów z Tomkiem, żeby zrozumieć jakie mechanizmy zawiodły go na tą górę, górę, która go opętała na długie lata, bo próbował ją zdobyć siedem razy i za siódmym razem został na niej na zawsze, tuż przy samym szczycie. Ślepy, bez sił, z krwią w ustach, bardzo daleko od tych, których kochał. Sam.
I dotarło do mnie kilka faktów, Tomek był kiedyś narkomanem, brał heroinę, wyszedł z tego. Potem podróżował po świecie, sam, stopem, bez pieniędzy. Rowerem. Poznawał ludzi. Potem przykleił się jakoś do rzeczywistości, kiedy się ożenił i przyszły na świat jego dzieci. Przykleił się, ale niezupełnie, bo co roku, w zimie lądował w górach, w himalajach na co najmniej dwa miesiące, święta, sylwestra i swoje urodziny przez ostatnie siedem lat spędzał bardzo daleko od swojej rodziny. I wspinał się na Nanga Parbat. Potrzebował tego, by móc normanlie funkcjonować przez resztę roku w swoim kraju, ze swoją rodziną. Na tej górze ładował swoje akumulatory. Dlaczego tak? Nie wiem.
Czy Tomek chciał ryzykować swoim życiem? Nie chciał, mówił wielokrotnie w wywiadach, że nie chce, że kocha swoją rodzinę. Czy Tomek był szalonym ryzykantem i świrem? Moim zdaniem nie był, kiedy go słucham mówi rozsądnie i budzi moje zaufanie. Był oryginałem, był specyficzny, szedł własnym, wytyczonym przez siebie szlakiem życia, czy to potępiam, nie, podziwiam. Był sobą od początku do końca.
Co się stało, że Tomek nie wrócił z Nanga Parbat?
Moim zdaniem, po przeanalizowaniu życiorysu Tomka, doszłam do wniosku, że Tomek miał poprzesuwane granice. Te granice mu się poprzesuwały być może wtedy, kiedy był narkomanem. A może wcześniej a może później. Ale stawiam na czas narkotyków. Bo kiedy brał, realnie ryzykował swoje życie a narkotyki go nie zabiły. I kiedy żył na ulicy, żebrał na narkotyki, to przeżył.
Po takich przejściach nabierasz dystansu do życia i przestajesz bać się śmierci (Tomek powiedział w wywiadzie w dtvn, że nie tak łatwo jest umrzeć i ma potrzeby się tego bać, że się umrze), kiedy wyłączy się człowiekowi naturalny strach przed śmiercią to co jest dalej? Co nas ochroni, jeśli nie nasz naturalny strach przed śmiercią? Co nas powstrzyma w porę i uchroni przed niebezpieczeństwem? Co się stać może, kiedy przesuwamy granice strachu, nie liczymy się z nimi, nie zabezpieczamy się, wierzymy w swoją nieśmiertelność, że co nas nie zabije, to nas wzmocni.
Tyle, że kiedy poprzesuwaliśmy te granice i nie słuchamy swojego organizmu, kiedy daje nam sygnały a my mu mówimy jeszcze troszkę, jeszcze kawałek. Dasz radę, potrafisz.To okazuje się, że ostateczną granicą naszego jestestwa, nie jest silna wola a nasz organizm.
Taka piękna pułapka, w którą sama wpadłam, kiedy przez wiele lat nie patrzyłam na granice swojego ciała, organizmu, psychiki tylko parłam w górę. Myślałam dam radę, przetrzymam, wytrzymam, przeżyję, jestem twarda.
I w którymś momencie dotarło to do mnie i puściłam. Skupiłam się na sobie i tym, czego chcę ja, czego potrzebuję ja, na co mam ochotę. Moja silna wola jest tak samo silna jak była, ale mój organizm powiedział stop, skutki były takie jakie były:
masakryczne migreny, gdzie nie działały już żadne leki, ani tryptany ani opiaty, nic,
powycierane zęby i przeskakująca szczęka,
nadwrażliwy żołądek i mega bóle żołądka po każdym jedzeniu
i luki w pamięci. I mega mechanizmy wyparcia, blokady moje.
A jaką cenę zapłacił Tomek Mackiewicz? Najwyższą.
Został na górze, a na dole zostawił cały swój świat.
Najpierw Tomkowi kibicowałam i wierzyłam, że ktoś wleci, wlezie na tą dziką górę i Tomka przetransportuje w dół. Im dłużej drążyłam temat, tym bardziej robiłam orient, że to będzie bardzo trudne, wręcz nierealne. Bo nic tam nie wleci, a jeżeli ktoś wejdzie, to i tak z Tomkiem nie zejdzie, bo Tomek gdyby umiał zejść, to by zaczął schodzić. A na plecach znieść się go nie da. Poza tym, żeby tam wejść trzeba się zaaklimatyzować na te wysokości. A czasu nie było.
I kiedy zrozumiałam, że Tomek nie zejdzie, helikopter po niego nie poleci, nikt go nie zniesie, to bardzo mną wstrząsnęło. Cholernie ciężko mi było pogodzić się z tym, że gdzieś w wielkim zimnie, w śniegu, w szczelinie umiera człowiek, zupełnie sam. I nic nie można zrobić. Zupełnie nic.
Zaczęłam szukać wywiadów, artykułów, materiałów z Tomkiem, żeby zrozumieć jakie mechanizmy zawiodły go na tą górę, górę, która go opętała na długie lata, bo próbował ją zdobyć siedem razy i za siódmym razem został na niej na zawsze, tuż przy samym szczycie. Ślepy, bez sił, z krwią w ustach, bardzo daleko od tych, których kochał. Sam.
I dotarło do mnie kilka faktów, Tomek był kiedyś narkomanem, brał heroinę, wyszedł z tego. Potem podróżował po świecie, sam, stopem, bez pieniędzy. Rowerem. Poznawał ludzi. Potem przykleił się jakoś do rzeczywistości, kiedy się ożenił i przyszły na świat jego dzieci. Przykleił się, ale niezupełnie, bo co roku, w zimie lądował w górach, w himalajach na co najmniej dwa miesiące, święta, sylwestra i swoje urodziny przez ostatnie siedem lat spędzał bardzo daleko od swojej rodziny. I wspinał się na Nanga Parbat. Potrzebował tego, by móc normanlie funkcjonować przez resztę roku w swoim kraju, ze swoją rodziną. Na tej górze ładował swoje akumulatory. Dlaczego tak? Nie wiem.
Czy Tomek chciał ryzykować swoim życiem? Nie chciał, mówił wielokrotnie w wywiadach, że nie chce, że kocha swoją rodzinę. Czy Tomek był szalonym ryzykantem i świrem? Moim zdaniem nie był, kiedy go słucham mówi rozsądnie i budzi moje zaufanie. Był oryginałem, był specyficzny, szedł własnym, wytyczonym przez siebie szlakiem życia, czy to potępiam, nie, podziwiam. Był sobą od początku do końca.
Co się stało, że Tomek nie wrócił z Nanga Parbat?
Moim zdaniem, po przeanalizowaniu życiorysu Tomka, doszłam do wniosku, że Tomek miał poprzesuwane granice. Te granice mu się poprzesuwały być może wtedy, kiedy był narkomanem. A może wcześniej a może później. Ale stawiam na czas narkotyków. Bo kiedy brał, realnie ryzykował swoje życie a narkotyki go nie zabiły. I kiedy żył na ulicy, żebrał na narkotyki, to przeżył.
