środa, 29 lipca 2015

Klaps



Mógłby to być klaps filmowy, otwierający i zamykający scenę.
I niech taki będzie.
Klaps.
Scena pierwsza i ostatnia zarazem.

W kadrze:

Siedzę w domu, siedzę na kanapie, czytam książkę, łapię oddech.
Przyjemne, że przez chwilę nie muszę nic.
Mogę czytać książkę.
Jeremiasz bawi się na podłodze w salonie klockami.

Słyszę hałas na zewnątrz, mój Sezam szczeka w ogródku.
Wychodzę na balkon, sprawdzić co się dzieje.
Jakie drobnomieszczańskie zachowanie.

Idzie grupa ludzi, dorośli, dzieci i psy szczekające do mojego Sezama.
Jest awantura. Kobieta krzyczy na około sześcioletnią dziewczynkę.
Dziewczynka macha ręką na mamę. Machnięcie dosięga mamy.

Nawet nie uderzenie, takie machnięcie sfrustrowanego dziecka, że chce a nie może.
I w odwecie wielki, mocny zdaje się, głośny klaps w dupę...
Mnie zabolało coś w środku.

Dziecko ucieka do przodu.
"Wracaj tu" krzyczy matka za córką.
Ale dziewczynka nie zawraca, bo kto by zawrócił w zaistniałej sytuacji.
Mija jednego z uczestników wycieczki, starszego sympatycznie wyglądającego pana.
"Idź przeproś mamę"
Zwraca się do dziewczynki, która uciekając przed matką właśnie się z nim zrównała.
"Zdenerwowałaś mamę, idź przeproś" woła za nią.

Kobieta mija mój balkon.
"Będzie mnie musiała przeprosić smarkula jedna"
Mówi do drugiej kobiety idącej obok niej.
"Nie podaruję jej tego"

Kurcze, kto kogo powinien przepraszać, dziecko matkę, która mu przyrżnęła klapa na
ulicy wśród znajomych? Nie krzyczałam z balkonu za nimi. Nie miałam jak.
Z góry balkonu miałam im wygłaszać zasady wychowywania dzieci?
Bałam się, że dziecko mocniej oberwie w domu za moje krzyki z balkonu.

Czy myśleliście kiedyś co się dzieje w środku dziecka, które jest bite.
Ja się często zastanawiam i analizuję jakie emocje to przynosi.
Zastanówmy się na przykładzie tej autentycznej sześcioletniej dziewczynki.
Co czuła kiedy dostała klapa.

Czuła
Wstyd
Palący wstyd
Poniżenie
Złość
Gniew
Może nienawiść do matki
Niezrozumienie
Żal
Chęć zemsty
Ból
Fizyczny ból
Strach
Smutek
Chęć odseparowania się od osoby, która ją uderzyła
Chęć bycia samej

Czy takie powstałe emocje mogą być wychowawcze?
Czy tyle negatywnych wyłącznie emocji,
które w jednej zbombardowały
psychikę dziecka mogą przynieść pozytywne rezultaty?

Co w takim razie przychodzi do dziecka, które jest bite?
Jaki jest skutek, konsekwencja.

Brak zaufania do rodzica, do dorosłych
Zatajanie ważnych wydarzeń ze strachu przed karą
Zaburzone poczucie wartości
Zniszczona akceptacja siebie
Zaburzone granice swojego ciała, niechęć do swojego ciała

Co jeszcze? Jest coś jeszcze, moim zdaniem coś najistotniejszego.

ZNISZCZENIE RELACJI miedzy rodzicem a dzieckiem.