Po takich przejściach nabierasz dystansu do życia i przestajesz bać się śmierci (Tomek powiedział w wywiadzie w dtvn, że nie tak łatwo jest umrzeć i ma potrzeby się tego bać, że się umrze), kiedy wyłączy się człowiekowi naturalny strach przed śmiercią to co jest dalej? Co nas ochroni, jeśli nie nasz naturalny strach przed śmiercią? Co nas powstrzyma w porę i uchroni przed niebezpieczeństwem? Co się stać może, kiedy przesuwamy granice strachu, nie liczymy się z nimi, nie zabezpieczamy się, wierzymy w swoją nieśmiertelność, że co nas nie zabije, to nas wzmocni.
Tyle, że kiedy poprzesuwaliśmy te granice i nie słuchamy swojego organizmu, kiedy daje nam sygnały a my mu mówimy jeszcze troszkę, jeszcze kawałek. Dasz radę, potrafisz.To okazuje się, że ostateczną granicą naszego jestestwa, nie jest silna wola a nasz organizm.
Taka piękna pułapka, w którą sama wpadłam, kiedy przez wiele lat nie patrzyłam na granice swojego ciała, organizmu, psychiki tylko parłam w górę. Myślałam dam radę, przetrzymam, wytrzymam, przeżyję, jestem twarda.
I w którymś momencie dotarło to do mnie i puściłam. Skupiłam się na sobie i tym, czego chcę ja, czego potrzebuję ja, na co mam ochotę. Moja silna wola jest tak samo silna jak była, ale mój organizm powiedział stop, skutki były takie jakie były:
masakryczne migreny, gdzie nie działały już żadne leki, ani tryptany ani opiaty, nic,
powycierane zęby i przeskakująca szczęka,
nadwrażliwy żołądek i mega bóle żołądka po każdym jedzeniu
i luki w pamięci. I mega mechanizmy wyparcia, blokady moje.
A jaką cenę zapłacił Tomek Mackiewicz? Najwyższą.
Został na górze, a na dole zostawił cały swój świat.
niedziela, 14 stycznia 2018
Jesteś szalona powiedział mi On
Mam ostatnio zajawkę na stare meble.
I powoli dokonuję wymiany mebli tych współczesnych, kupionych lat niewiele temu na meble stare. Coś tam z nimi robię, zdejmuję lakier, farbę, nakładam nowe. I takie tam.
Ostatnio znalazłam cały zestaw mebli art deco, szafa, toaletka i witryna. Bardzo chciałam tą toaletkę mieć, nawet wyobraziłam sobie gdzie oną postawię. Zawsze marzyłam o tym, żeby mieć toaletkę, moja ukochana ciocia Marysia taką posiadała, a ja jako mała dziewczynka przesiadywałam przed nią i malowałam się cioci malowidłami, zakładałam korale i buty na obcasach i przeglądałam sie w wielkim lustrze toaletki cioci Marysi.
Marzyłam o takiej toaletce i oto moje marzenie miało się spełnić, ale nie do końca było to łatwe jak się okazało.
Zaproponowałam cenę niewielką, taką na jaką mnie było stać. A właścicielka mnie zastrzeliła swoją propozycją, żebym za tą cenę zabrała wszystkie meble, cały komplet (toaletkę, witrynę i szafę czterodrzwiową o nieeeee).
O! Tyle pięknych mebli i to za taką cenę, że mogłam mieć te wszystkie meble. Meble, które zawsze mi się podobały, bo mają klasę (styl art deco) a cena mocno symboliczna.
Łaaaaa!
Tyle, że te meble nie miały możliwości zmieścić się w moim mieszkaniu, wcale nie takim małym, ale już mocno obstawionym moją pasją zbieractwa. I pomyślam, dobra, wymienię te meble, moje sprzedam po taniości, oddam może nawet jak nikt nie bedzie chciał kupić a tamte wezmę za ten bezcen. I zaczęłam się z Pańcią umawiać kiedy przyjadę po meble.
I okazało się, że meble mieszkają w Wałbrzychu (400 km od Warszawy). A w moim dużym aucie się nie zmieszczą a nawet gdyby się zmieściły, to ja nie dam rady w tą i z powrotem 400 km pokonać.
Ale i tak się by nie wlazły, więc o czym my tu...
Mój P. stawił opór na te meble, bo odkąd jesteśmy razem ciągle gdzieś jeździmy i coś przywozimy, potem to tachamy na górę. I on po ostatniej szafie powiedział, że na więcej się nie pisze. I, że ja jestem szalona. Ale nie powiedział nie. Poprosił, żeby go za bardzo nie angażować w te meble.
I ja bardzo się zastanawiałam co zrobić, myślałam cały weekend. Byłam na tak, bo wiadomo i byłam na nie, bo bardzo mi sie nie chciało ruszać całej tej machiny.
Ale co tam, chciałam być księżniczką i mieć własną toaletkę.
Sprawdziłam cenę rynkową tych mebli i one normalnie są dziesięć i więcej razy droższe. Więc nawet z ceną transportu dalej się opłacało. Robiliśmy ostatnio jakieś remonty, dach trochę, auto jak zwykle i średnio to widziałam. Finansowo wyglądało tak, że będzie bardziej oszczędnie do końca miesiąca a ciągle na coś oszczędzamy i mam już dość.
Ico? I znalazłam przewoźnika, nieco tańszy niż pozostali i on tam pojechał złożył szafę, bo by nie wyszła z domu, zabrał meble i mi je przywiezie w nadchodzącym tygodniu.
P. nie był zachwycony, że się zdecydowałam, zdziwiony też nie był, podobnie jak moja rodzina i przyjaciele też się nie zdziwili, że te meble kupiłam. Mama mówiła "kupuj, kupuj, będziesz miała pieknie". Moja mama też kupuje meble i jeszcze obrazy. Tata mówił "Nie, nie kupuj staroci, po co Ci to", a to przez tatę mnie naszło na starocie, bo on pierwszy sprezentował mi stary fotel i komodę. I zabrał mnie na targ staroci. I tak się zaczęło.
I teraz ja próbuję pozbyć się obecnych, żeby wstawić te art deco sobie do domu. Część już ludzie obiecali zabrać. Została szafa, wielka szafa, którą chcę sprzedać albo oddać. Wolałabym sprzedać, ale oddam jak nie sprzedam.
***
Mozna powiedzieć, że jest ogarnięte. Jutro ludzie przyjadą i pozabierają moje meble. Wielką szafę też, pojutrze przyjadą meble z Wałbrzycha. Trzymajcie kciuki, żeby wszystko się udało. I żebym nie została bez mebli zupełnie, bo jedne odjadą a drugie nie przyjadą.
I powoli dokonuję wymiany mebli tych współczesnych, kupionych lat niewiele temu na meble stare. Coś tam z nimi robię, zdejmuję lakier, farbę, nakładam nowe. I takie tam.
Ostatnio znalazłam cały zestaw mebli art deco, szafa, toaletka i witryna. Bardzo chciałam tą toaletkę mieć, nawet wyobraziłam sobie gdzie oną postawię. Zawsze marzyłam o tym, żeby mieć toaletkę, moja ukochana ciocia Marysia taką posiadała, a ja jako mała dziewczynka przesiadywałam przed nią i malowałam się cioci malowidłami, zakładałam korale i buty na obcasach i przeglądałam sie w wielkim lustrze toaletki cioci Marysi.Marzyłam o takiej toaletce i oto moje marzenie miało się spełnić, ale nie do końca było to łatwe jak się okazało.
Zaproponowałam cenę niewielką, taką na jaką mnie było stać. A właścicielka mnie zastrzeliła swoją propozycją, żebym za tą cenę zabrała wszystkie meble, cały komplet (toaletkę, witrynę i szafę czterodrzwiową o nieeeee).
O! Tyle pięknych mebli i to za taką cenę, że mogłam mieć te wszystkie meble. Meble, które zawsze mi się podobały, bo mają klasę (styl art deco) a cena mocno symboliczna.
Łaaaaa!
Tyle, że te meble nie miały możliwości zmieścić się w moim mieszkaniu, wcale nie takim małym, ale już mocno obstawionym moją pasją zbieractwa. I pomyślam, dobra, wymienię te meble, moje sprzedam po taniości, oddam może nawet jak nikt nie bedzie chciał kupić a tamte wezmę za ten bezcen. I zaczęłam się z Pańcią umawiać kiedy przyjadę po meble.
I okazało się, że meble mieszkają w Wałbrzychu (400 km od Warszawy). A w moim dużym aucie się nie zmieszczą a nawet gdyby się zmieściły, to ja nie dam rady w tą i z powrotem 400 km pokonać.
Ale i tak się by nie wlazły, więc o czym my tu...
Mój P. stawił opór na te meble, bo odkąd jesteśmy razem ciągle gdzieś jeździmy i coś przywozimy, potem to tachamy na górę. I on po ostatniej szafie powiedział, że na więcej się nie pisze. I, że ja jestem szalona. Ale nie powiedział nie. Poprosił, żeby go za bardzo nie angażować w te meble.I ja bardzo się zastanawiałam co zrobić, myślałam cały weekend. Byłam na tak, bo wiadomo i byłam na nie, bo bardzo mi sie nie chciało ruszać całej tej machiny.
Ale co tam, chciałam być księżniczką i mieć własną toaletkę.
Sprawdziłam cenę rynkową tych mebli i one normalnie są dziesięć i więcej razy droższe. Więc nawet z ceną transportu dalej się opłacało. Robiliśmy ostatnio jakieś remonty, dach trochę, auto jak zwykle i średnio to widziałam. Finansowo wyglądało tak, że będzie bardziej oszczędnie do końca miesiąca a ciągle na coś oszczędzamy i mam już dość.
Ico? I znalazłam przewoźnika, nieco tańszy niż pozostali i on tam pojechał złożył szafę, bo by nie wyszła z domu, zabrał meble i mi je przywiezie w nadchodzącym tygodniu.
P. nie był zachwycony, że się zdecydowałam, zdziwiony też nie był, podobnie jak moja rodzina i przyjaciele też się nie zdziwili, że te meble kupiłam. Mama mówiła "kupuj, kupuj, będziesz miała pieknie". Moja mama też kupuje meble i jeszcze obrazy. Tata mówił "Nie, nie kupuj staroci, po co Ci to", a to przez tatę mnie naszło na starocie, bo on pierwszy sprezentował mi stary fotel i komodę. I zabrał mnie na targ staroci. I tak się zaczęło.
I teraz ja próbuję pozbyć się obecnych, żeby wstawić te art deco sobie do domu. Część już ludzie obiecali zabrać. Została szafa, wielka szafa, którą chcę sprzedać albo oddać. Wolałabym sprzedać, ale oddam jak nie sprzedam.
***
Mozna powiedzieć, że jest ogarnięte. Jutro ludzie przyjadą i pozabierają moje meble. Wielką szafę też, pojutrze przyjadą meble z Wałbrzycha. Trzymajcie kciuki, żeby wszystko się udało. I żebym nie została bez mebli zupełnie, bo jedne odjadą a drugie nie przyjadą.
sobota, 23 grudnia 2017
"Zamążpójście"
Wyszłam za mąż. Za mąż poszłam.
Dziwnym sposobem bycie żoną daje mi poczucie bezpieczeństwa, dziwnym, bo to nie pierwszy raz wychodzę za mąż. A mimo to dalej się upieram, że lubię być żoną. To taka deklaracja, że chcę być z kimś na zawsze, zawsze chcę a nie zawsze mi wychodzi. Właściwie tylko raz ja kogoś porzucałam, bo poprzednie razy, to ja byłam zostawiana. Nie umiem odchodzić. I nie wiem jak to się stało, że udało mi się odejść.
I wyszłam za mąż. Obyło bez wielkiego olaboga. W spokoju to się wydarzyło. Na ślubie była moja najbliższa rodzina, która wiernie przychodzi na moje wszystkie śluby, chociaż tata w toaście nam życzył, żeby tym razem był to słuszny wybór, też mam taką nadzieję, że tym razem to już ostatni raz i razem dobrniemy do brzegu a rzeka nie będzie rwąca, tylko spokojnie sobie popłyniemy. Przyszli goście, najbliższa rodzina i moja kochana przyjaciółka.
Mój Jeremiasz z córką siostry Tosią podali nam obrączki, wzruszająco.
Był obiad i dobra atmosfera. Tort i dużo uśmiechów do nas płynących i dobrych życzeń.
***
Zmęczona byłam walką z moim przeznaczeniem, upieraniem się, że nie mogę być szczęśliwa z moim partnerem do końca, że przecież coś musi uwierać, coś musi być niezaspokojone, gdzieś musi brakować, musi być tarcie, trzeba się poświęcać, coś tracić, siebie na ołtarzu małżeństwa złożyć i dać się podpalić.
Od jakiegoś czasu nie walczę. Nie docieram się, jestem z sobą pogodzona. Nie poświęcam się dla dobra idei. Jest mi dobrze. Nie mam potrzeby realizowania się gdziekolwiek indziej, nie mam potrzeby na dodatkowe relacje, które zaspokoją mi to, czego partner nie umie zaspakoić. Nie jestem skawałkowana. Trochę tu, trochę tam. Kiedyś mi powiedziała dobra koleżanka, że ona z partnerem lubi podróżować i coś tam jeszcze lubi robić, ale nie umieją razem rozmawiać, rozmawiać lubi ze swoim przyjacielem, bo z partnerem lubi inne rzeczy, przecież nie można mieć wszystkiego w jednej osobie. Dało mi to do myślenia. I ja myślałam podobnie, że nie można mieć wszystkiego.
Dziś jestem w jedności, ciała i duszy. Wszystko w jednym kawałku.
Z moim mężem lubię wszystko.
Z moim mężem lubię do kawiarni pójść, z moim mężem lubię oglądać te same filmy, z moim mężem lubię jeździć na wakacje, z moim mężem lubię chodzić na wspólne obiady do restauracji.
Razem chodzimy do kina i do teatru, razem robimy wypady na miasto.
My lubimy robić wszystko razem. I ja i on.On i ja. Razem.
Czy jest idealnie, nie zawsze jest idealnie. Czy się kłócimy, czasem się kłócimy aż wióry lecą. Czy mamy różne zdania na te same tematy, zdarza nam się mieć inne zdania i każdy broni swego jak lew. Czy lubimy razem rozmawiać, uwielbiamy ze sobą rozmawiać. Czy on mnie denerwuje, czasem mnie denerwuje jak szlak. Czy ja go denerwuję, a kogo ja nie denerwuję... Bywam denerwująca. Tylko czuję, że jesteśmy jednym puzzlem. Kiedy mam go obok, to już nic mi nie brakuje i im bliżej on jest tym lepiej jest mi ze sobą, zniknęła mi potrzeba walki o własną przestrzeń, o czas tylko dla siebie. Zniknęła mi potrzeba własnej autonomii. Nie duszę się, nie potrzebuję uciekać do lasu. Oddycham lekko. Czy znalazłam przepis na życie? Znalazłam swoje szczęście. Dziś jestem szczęśliwa, wczoraj byłam szczęśliwa, jutro będę szczęśliwa, czy zawsze będę szczęśliwa, nie wiem, ale bardzo bym chciała. Czy się nie boję, boję się jak nie wiem co, mam swoje zmory i strachy.