Klaps.
Koniec sceny.







czwartek, 16 lipca 2015

Chłopaki nie płaczą


Wczoraj spotkałam się z dawno nieoglądaną (jako, że byłam strasznie zajętą personą) a jedną z moich ulubionych koleżanek w Ogrodzie Saskim. I poszłyśmy na plac zabaw. Bo z dziećmi przybyłyśmy na spotkanie. Ona z biegającym 1,5- roczniakiem, ja z piaskowym prawie 6- latkiem. W pewnym momencie nasi chłopcy spotkali się przy huśtawkach. Jeremiasz się huśtał i mały koleżanki się huśtał. I huśtał jeszcze jeden, nie nasz i ten- jako, że huśtawka była bez oparcia a tata (wyglądał jak tata) huśtawką zamachał i chłopczyk spadł do tyłu na plecy.
I płakał, bo coś go tak zabolało podczas upadku, spadku.
Tatuś w garniturze, tak tata był w czarnym garniturze, marynarce i spodniach i czarnych lakierkach.
Tatuś w garniturze zapytał swojego może 3- letniego synka.
"Gdzie jest Twoja czapka Spidermana?"
Dziecko ocierało małe rączki i płacząc żaliło się.
"Rączki, bolą mnie rączki"
A tatuś swoje.
"Gdzie jest Twoja czapka Spidermana, załóż czapkę Spidermana"
I dodał jeszcze, że "Prawdziwe chłopaki nie płaczą".


Dziecko zamilkło, a ja zbierałam się w środku, żeby coś mu powiedzieć, ale zabrakło mi słów.
Bo co miałam mu powiedzieć, że nie prawda, bo płaczą. I dziewczyny i chłopaki.
I mali i duzi. I płacz jest wpisany w nasze emocje, podobnie jak śmiech.
I, że umiejętności przeżywania emocji nabywamy w dzieciństwie, że zaburzenie tej zdolności powoduje komplikacje w życiu dorosłym. Zablokowanie emocji w dzieciństwie przynosi oziębłość emocjonalną, wybuchy agresji i nieradzenie sobie z agresją, powoduje niezrozumienie własnych emocji, depresje, odtrącenie społeczne, chore, zaburzone myślenie, imbecylizm emocjonalny?

Tak to wszystko prawda. I wydawałoby się, że przy tej ilości książek o wychowaniu dzieci, o psychologii dziecka, przy tej ilości artykułów dla rodziców w prasie, portalach internetowych informacja o tym, że chłopaki płaczą i Spiderman też płacze powinna dotrzeć.
I ten garnitur przecież do czegoś zobowiązuje, do jakiegoś poziomu postrzegania rzeczywistości.
Tak myślę.

Więc kochani tatusiowie, mamusie, babcie, dziadkowie, nianie, ciocie, wujkowie, panie w przedszkolu i szkole - chłopaki płaczą, chłopaki się smucą, chłopaki mają emocje. I nie blokujmy naszych chłopców. Płacz nie zabije w nich męstwa a najlepiej na dziecięce łzy działa przytulenie, czapka Spidermana chroni przed słońcem i to jest jej główne zadanie.















piątek, 10 lipca 2015

Teatr na ulicy


W sobotę Jeremiasz się uparł, że chce pojechać na kolejny spektakl. Zmęczona, wróciliśmy bardzo późno po wczorajszym spektaklu nie miałam siły jechać.
Michał szedł do pracy, więc presja spadła na mnie.
Pojechaliśmy, Jeremiasz i ja.
Przecież nie będę wyrodną matką, która nie zaspakaja potrzeb swojego dziecka.
Tym bardziej, że tą potrzebą jest Sztuka.


Na miejscu okazało się, że scena przemieściła się w bok, nie było ławeczek, siedzieliśmy na ziemi w pierwszym rzędzie
(co lubię najbardziej). Na szczęście, bo było upalnie, siedzieliśmy w cieniu.
Za nami siedziała pani z maluchem na miękkim kocyku, obok pani siedział wózek malucha.
O ten wózek była awantura- uwielbiam takie awantury.
Pan siedzący za wózkiem bulwersował się- zresztą moim zdaniem słusznie, że wózek nie musi brać czynnego udziału w przedstawieniu, bo nie musi. A jego gabaryty zasłaniają innym oglądaczom, to co chcieliby widzieć. I pan zaczął przestawiać wózek z własnej inicjatywy, pani zrobiła "och" i zaczęła ciągnąć wózek w swoją stronę, a pan w swoją. Przedstawienie już się zaczęło. Pani dała się spacyfikować i puściła wózek, pan wózek przestawił do ostatniego rzędu. Przedstawienie trwało.
Innych zakłóceń nie było. Aparat w moim telefonie zbuntował się z tego upału i nie chciał dalej robić zdjęć, więc zrobiłam ich tylko 90 sztuk.