***
Czy czegoś mi brak? Tak, czasu, mam wrażenie, że mam za mało czasu.
Dni tak szybko mijają. Łapię chwile.
Dziwnym sposobem bycie żoną daje mi poczucie bezpieczeństwa, dziwnym, bo to nie pierwszy raz wychodzę za mąż. A mimo to dalej się upieram, że lubię być żoną. To taka deklaracja, że chcę być z kimś na zawsze, zawsze chcę a nie zawsze mi wychodzi. Właściwie tylko raz ja kogoś porzucałam, bo poprzednie razy, to ja byłam zostawiana. Nie umiem odchodzić. I nie wiem jak to się stało, że udało mi się odejść.
I wyszłam za mąż. Obyło bez wielkiego olaboga. W spokoju to się wydarzyło. Na ślubie była moja najbliższa rodzina, która wiernie przychodzi na moje wszystkie śluby, chociaż tata w toaście nam życzył, żeby tym razem był to słuszny wybór, też mam taką nadzieję, że tym razem to już ostatni raz i razem dobrniemy do brzegu a rzeka nie będzie rwąca, tylko spokojnie sobie popłyniemy. Przyszli goście, najbliższa rodzina i moja kochana przyjaciółka.
Mój Jeremiasz z córką siostry Tosią podali nam obrączki, wzruszająco.
Był obiad i dobra atmosfera. Tort i dużo uśmiechów do nas płynących i dobrych życzeń.
***
Zmęczona byłam walką z moim przeznaczeniem, upieraniem się, że nie mogę być szczęśliwa z moim partnerem do końca, że przecież coś musi uwierać, coś musi być niezaspokojone, gdzieś musi brakować, musi być tarcie, trzeba się poświęcać, coś tracić, siebie na ołtarzu małżeństwa złożyć i dać się podpalić.
Od jakiegoś czasu nie walczę. Nie docieram się, jestem z sobą pogodzona. Nie poświęcam się dla dobra idei. Jest mi dobrze. Nie mam potrzeby realizowania się gdziekolwiek indziej, nie mam potrzeby na dodatkowe relacje, które zaspokoją mi to, czego partner nie umie zaspakoić. Nie jestem skawałkowana. Trochę tu, trochę tam. Kiedyś mi powiedziała dobra koleżanka, że ona z partnerem lubi podróżować i coś tam jeszcze lubi robić, ale nie umieją razem rozmawiać, rozmawiać lubi ze swoim przyjacielem, bo z partnerem lubi inne rzeczy, przecież nie można mieć wszystkiego w jednej osobie. Dało mi to do myślenia. I ja myślałam podobnie, że nie można mieć wszystkiego.
Dziś jestem w jedności, ciała i duszy. Wszystko w jednym kawałku.
Z moim mężem lubię wszystko.
Z moim mężem lubię do kawiarni pójść, z moim mężem lubię oglądać te same filmy, z moim mężem lubię jeździć na wakacje, z moim mężem lubię chodzić na wspólne obiady do restauracji.
Razem chodzimy do kina i do teatru, razem robimy wypady na miasto.
My lubimy robić wszystko razem. I ja i on.On i ja. Razem.
Czy jest idealnie, nie zawsze jest idealnie. Czy się kłócimy, czasem się kłócimy aż wióry lecą. Czy mamy różne zdania na te same tematy, zdarza nam się mieć inne zdania i każdy broni swego jak lew. Czy lubimy razem rozmawiać, uwielbiamy ze sobą rozmawiać. Czy on mnie denerwuje, czasem mnie denerwuje jak szlak. Czy ja go denerwuję, a kogo ja nie denerwuję... Bywam denerwująca. Tylko czuję, że jesteśmy jednym puzzlem. Kiedy mam go obok, to już nic mi nie brakuje i im bliżej on jest tym lepiej jest mi ze sobą, zniknęła mi potrzeba walki o własną przestrzeń, o czas tylko dla siebie. Zniknęła mi potrzeba własnej autonomii. Nie duszę się, nie potrzebuję uciekać do lasu. Oddycham lekko. Czy znalazłam przepis na życie? Znalazłam swoje szczęście. Dziś jestem szczęśliwa, wczoraj byłam szczęśliwa, jutro będę szczęśliwa, czy zawsze będę szczęśliwa, nie wiem, ale bardzo bym chciała. Czy się nie boję, boję się jak nie wiem co, mam swoje zmory i strachy.
***
Czy czegoś mi brak? Tak, czasu, mam wrażenie, że mam za mało czasu.
Dni tak szybko mijają. Łapię chwile.
piątek, 24 listopada 2017
W mechanizmach izmach.
Jechałam rano do pracy dziś. Właściwie jechałam z Jeremiaszem do szkoły, bo przed pracą zawożę Jeremiasza do szkoły. Mój eks do mnie zadzwonił. Oddzwaniam a on jest dla miły. Odpowiada w miły sposób. Kończymy rozmawiać. A ja jestem w konsternacji. Włącza mi się mechanizm, że jestem złą kobietą. Bo mój eks jest miły, nie krzyczy na mnie, nie oskarża mnie, nie obraża, nie drwi ze mnie, nie szuka dziury w całym, nie krytykuje. I wpadam w poczucie winy. Jestem złą kobietą, zostawiłam go a przecież On jest MIŁY, potrafi być MIŁY, umie.
P o w o l i badam swój mechanizm, o co chodzi, skąd to poczucie winy we mnie. I dociera do mnie, że to przemocowy mechanizm, współuzależnieniowy. Tak czują, tak kochają kobiety w przemocowych relacjach: przecież bywa miły, przecież powiedział, że mnie kocha, przecież jest dobrym tatą, przecież są od niego gorsi. I tkwią w przemocowych relacjach. Bo bywa czasem miły.
I ja badam siebie i sama sobie głupia tłumaczę, że jestem głupia. Bo to za mało, że umie był miły.
Wielką trudnością jest dla mnie, że bardzo dużo nie pamiętam z mojego byłego związku, pamiętam mój płacz, pamiętam bezsilność, pamiętam wrażenie usidłania. Ale nie pamiętam dlaczego i o co się kłóciliśmy, dlaczego nocami chodziłam po pustych ulicach. Nie pamiętam nic i nie mogę sobie przypomnieć n i c z a n i c. Pamiętam panikę i pisanie pozwów rozwodowych. Ale co było powodem, o co się sprzeczaliśmy nie wiem.
Globalnie pamiętam, że kłóciliśmy się o nasze rodziny, gdzie pojedziemy na święta, że za dużo moja rodzina mnie odwiedza i za dużo korzysta z naszej, mojej właściwie gościnności i, że ja nie lubię jeździć do jego rodzinnego domu. To prawda nie lubiłam jeździć i każdy wyjazd odkupywałam migreną, migrenowałam częst całe wyjazdy do Jego domu. To był czas bardzo intesywnej pracy dla mnie, studiów i po prostu nie miałam siły na wyjazdy. Chciałam zostać w domu. Ja ogólnie jestem dzika, nie za bardzo lubię być całowana, przytulana (w tej chwili przykładowo lubię jak mnie przytula mój syn, mój <3 i dzieci mojej siostry, i moje dzieci przedszkolne jak się przytulają a więcej to jeszcze moja przyjaciółka jedna i tyle) i te wszystkie powitania, pożegnania bardzo mnie krępowały i stresowały. Ja jeszcze jem inaczej niż większa część społeczeństwa, nie jem nie piję nic od krowy, nie jem glutenu, nie jem cukru, nie lubię właściwie zup. Piję kawę bezkofeinową z mlekiem sojowym. Oczywiście ja mogę jeść swoje rzeczy i zabieram swoje, tyle, że czuję się jak ufo, kiedy ktoś pyta co będę jeść a ja nie wiem jak mam powiedzieć, że właściewie to nic. Ja nie mam do zarzucenia moim teściom nic (rodzicom eks), na prawdę nic, bardzo się starali i bardzo chcieli, żebym była zadowolona w ich domu. Ale to było niemożliwe, bo mnie krępowało właściwie wszystko. A zatem globalnie pamiętam, że ciągle się kłóciliśmy o nasze rodziny, ale kiedy o co, to juz zupełnie nie. Czarna dziura.
Moja teściowa próbowała się do mnie dodzwonić przez kilka miesięcy zanim się rozwiodłam z jej synem a ja się zacięłam i nie byłam w stanie odebrać telefonu od niej. Nie moglam odebrać telefonu od niej, bo coś się we mnie zablokowało i nie umiałam z nią porozmawiać. To kolejny mój izm. Blokuję się i nie jestem powiedzieć nic. Coś mnie zrani, zaboli i blokada. Nie powiem już nic. Potrzebuję czasu, żeby się zebrać i powiedzieć co boli, a boleć może każde nieopatrznie wypowiedziane słowo, bo przywołało jakieś trudne wspomnienie. I nagle ciach, blok. I ten, którego kocham, wie, że trzeba cierpliwie poczekać aż zacznę mówić, że to nie manipulacja z mojej strony, ja nie mówię co się stało, bo manipuluję, ja nie mówię bo nie potrafię wydobyć głosu z gardła.
Milczę a emocje we mnie narastają, milczę i czekam sama na siebie a ten obok mnie też czeka. Spokonie czeka. Aż zacznę mówić co mnie boli. I powoli słowo za słowem zaczynam mówić.
Zdaje się, że dzisiaj nie ma puenty. Wyrzuty sumienia, które rano mnie dopadły wieczorem zupełnie ode mnie odpadły po wieczornej rozmowie z moim eks, kiedy nie zdecydował się odpowiedzieć na moje pytanie, czy mogę mu jutro przywieźć naszego syna, bo mam całodniowe szkolenie, od rana do nocy. Powiedział, że jest w pracy, zapytałam czy może zająć się jutro Jeremiaszem, powiedział, że przecież jest w pracy i musi kończyć, zapytałam czy mogę przywieźć mu Jeremiasza, odpowiedział, że jest w pracy i musi kończyć, ja pytałam a on tak odpowiadał conajmniej ze cztery razy. Dlaczego nie rozumiem, że on teraz jest w pracy, rozmawiał ze mną, mówiąc, że nie może rozmawiać, ale odpowiedzi na moje pytanie czy może zająć się swoim dzieckiem nie uzyskałam, po prostu się rozłączył kiedy do niego mówiłam. On często się rozłącza w połowie moich słów. Wchodzi do mojego domu i się nie wita ze mną ani się nie żegna. Kiedy ja go witam czy żegnam nie odpowiada.
Nigdy nie wiem kiedy przyjedzie spotkać się ze swoim dzieckiem. Często ma wyłączony telefon, kiedy ma włączony telefon to po prostu nie odbiera, cały dzień nie odbiera ode mnie telefonu, nie oddzwania nigdy. Ja obecnie dzwonię tylko w sprawach naszego dziecka. Często w pilnych sprawach. Gówno go to obchodzi. Zostawiłam go, nie musi się angażować w sprawy naszego dziecka, nie musi się o nic martwić, bo go zostawiłam, problemy naszego dziecka, to teraz wyłącznie moje problemy i mojego gacha.
Więc przestałam się czuć złą kobietą.
***Tyle w temacie moich mechanizmów***
P o w o l i badam swój mechanizm, o co chodzi, skąd to poczucie winy we mnie. I dociera do mnie, że to przemocowy mechanizm, współuzależnieniowy. Tak czują, tak kochają kobiety w przemocowych relacjach: przecież bywa miły, przecież powiedział, że mnie kocha, przecież jest dobrym tatą, przecież są od niego gorsi. I tkwią w przemocowych relacjach. Bo bywa czasem miły.
I ja badam siebie i sama sobie głupia tłumaczę, że jestem głupia. Bo to za mało, że umie był miły.
Wielką trudnością jest dla mnie, że bardzo dużo nie pamiętam z mojego byłego związku, pamiętam mój płacz, pamiętam bezsilność, pamiętam wrażenie usidłania. Ale nie pamiętam dlaczego i o co się kłóciliśmy, dlaczego nocami chodziłam po pustych ulicach. Nie pamiętam nic i nie mogę sobie przypomnieć n i c z a n i c. Pamiętam panikę i pisanie pozwów rozwodowych. Ale co było powodem, o co się sprzeczaliśmy nie wiem.
Globalnie pamiętam, że kłóciliśmy się o nasze rodziny, gdzie pojedziemy na święta, że za dużo moja rodzina mnie odwiedza i za dużo korzysta z naszej, mojej właściwie gościnności i, że ja nie lubię jeździć do jego rodzinnego domu. To prawda nie lubiłam jeździć i każdy wyjazd odkupywałam migreną, migrenowałam częst całe wyjazdy do Jego domu. To był czas bardzo intesywnej pracy dla mnie, studiów i po prostu nie miałam siły na wyjazdy. Chciałam zostać w domu. Ja ogólnie jestem dzika, nie za bardzo lubię być całowana, przytulana (w tej chwili przykładowo lubię jak mnie przytula mój syn, mój <3 i dzieci mojej siostry, i moje dzieci przedszkolne jak się przytulają a więcej to jeszcze moja przyjaciółka jedna i tyle) i te wszystkie powitania, pożegnania bardzo mnie krępowały i stresowały. Ja jeszcze jem inaczej niż większa część społeczeństwa, nie jem nie piję nic od krowy, nie jem glutenu, nie jem cukru, nie lubię właściwie zup. Piję kawę bezkofeinową z mlekiem sojowym. Oczywiście ja mogę jeść swoje rzeczy i zabieram swoje, tyle, że czuję się jak ufo, kiedy ktoś pyta co będę jeść a ja nie wiem jak mam powiedzieć, że właściewie to nic. Ja nie mam do zarzucenia moim teściom nic (rodzicom eks), na prawdę nic, bardzo się starali i bardzo chcieli, żebym była zadowolona w ich domu. Ale to było niemożliwe, bo mnie krępowało właściwie wszystko. A zatem globalnie pamiętam, że ciągle się kłóciliśmy o nasze rodziny, ale kiedy o co, to juz zupełnie nie. Czarna dziura.
Moja teściowa próbowała się do mnie dodzwonić przez kilka miesięcy zanim się rozwiodłam z jej synem a ja się zacięłam i nie byłam w stanie odebrać telefonu od niej. Nie moglam odebrać telefonu od niej, bo coś się we mnie zablokowało i nie umiałam z nią porozmawiać. To kolejny mój izm. Blokuję się i nie jestem powiedzieć nic. Coś mnie zrani, zaboli i blokada. Nie powiem już nic. Potrzebuję czasu, żeby się zebrać i powiedzieć co boli, a boleć może każde nieopatrznie wypowiedziane słowo, bo przywołało jakieś trudne wspomnienie. I nagle ciach, blok. I ten, którego kocham, wie, że trzeba cierpliwie poczekać aż zacznę mówić, że to nie manipulacja z mojej strony, ja nie mówię co się stało, bo manipuluję, ja nie mówię bo nie potrafię wydobyć głosu z gardła.