Wystąpił  Teatr V.O.S.A z Czech, kolorowa cyrkowa trupa. Wszystko robili w zabawie, wszystko było pełne radości i luzu.
A umiejętności na wysokim poziomie. Muzyka grała na żywo, muzykanci stali w pełnym słońcu- podziwiałam ich.
Mnie dodatkowo zachwyciło, że artyści wykrzykiwali do publiczności i do siebie językiem włoskim- moim ulubionym.
Czeski teatr po włosku, tak właśnie było.
Na koniec przy ostatnim punkcie programu dostaliśmy drewienka i dołączyliśmy do orkiestry, stukając w rytm- kto stukał to stukał :)
***
Jeremiasz był zaoferowany przez 1,5 h zupełnie. Nie wybił się z rytmu ani na moment. To co mnie cieszy, ale też zaskakuje, Jeremiasz podczas spektaklu nie chciał pić, jeść, nie kręcił się (raz tylko zmienił pozycję), nie gadał nic do mnie, nie krzyczał do artystów (a tak robiły dzieci siedzące obok, starsze od Jeremiasza), nie pytał kiedy spektakl się zacznie (czekaliśmy godzinę, przyjechaliśmy wcześniej, żeby zająć vipowskie miejsce), nie pytał kiedy się skończy.
Siedział w bezruchu i chłonął.

Po zakończonym spektaklu Jeremiasz zaciągnął mnie nad wodę, chciał wrzucać kamienie i patyki. A potem wypił całą wodę i zrobił się strasznie głodny, musieliśmy wracać do domu.














sobota, 4 lipca 2015

Coś za coś- teatr w moim życiu





O teatrze piszę co jakiś czas. Bo teatr jest ważny dla mnie. Postanowiłam coś z tym fantem zrobić i mieć teatr bardziej. Zdecydowałam się na podyplomowe studia  Wiedza o teatrze, gdzie będę miała dużo teatru, i wreszcie może się nażyję tym teatrem.

Teatr uwrażliwia, otwiera w człowieku przestrzenie emocji, które ma zablokowane, schowane. Pozwala na przeżywanie emocji, będąc w teatrze jesteś w prawie przeżywania, możesz płakać, możesz się śmiać, możesz odnieść się do swojego życia i zastanowić nad jego sensem i
sensami. Możesz zobaczyć co drugi człowiek potrafi zrobić ze swoimi emocjami, jak umie w nie wejść i przez nie nas widzów przeciągnąć. Bo teatr, to integracja aktora z widzem, bo widz i aktor tworzą teatr.

To uzależnia, każdego z nich. I każdy chce ten proceder powtarzać.
Lubię być widzem, zdarza mi się być aktorem, zdarza reżyserować spektakl. Zdarza się. Bo nie często.
Nie wiem co mnie kręci najbardziej. Bo zawsze mam niedosyt. W każdej z tych sytuacji.


Wczoraj wylądowałam z Michałem mężem moim i Jeremiaszem naszym potomkiem w Parku Szczęśliwickim na Festiwalu Sztuka Ulicy.











Oglądaliśmy niezwykłe widowisko Teatru Akt  "Poza czasem".






 Jestem pod wrażeniem spektaklu bez słów, teatru pantomimy, gestu, plastyki obrazu, z elementami cyrku, tańca i akrobacji. Co mogę jeszcze napisać, mogę napisać, że muzyka była grana na żywo i pięknie współgrała z ruchem na "scenie". Plus metafizyczne przesłanie podróży w czasie i przestrzeni.