Milczę a emocje we mnie narastają, milczę i czekam sama na siebie a ten obok mnie też czeka. Spokonie czeka. Aż zacznę mówić co mnie boli. I powoli słowo za słowem zaczynam mówić.
Zdaje się, że dzisiaj nie ma puenty. Wyrzuty sumienia, które rano mnie dopadły wieczorem zupełnie ode mnie odpadły po wieczornej rozmowie z moim eks, kiedy nie zdecydował się odpowiedzieć na moje pytanie, czy mogę mu jutro przywieźć naszego syna, bo mam całodniowe szkolenie, od rana do nocy. Powiedział, że jest w pracy, zapytałam czy może zająć się jutro Jeremiaszem, powiedział, że przecież jest w pracy i musi kończyć, zapytałam czy mogę przywieźć mu Jeremiasza, odpowiedział, że jest w pracy i musi kończyć, ja pytałam a on tak odpowiadał conajmniej ze cztery razy. Dlaczego nie rozumiem, że on teraz jest w pracy, rozmawiał ze mną, mówiąc, że nie może rozmawiać, ale odpowiedzi na moje pytanie czy może zająć się swoim dzieckiem nie uzyskałam, po prostu się rozłączył kiedy do niego mówiłam. On często się rozłącza w połowie moich słów. Wchodzi do mojego domu i się nie wita ze mną ani się nie żegna. Kiedy ja go witam czy żegnam nie odpowiada.
Nigdy nie wiem kiedy przyjedzie spotkać się ze swoim dzieckiem. Często ma wyłączony telefon, kiedy ma włączony telefon to po prostu nie odbiera, cały dzień nie odbiera ode mnie telefonu, nie oddzwania nigdy. Ja obecnie dzwonię tylko w sprawach naszego dziecka. Często w pilnych sprawach. Gówno go to obchodzi. Zostawiłam go, nie musi się angażować w sprawy naszego dziecka, nie musi się o nic martwić, bo go zostawiłam, problemy naszego dziecka, to teraz wyłącznie moje problemy i mojego gacha.
Więc przestałam się czuć złą kobietą.
***Tyle w temacie moich mechanizmów***
piątek, 20 października 2017
metoo "Supełek"
Piszą kobiety, piszą o molestowaniu seksualnym. Pierwszy mój odruch "mnie to nie dotyczy".
Potem, powoli dociera do mnie, że tak, mnie to TEŻ DOTYCZY. Dotyczy mocniej niżbym tego chciała. "Jezu, nie, nie będę o tym pisać". Nie będę o tym pisać, bo to grząski temat i nie wiem dokąd mnie zaprowadzi.
Kiedy trzy lata temu pozwoliłam sobie na myślenie, że też byłam ofiarą przemocy, to się okazało, że byłam i dalej jestem. A potem zaszły tak drastyczne zmiany w moim życiu osobistym, że nigdy bym nie przypuszczała, że coś takiego może się jeszcze mi zdarzyć. Świat mi się przekręcił do góry nogami.
I teraz nie wiem dokąd zaprowadzi mnie myślenie "tak byłam molestowana". Jest we mnie wstyd, jest we mnie opór, żeby to ruszać. I jest we mnie tyle nie osobiście moich historii o molestowaniu, historii strasznych, historii, które nosiłam w sobie miesiącami i dalej je w sobie noszę. Historii gdzie winny nie został nigdy ukarany. Że myślę sobie- moje molestowanie to pikuś. Ale to nie jest PIKUŚ.
O tych nie moich historiach pisać nie będę, one zostały mi powierzone w tajemnicy i zostaną we mnie tajemnicą. Prawdziwą tajemną, przeklętą wiedzą, wspomnieniami mordercami dusz.
Ja mam swoje wspomnienia. I podzielę się nimi, ale niechętnie. Bo mam mdłości kiedy o tym myślę i czuję coś na kształt obrzydzenia, kiedy myślę o nich:
1. Wujek, który patrzył na mnie dziwnym wzrokiem i łapał mnie za kolana i kiedyś w nocy próbował wejść do mojego pokoju, ale głos cioci go zatrzymał.
2. Starszy ode mnie kilka lat sąsiad, który mnie klepnął w pupę na klatce schodowej, szedł za mną po schodach. Miałam ze dwanaście lat może.
3. Młody chłopak ocierający się o mnie w autobusie, gdy już byłam dorosła.
4, 5, 6, 7, 8, 9, 10, 11, 12, 13, 14................................................................................................................30, 40, 50...............................∞ I mnóstwo wypowiadanych do mnie seksistowskich, obleśnych tekstów na imprezach, spotkaniach towarzyskich, spotkaniach biznesowych. Uwag, na które robiło mi się niedobrze i miałam ochotę kolesiowi trzasnąć w mordę. Propozycje seksu składane przez nieznajomych na ulicy,
kilku z tych facetów za mną szło najpierw, więc zatrzymywałam się wciekła i pytałam "czego chcesz"? I wyjasniałam potem, że ja nie jestem zainteresowana. Liczne "niemoralne" propozycje.
Jest we mnie straszna niezgoda na męskie ciągle nagabywania, nawiązywania, porównywania wszystkiego do seksu, dupy, cycków i sama jeszcze nie wiem czego, i angażowania mnie w te rozmowy. Jestem zła, jestem wściekła, że faceci pozwalają sobie wobec mnie na te obrzydliwe komentarze.
Jakim prawem mnie zaczepiacie i przekraczacie moją imtymność. Więc tak, nie życzę sobie, nie chcę i mnie to nie bawi. Czuję się niezręcznie.
Na koniec zostawiłam historię, która jest jak wisienka na torcie. Bo jest najbardziej. Zaraz się dowiecie dlaczego jest Historią Najbardziej.
Miałam wtedy trzynaście a może dwanaście, a może nawet jedenaście lat- nie pamiętam. Pojechałam ze starszą cioteczną siostrą i jej koleżanką na wakacje. Zatrzymaliśmy się na mojej wsi. Miejscu bezpiecznym, dla mnie znanym najbardziej. Mieszkałam na tej wsi jako dziecko. Mieliśmy tam domek parterowy. Gdy miałam sześć lat wyprowadzilismy się do miasta.
Z dziewczynami spałyśmy na podwórku, w namiocie. Jak przygoda, to przygoda.
Pewnej nocy obudziłam się, coś mnie obudziło, takie dziwne uczucie a obok leżał M., kilka lat starszy sąsiad. M. miał może wtedy osiemnaście, dwadzieścia lat. Nie znaliśmy się, nie rozmawialiśmy nigdy, bo ja byłam dzieciak a on dużo starszy. Aż dorosłam.
M. bawił się moim trampkiem, nie wypowiedział tej nocy ani jednego słowa. Najpierw pogłaskał mnie po kolanie. potem po udzie. Jego ręka powoli jechała do góry. A do mnie powoli docierało co się dzieje.
Gdy ręka była już bardzo wysoko powiedziałam "NIE" i ręka zatrzymała się. Obok spała moja starsza cioteczna siostra a dalej jej koleżanka. Dziś, kiedy to analizuję, to myślę sobie, że M. nie mógł pozwolić sobie na nic więcej. Zabrał się więc i poszedł sobie. Nie mam w sobie emocji żadnych. Nie czuję właściwie nic jak o tym piszę. Tylko gdzieś głęboko we mnie zaciska mi się supełek.
niedziela, 8 października 2017
Jeremiasz poszedł do szkoły
Zupełnie nie chcę pisać o szkole, zdaje się, że mam uraz czy coś. Bo jak myślę o szkole Jeremiasza, to mam mdłości. Jeremiasz przechodzi to lżej, a może takie mam tylko wrażenie, że lżej. W każdym razie lepiej ode mnie śpi i lepiej je. Ja mam z tym problemy. Mam też problemy z zaakceptowaniem szkoły samej w sobie, w takiej formie w jakiej ona funkcjonuje.