Moje dziecko mocno przeżywało to się działo przed jego oczami. Atmosfera była niesamowita, ludzie siedzieli na ławeczkach, trawie i schodkach, było już ciemno, pojawiał się dym, wybuchy, ogień, kolorowe światła i flagi na naszymi głowami.






Całą drogę powrotną Jeremiaszowi buzia się nie zamykała, opowiadał swoje wrażenia.
Dziś bawi się teatr.
A na spektakl poszliśmy zamiast pójścia do cyrku.
Nie chciałam oglądać drętwych sztuczek z biednymi otumanionymi zwierzakami.
Coś za coś.







czwartek, 25 czerwca 2015

W dążeniu do celu

Wiele razy, żeby coś zdobyć, zrealizować, mieć- musiałam się uprzeć i przeć do samego końca, nawet wtedy gdy po ludzku wydawało się to niemożliwe i nie do zrealizowania.
Jedyne co mi w takich chwilach przyświecało, to myśl, że zrobię wszystko co w mojej mocy i niech się dzieje wola nieba. Potem nie będzie na mnie, że się nie udało.
I to nie tak, że czekałam z założonymi rękami- niech się stanie.
Nie- ja w którymś momencie mojego życia postanowiłam, że będę walczyć do samego końca.
Tak było z kupnem mieszkania, kiedy po ludzku było to niemożliwe, żeby dostać kredyt. Nie miałam oficjalnie zatrudnienia, nie miałam lat pracy, miałam zawieszoną, zadłużoną firmę, miałam potrzebę, żeby moje dziecko mieszkało we własnym domu.
I zaczęłam oglądać mieszkania i rozglądać się na rynku nieruchomości. Odrzuciło nas dziesięć banków, nasz doradca zwątpił, by się to się mogło udać... a ja przez pół roku płaciłam wysoki ZUS, żeby mieć zdolność kredytową, a w międzyczasie spłacaliśmy długi. Musiało się udać. Bo postawiłam wszystko na jedną kartę.
I jedenasty bank udzielił nam zgody na kredyt, mimo, że kolega bankowiec powiedział, że w życiu nie dostaniemy kredytu, bo odrzuci nas każdy system komputerowy, znaczy ja nie dostanę. Ale upór jest ponad system, bo bank nam udzielił kredytu, a długi spłaciliśmy. Długi, które nam się wydawały nie do pokonania. Spłacaliśmy je cztery lata. Miesiąc w miesiąc.
Podobnie było z prawem jazdy. Nie wierzyłam, że kiedykolwiek będę sama jeździła autem, bo ta myśl budziła we mnie przerażenie.Zapisałam się na kurs, bo miałam cel i, żeby go zrealizować musiałam mieć prawo jazdy. A potem były pierwsze jazdy i noc przed każdą jazdą bolał mnie brzuch. I jak wsiadałam do samochodu robiło mi się słabo. Dwa razy było mi tak słabo, że musiałam się zatrzymać, bo miałam czarne plamy przed oczami. W którymś momencie mój instruktor powiedział, że jeżeli się nie zapiszę na teorię, to nie będzie ze mną już jeździł. Bo szkoda mojego i jego czasu. Nie będziemy przecież jeździć latami. Dlaczego nie?- pomyślałam. Więc pojechałam zapisać się na teorię. Jak jechałam było mi niedobrze i chciałam uciekać. Michał pojechał ze mną, żeby mnie pilnować. Trzy razy zdawałam teorię, znaki i znaczki zlewały mi się w jedno, jestem dyslektykiem i musiałam czytać i czytać, i czytać i gapić się, żeby zrozumieć co tak naprawdę oznacza strzałeczka. To była nowa teoria, tą pierwszą, starą zdałam za pierwszym, ale potem nie poszłam na egzamin praktyczny. Drugą zdawało po dwie osoby na grupę egzaminowaną (jakieś dwadzieścia osób). Ja byłam jedną z tych dwóch. Jazdy się zaczęły, kiedy zaczęłam zdawać praktyczny egzamin. Miałam po dwa egzaminy w tygodniu. Zdając poznałam wszystkich egzaminatorów, niektórzy prawie płakali kiedy nie zdałam. Pani Sylwio, dlaczego Pani to zrobiła, Pani Sylwio dlaczego Pani tak zrobiła. Niektórzy wcale nie chcieli , żebym zdała i utrudniali jak mogli. Jeden na mnie wrzeszczał. Ostatni był darem z nieba, zrobił wszystko, żeby zdała, ja też zrobiłam wszystko co w mojej mocy, bo mi się skończyły pieniądze przeznaczone na ten cel, na cel zrobienia prawa jazdy. I zdałam.
To było straszne, a myślałam, że będzie super jak już w końcu zdam to ... prawo jazdy. Ale kiedy musiałam sama wsiąść do auta i pojechać do Warszawy, byłam cała zdrętwiała, cieszyłam się, że jest korek, kochałam korki, mogłam jechać pomalusiu. A tak, masakra, te pędzące z każdej strony samochody, mijające mnie i wyprzedzające, ale nie wpuszczające- nie, kiedy chciałam zmienić, pas, one wtedy przyśpieszały, te mosty, te wjazdy, te zjazdy... Kiedyś pojechałam do Warszawy z Jeremiaszem i kiedy wracałam, jeździliśmy w kółko ze trzy godziny, w tą i z powrotem, bo nie mogłam trafić w odpowiedni zjazd, aż wreszcie wróciłam do domu inną drogą przez warszawską pragę, bo tam nie było zjazdu, ani wjazdu. Mam prawo jazdy niecałe dwa lata. Musiałam zrobić prawo jazdy, żeby skończyć studia, bo na uczelnię, mam ponad 40 km. I bez auta byłoby niemożliwe moje studiowanie.
Przez pierwszy rok studiowania po każdym dniu bolała mnie strasznie głowa, cały rok, co drugi piątek i sobotę bolała mnie głowa, tak, że wracałam do domu wieczorem (miałam zajęcia do 20:00) i modliłam się, żeby dojechać, po drodze zabierałam dziecko od siostry i zwlekałam się na łóżko, by następnego dnia zwlec się z łóżka wczesnym rankiem i pojechać do szkoły.
Drugi rok był dla mnie łaskawy, bo przestała boleć mnie głowa, nie wiem na ile mój organizm się przyzwyczaił a na ile pomogła radykalna zmiana diety. Tak czy siak przestałam wracać z bólem głowy do domu. Był łaskawy jeżeli chodzi o głowę, ale nie jeżeli chodziło o czas. Bo przez cały rok nie miałam ani jednego wolnego weekendu, albo szkoła albo praca- bo postanowiłam rozkręcić dodatkową działalność zarobkową i na dodatek poprosiłam o wsparcie w rozkręcaniu bardzo odpowiedzialną i upartą osóbkę.        Działalność się rozbujała, że hej. W którymś momencie modliłam się, żeby maj i czerwiec już się skończył i żebym przeżyła.
Imprezy, jedna po drugiej, weekend w weekend (chwała Bogu) i ja pracująca przez cały tydzień w przedszkolu, gdzie też podchodzę do niego osobiście i mi na nim zależy bardzo, a pomiędzy moja szkoła, prace pisemne, egzaminy i obrona dyplomu. Na początku czerwca zwątpiłam, że to się może udać, że się obronię w czerwcu i pójdę na moje wymarzone studia teatralne. Moja promotorka otrzymała pierwszy rozdział mojej pracy przy wpisie do indeksu po pierwszym semestrze, coś musiałam jej dać, żeby mi ten semestr zaliczyła- inny w tym czasie pooddawali wszystkie rozdziały, drugi dostała 10 czerwca kiedy do 15 czerwca trzeba było oddać ostatecznie trzy ładnie oprawione prace do dziekanatu. Wszystkie rozdziały, wstęp i zakończenie, streszczenie w języku polskim i angielskim (Paweł dziękuję za streszczenie w języku angielskim) moja promotorka dostała 17 czerwca, naniosła poprawki a ja 19 czerwca w piątek wracając z imprezy dla Agencji Rynku Rolnego zajechałam po pracę z poprawkami (poprosiłam Panią Irminę z dziekanatu, żeby mi ją zostawiła w recepcji, bo jak wracałam dziekanat był już zamknięty i ta kochana kobieta zostawiła mi ją w brązowej kopercie u Pani z ochrony). W weekend najpierw puściłam się przez las, żeby zrobić trasę podchodów na imprezę urodzinową i pojechałam na uczelnię po brakujące podpisy i wpisy, poprawiłam pracę i oddałam ją do dziekanatu 22 czerwca w poniedziałek w międzyczasie poprosiłam o zgodę Panią prodziekan o późniejsze oddanie pracy i dokumentów. Znaczy sama nie oddałam, bo pracuję, u nas w przedszkolu ciężko o zastępstwo na zawołanie. Właściwie z moją siostrą jesteśmy niezastąpione. Mój mąż pojechał ją oddać, na miejscu oprawił i oddał razem z resztą dokumentów nie bez komplikacji zresztą do dziekanatu- muszę tam oddać jeszcze oświadczenie, nie wiem po im cztery oświadczenia, trzy w trzech pracach dyplomowych a jedna luzem, tą luzem muszę donieść.
Szalenie wdzięczna jestem mojej promotorce, która udźwignęła moją osobę i wsparła mnie maksymalnie, jestem szalenie wdzięczna, za to, że nie okazała się biurokratką, tylko elastyczną i wrażliwą, ludzką osobą, jestem wdzięczna mojemu mężowi, który jeździł po wpisy do mojego indeksu i zawoził dokumenty i prosił o umieszczenie wpisów mimo braków,  jestem wdzięczna mojej siostrze, że przez dwa lata zajmowała się moim synkiem, kiedy ja studiowałam.
Obronę mam 30 czerwca o 13:45, trzymajcie kciuki :)