Otarliśmy się o szkołę państwową, Jeremiasz otarł się osobiście i fizycznie, wręcz boleśnie, ja mniej dosłownie, ale równie intensywnie.
Znalazłam dla Jeremiasza szkołę małą, kameralną, parterową, integracyjną, zależy mi, żeby Jeremiasz miał w klasie dzieci z orzeczeniami, integracyjną- dwie panie, 14- cioro dzieci. Szkołę państwową znalazłam, chciałam nie płacić za szkołę.
Pierwszy dzień: świetlica, dwóch uczniów bije trzeciego, początkowo dla wszystkich jest to zabawa, potem dwóch przewraca trzeciego, zdejmuje mu majtki i daje klapsy. Myślę sobie- przynajmniej to nie dotyczy mojego dziecka. Matka Egoistka.
Drugi dzień: chłopiec ze starszej klasy bierze mojego syna za ręce z tyłu i prowadzi go do szatni a tam przypiera buzią do ściany i daje klapa w tyłek, w tym momencie reaguje nauczycielka i odciąga tego chłopca od mojego chłopca. Myślę sobie- przynajmniej nauczyciel zareagował w porę.
Trzeci dzień: dwóch chłopaków bije się na korytarzu szkolnym (korytarz klas 1- 2)reszta dzieci krzyczy: bitka, b i t ka, b i t k a. Nauczycielki rozdzielają chłopców. Mój mówi "Mamo miałem
takie dziwne uczucie w brzuchu". Jezu, nie chcę, żeby moje dziecko miało takie uczucia w swoim brzuszku (moim zdaniem ciągle jeszcze małym brzuszku).
Czwarty dzień: dzwoni dzwonek, pani od wf u otwiera klasę, wpuszcza dzieci i wychodzi, nie ma jej 10 min., w tym czasie chłopiec z trudnościami- 9 latek próbuje siadać na inne dzieci- ja nie wytrzymuję i reaguję, i pytam mojego syna: "Jeremiasz podoba Ci się kiedy ten chłopiec- dajmy na to Marcin- siada na Ciebie? Nie podoba mi się, odpowiada moje dziecko. Marcin zejdź z Jeremiasza, jemu to się nie podoba".
Wpada pani od wf u "Uciekamy rodzice, uciekamy"- fuka na nas, na mnie i jeszcze jedną mamę, która stoi obok mnie milcząca. Nie mam słów. Rozmawiam z dyrektorem, przesympatycznym i otwartym na współpracę facetem. Rozmowa mnie nie uspokaja. Zastanawiam się co przyniesie kolejny dzień.
Piaty dzień: Jeremiasza odbiera tata. "Mamo- w wolnej chwili mówi Jeremiasz- jeden chłopiec na przerwie uderzył mnie w usta i się przewróciłem" pode mną ugięły się nogi. "Jak to się stało- pytam spokojnie i cicho, trzymam swoje emocje- opowiedz mi". Jeremiasz o szczegółach opowiada niechętnie. Chłopców było trzech, początkowo to była zabawa, potem dla chłopców dalej była to zabawa, ale dla mnie już nie- było ich trzech, z drugiej klasy, jeden to ten, co wcześniej ciągnął Jeremiasza za ręce. Przyparli mojego syna do ściany i trochę postukali, na koniec jeden strzelił go z pięści w usta, tak, że Jeremiasz upadł. z ust poleciała krew. Usta miał porozcinane w kilku miejscach jeszcze przez kilka dni.
Zrobiło mi się miękko w środku i niedobrze. Nie uniosłam sytuacji. Nie dźwignęłam.
Jeremiasz do tej szkoły nie poszedł już. chodził do niej miesiąc, bez tygodnia.
Po tej historii, której nie uniosłam rozmawiałam z wychowawczynią, psychologiem i dyrektorem.
I każdemu z nich powiedziałam własnie, że nie uniosłam, nie dźwignęłam, że nie czuję się bezpiecznie, że nie ufam, że nie wyobrażam sobie, żeby Jeremiasz miał chodzić do szkoły i wracać z rozbitą wargą. Wszyscy okazali mi zrozumienie.
Przeniosłam Jeremiasza do szkoły innej, prywatnej.
I zabrałam Jeremiasza z tej innej szkoły prywatnej, po tym jak dyrektor szkoły przez tydzień nie znalazła czasu, żeby się ze mną spotkać i podpisać umowę, zabrałam go po tym jak wychowawczyni pierwszej klasy, do której Jeremiasz już chodził cztery czy trzy dni, gdy wychowawczyni w trakcie pierwszej rozmowy poinformowała mnie, że ma bardzo zdolne dzieci i połowa czyta bardzo dobrze a druga połowa mniej dobrze, ale też czyta. A Jeremiasz nie czyta i męczy mu się ręka jak pisze i jak nie czyta, to nie umie przeczytać polecenia i ona musi mu mówić CO JEST NAPISANE, bo jak zadanie jest trójstopniowe, to Jeremiasz nie pamięta wszystkiego od razu. Pani ma w klasie 6 dzieci, w tym jedno pod opieką nauczyciela wspomagającego i nieczytający Jeremiasz stanowi dla mniej problem. Chciałam to wyjaśnić z dyrektorką, ale nie odbierała mojego telefonu przez dwa dni. Nie chciałam, żeby moje dziecko było dla kogoś problemem, szczególnie w miejscu gdzie co miesiąc muszę zostawiać kupę pieniędzy. Chciałabym, żeby nauczyciel skupił się na moim dziecku a nie na tych innych bardziej zdolnych. Więc dyrektorka nie odbierała telefonu a mi się chciało płakać, bo myślałam sobie, że nie umiem współpracować z tak niepoważną placówką.
I przeniosłam Jeremiasza do kolejnej placówki, też prywatnej, ale którą odrzuciłam z różnych względów na początku. Wróciłam do niej. Porozmawiałam z dyrektorką, powiedziałam, że Jeremiasz jeszcze nie czyta i t o wcale jej nie wprowadziło w zdziwienie. I kolejnego dnia Jeremiasz pojechał do kolejnej szkoły. Niezbyt chętnie. Trochę miał już dość. Ja też miałam dość.
W nowej szkole w klasie są dzieci mieszane wiekowo i klasowo, Jeremiasz jest pierwszakiem, jest jeszcze dwóch drugoklasistów i jeden trzecioklasista i jeden zerówczak. Wszyscy w jednej grupie. Pani wychowaczyni jakoś posiada zdolność ogarniania dzieci na różnych poziomach umiejętności.
Udało mi się to poukładać, mimo, że szkoła jest dalej niż poprzednie i nie ma za bardzo świetlicy. Musiałam jakoś powklejać Jeremiasza integrację sensoryczną, korektywę i logopedę. A chcemy jeszcze teatr i wokal gdzieś dorzucić. Ale to za chwilę, jak się wdroży Jeremiasz w nowy sposób funkcjonowania.
Nowa szkoła Jeremiasza jest dosyć specyficzna, nie prowadzi rankingów, nie wiadomo, które dzieci są najlepsze, a które nienajlepsze. Są w tej szkole dzieci z różnymi trudnościami i dysfunkcjami. Nikt się nie dziwi, że Jeremiasz nie czyta a on właściwie czyta, proste wyrazy zaczął czytać.
Przez kilka kolejnych dni Jeremiasz pyta rano, do której szkoły jedzie dziś.
Otarliśmy się o szkołę państwową, Jeremiasz otarł się osobiście i fizycznie, wręcz boleśnie, ja mniej dosłownie, ale równie intensywnie.
Znalazłam dla Jeremiasza szkołę małą, kameralną, parterową, integracyjną, zależy mi, żeby Jeremiasz miał w klasie dzieci z orzeczeniami, integracyjną- dwie panie, 14- cioro dzieci. Szkołę państwową znalazłam, chciałam nie płacić za szkołę.
Pierwszy dzień: świetlica, dwóch uczniów bije trzeciego, początkowo dla wszystkich jest to zabawa, potem dwóch przewraca trzeciego, zdejmuje mu majtki i daje klapsy. Myślę sobie- przynajmniej to nie dotyczy mojego dziecka. Matka Egoistka.
Drugi dzień: chłopiec ze starszej klasy bierze mojego syna za ręce z tyłu i prowadzi go do szatni a tam przypiera buzią do ściany i daje klapa w tyłek, w tym momencie reaguje nauczycielka i odciąga tego chłopca od mojego chłopca. Myślę sobie- przynajmniej nauczyciel zareagował w porę.
Trzeci dzień: dwóch chłopaków bije się na korytarzu szkolnym (korytarz klas 1- 2)reszta dzieci krzyczy: bitka, b i t ka, b i t k a. Nauczycielki rozdzielają chłopców. Mój mówi "Mamo miałem
takie dziwne uczucie w brzuchu". Jezu, nie chcę, żeby moje dziecko miało takie uczucia w swoim brzuszku (moim zdaniem ciągle jeszcze małym brzuszku).
Czwarty dzień: dzwoni dzwonek, pani od wf u otwiera klasę, wpuszcza dzieci i wychodzi, nie ma jej 10 min., w tym czasie chłopiec z trudnościami- 9 latek próbuje siadać na inne dzieci- ja nie wytrzymuję i reaguję, i pytam mojego syna: "Jeremiasz podoba Ci się kiedy ten chłopiec- dajmy na to Marcin- siada na Ciebie? Nie podoba mi się, odpowiada moje dziecko. Marcin zejdź z Jeremiasza, jemu to się nie podoba".
Wpada pani od wf u "Uciekamy rodzice, uciekamy"- fuka na nas, na mnie i jeszcze jedną mamę, która stoi obok mnie milcząca. Nie mam słów. Rozmawiam z dyrektorem, przesympatycznym i otwartym na współpracę facetem. Rozmowa mnie nie uspokaja. Zastanawiam się co przyniesie kolejny dzień.
Piaty dzień: Jeremiasza odbiera tata. "Mamo- w wolnej chwili mówi Jeremiasz- jeden chłopiec na przerwie uderzył mnie w usta i się przewróciłem" pode mną ugięły się nogi. "Jak to się stało- pytam spokojnie i cicho, trzymam swoje emocje- opowiedz mi". Jeremiasz o szczegółach opowiada niechętnie. Chłopców było trzech, początkowo to była zabawa, potem dla chłopców dalej była to zabawa, ale dla mnie już nie- było ich trzech, z drugiej klasy, jeden to ten, co wcześniej ciągnął Jeremiasza za ręce. Przyparli mojego syna do ściany i trochę postukali, na koniec jeden strzelił go z pięści w usta, tak, że Jeremiasz upadł. z ust poleciała krew. Usta miał porozcinane w kilku miejscach jeszcze przez kilka dni.
Zrobiło mi się miękko w środku i niedobrze. Nie uniosłam sytuacji. Nie dźwignęłam.
Jeremiasz do tej szkoły nie poszedł już. chodził do niej miesiąc, bez tygodnia.
Po tej historii, której nie uniosłam rozmawiałam z wychowawczynią, psychologiem i dyrektorem.
I każdemu z nich powiedziałam własnie, że nie uniosłam, nie dźwignęłam, że nie czuję się bezpiecznie, że nie ufam, że nie wyobrażam sobie, żeby Jeremiasz miał chodzić do szkoły i wracać z rozbitą wargą. Wszyscy okazali mi zrozumienie.
Przeniosłam Jeremiasza do szkoły innej, prywatnej.
I zabrałam Jeremiasza z tej innej szkoły prywatnej, po tym jak dyrektor szkoły przez tydzień nie znalazła czasu, żeby się ze mną spotkać i podpisać umowę, zabrałam go po tym jak wychowawczyni pierwszej klasy, do której Jeremiasz już chodził cztery czy trzy dni, gdy wychowawczyni w trakcie pierwszej rozmowy poinformowała mnie, że ma bardzo zdolne dzieci i połowa czyta bardzo dobrze a druga połowa mniej dobrze, ale też czyta. A Jeremiasz nie czyta i męczy mu się ręka jak pisze i jak nie czyta, to nie umie przeczytać polecenia i ona musi mu mówić CO JEST NAPISANE, bo jak zadanie jest trójstopniowe, to Jeremiasz nie pamięta wszystkiego od razu. Pani ma w klasie 6 dzieci, w tym jedno pod opieką nauczyciela wspomagającego i nieczytający Jeremiasz stanowi dla mniej problem. Chciałam to wyjaśnić z dyrektorką, ale nie odbierała mojego telefonu przez dwa dni. Nie chciałam, żeby moje dziecko było dla kogoś problemem, szczególnie w miejscu gdzie co miesiąc muszę zostawiać kupę pieniędzy. Chciałabym, żeby nauczyciel skupił się na moim dziecku a nie na tych innych bardziej zdolnych. Więc dyrektorka nie odbierała telefonu a mi się chciało płakać, bo myślałam sobie, że nie umiem współpracować z tak niepoważną placówką.
I przeniosłam Jeremiasza do kolejnej placówki, też prywatnej, ale którą odrzuciłam z różnych względów na początku. Wróciłam do niej. Porozmawiałam z dyrektorką, powiedziałam, że Jeremiasz jeszcze nie czyta i t o wcale jej nie wprowadziło w zdziwienie. I kolejnego dnia Jeremiasz pojechał do kolejnej szkoły. Niezbyt chętnie. Trochę miał już dość. Ja też miałam dość.
W nowej szkole w klasie są dzieci mieszane wiekowo i klasowo, Jeremiasz jest pierwszakiem, jest jeszcze dwóch drugoklasistów i jeden trzecioklasista i jeden zerówczak. Wszyscy w jednej grupie. Pani wychowaczyni jakoś posiada zdolność ogarniania dzieci na różnych poziomach umiejętności.
Udało mi się to poukładać, mimo, że szkoła jest dalej niż poprzednie i nie ma za bardzo świetlicy. Musiałam jakoś powklejać Jeremiasza integrację sensoryczną, korektywę i logopedę. A chcemy jeszcze teatr i wokal gdzieś dorzucić. Ale to za chwilę, jak się wdroży Jeremiasz w nowy sposób funkcjonowania.
Nowa szkoła Jeremiasza jest dosyć specyficzna, nie prowadzi rankingów, nie wiadomo, które dzieci są najlepsze, a które nienajlepsze. Są w tej szkole dzieci z różnymi trudnościami i dysfunkcjami. Nikt się nie dziwi, że Jeremiasz nie czyta a on właściwie czyta, proste wyrazy zaczął czytać.
Przez kilka kolejnych dni Jeremiasz pyta rano, do której szkoły jedzie dziś.
Subskrybuj:
Posty (Atom)