środa, 3 czerwca 2015

Studia po trzydziestce

Kończę studia. Mam ogromną nadzieję wyrobić się z pracą dyplomową i obronić się w czerwcu. Trzymajcie za mnie mocno kciuki, został mi ostatni rozdział. Napiszę to tak, jest  możliwe, że zdążę napisać trzeci rozdział do dziesiątego czerwca.
 Kończę studia, które rozpoczęłam sto lat temu i tak nade mną dyndały i powodowały we mnie dysonans.
Nie skończyłam, bo tak się potoczyło moje życie, że nagle na czwartym roku musiałam pójść do pracy z dnia na dzień, coś się załamało i nie miałam nawet siły myśleć o studiach, myślałam wyłącznie o tym, żeby przeżyć.
Przeżyłam.
Poukładałam swoje życie krok po kroku, a nieskończone studia ciągnęły się za mną jak porozciągana guma z majtek, spadają Ci gacie i trochę Ci to przeszkadza, trochę utrudnia życie, trochę ogranicza, ale można z tym żyć. Iść przez życie i trzymać gacie, żeby nie spadły. Żeby nikt nie zauważył, że spadają Ci gacie.
Wreszcie, zmotywowana przez moją przyjaciółkę ( <3 ) i z jej pomocą wróciłam na studia. Musiała mnie motywować intensywnie, bo bałam się jak szlak ruszać ten temat, miałam uraz.
A co się okazało? Okazało się, że się da, to co przez wiele lat było nie do ruszenia w moim umyśle. Okazało się, że lubię się uczyć, zupełnie inaczej się studiuje kiedy się jest dorosłą osobą a nie rozbabranym dzieciakiem, który dopiero wchodzi w dorosłe życie. Studia to mój czas wytchnienia, kiedy mogłam się skupić na sobie i na swojej nauce, kiedy bezkarnie mogłam nie odbierać telefonów (i tak odbierałam kiedy dzwonił Michał, wspólniczka, animatorzy, odbierałam chyłkiem wymykając się z sali).

Co jeszcze mogę Wam powiedzieć?
Nie ściągałam na egzaminach.
Poznałam fajnych ludzi (szczególnie trójka jest mi bliska).
 Zapaliłam się do wspięcia się na kolejne szczebelki swojej ścieżki edukacyjnej.

Co jeszcze mogę napisać? Żeby nie wyszło, że było tak kolorowo. Bo nie było. Nie poradziłabym sobie bez wsparcia Michała i wsparcia Ani. Było ciężko jak nie wiem co, albo jeszcze ciężej (Michałowi i Ani też lekko nie było). Cały tydzień podwójnie praca, weekendy szkoła przeplatana z pracą.

Nie pamiętam kiedy mogłam usiąść i nic nie robić. Nie pamiętam.
Nie pamiętam kiedy mieliśmy weekend dla siebie z moim mężem.
Nie pamiętam.
Nie pamiętam kiedy mogłam się wyspać.
Nie pamiętam kiedy wieczorem zasnęłam bez notatek, bez laptopa, bez kartek w łóżku. Kartki z  łóżka wywalał Michał i zdejmował okulary z mojego nosa jak wracał grubo po północy z pracy, a kartki spały na jego miejscu a okular na moim nosie.
Jakie mam wnioski? Bo mam.
Że jak się zaprzesz i uprzesz to da się. Nawet jak myślisz, że nie da. To da się, im bardziej się boisz, tym bardziej warto stanąć oko w oko z tym co się za nami ciągnie i załatwić to.




poniedziałek, 25 maja 2015

Wyrwałam się

W niedzielę pojechaliśmy rodzinnie do Miejskie ZOO.
Musieliśmy, to był nasz pierwszy wspólny dzień od nie pamiętam kiedy i naprawdę musieliśmy.
Musiałam, mimo, że powinnam w tym czasie ogarniać tysiąc innych spraw, mimo, że kończyłam chorować
i byłam bez sił, to musiałam. Bo moje dziecko musi mieć jakieś wspomnienia, bo mój mąż musi mieć żonę.

Pogoda miała podobne zdanie, bo musiała być przepiękna. Słoneczna, że aż.

Jakże to inna była wyprawa niż ta zeszłoroczna. W poprzednim roku szliśmy z Jeremiaszem za rękę za Michałem mężem moim, który postanowił zobaczyć wszystkie zwierzęta w ZOO.
O nie, w tym roku było zupełnie inaczej. I wiele zwierzaków w tym roku Bocianów nie oglądało, bo w tym roku Jeremiasz oglądał co chciał i my dreptaliśmy za nim albo staliśmy i czekaliśmy aż...

Aż Jeremiasz skończy wizytę w ptaszarni, a potem odwiedziliśmy ptaszarnie jeszcze raz na specjalne życzenie młodego...

Aż Jeremiasz skończy karmić kozy (wiem, nie wolno dokarmiać zwierząt w ZOO, no ale kozy trawą nie dokarmiać? wszyscy karmili kozy), owce, barany, osły





Aż Jeremiasz skończy patrzeć jak jeździ kolejka (cztery tury oglądaliśmy, oglądając spotkałam dawno nie widzianego a bliskiego sercu przyjaciela z ładną, szczupłą żoną i uroczym synkiem, rok już mieszkają w Polsce, w Warszawie, a spotkaliśmy się przypadkiem dzięki tej ciuchci na którą gapił się Jeremiasz). Gdy kolejka ruszyła po raz piąty odmówiłam współpracy i poszliśmy precz. Żeby nie było- najpierw tą ciuchcią Jeremiasz musiał się przejechać...



























Aż Jeremiasz zje gofra z bitą śmietaną :)



Aż Jeremiasz pojeździ na koniku (na prawdę to była zebra :))



 Widzieliśmy w przelocie jakieś małpy, śpiącego goryla, śpiącego misia białego, słonie i tyle.
Piękna to była niedziela.