Kiedy piszę o emocjach, to odnoszę to do najbliższych i bliższych nam.
Kiedy piszę o emocjach, piszę o wewnętrznej zgodzie na swoje emocje i emocje innych.
Kiedy piszę o emocjach, to szukam równowagi pomiędzy tym co czuję a tym co wyrażam.
Nie namawiam do wywalania swojego wnętrza wszem i wobec, bez względu na okoliczności i skutki naszych działań. Piszę o poszukiwaniu równowagi, piszę o szukaniu siebie, piszę o wyrażaniu siebie, piszę o słuchaniu siebie i słuchaniu innych.
Nie namawiam do ciągłego wysłuchiwania innych i ciągłego mówienia o sobie.
Są ludzie, którzy dużo mówią i mało robią. Nie zmienia się nic w ich życiu. Bo nie chcą tych zmian, bądź mają za mało sił, motywacji, energii i nie wiem czego jeszcze. Ale mówią o tym jak im źle lub jak bardzo są nieszczęśliwi żyjąc w zaistniałej sytuacji i konotacjach rodzinnych.
Kiedy mówią a nic nie robią, to zrzucają swoje napięcie, trudną energię na nas i my możemy, ale nie musimy uczestniczyć w tym procesie.
Być może to jesteś właśnie Ty, Ty narzekasz, opowiadasz jak bardzo Ci źle, jak bardzo jesteś nieszczęśliwy, ale nic robisz, żeby to zmienić, lub robisz za mało. Może nie masz sił, może.
Nie wiem. To trudne. Jest wiele powodów dlaczego nie przychodzą zmiany. Wiem natomiast, że trzeba stoczyć ze sobą bój, ze swoimi strachami, postawami utkanymi w dzieciństwie, I wielu, wielu by chciało, ale nie ma dość siły, żeby to zrobić.
Czy mam rady właśnie dla Ciebie? Mam tylko jedną, walczyć, podnosić się do góry z ziemi i iść choćby jeden krok, bo każdy krok do przodu prowadzi do zwycięstwa. I nie patrz do tyłu, na porażki. Tylko w przód. Ja należę do tych, którzy wysłuchują wiele, wiele razy, którzy wierzą za każdym razem, którzy ufają, że się uda.
I mimo powtarzającego się schematu upadania, za każdym razem wierzę, że tym razem może się udać. Chyba, że ktoś mnie okłamuje, chyba, że ktoś jest nieszczery, nieprawdziwy i chce mnie nabrać. Wtedy odcinam się i już nie wierzę.
Mam dużo czasu dla ludzi, mam dużo przestrzeni szczególnie dla ludzi, których już nikt nie chce słuchać, którym nikt nie chce wierzyć. Mam dla nich wiele zrozumienia. Mam wiele zrozumienia, cierpliwości i wytłumaczeń dlaczego tak się stało. Rozumiem i czuję. Współczuję.
Współodczuwam. To trudne.
Ja tak mam, że mam przesunięte granice akceptacji, potrafię znieść naprawdę wiele. Inni mogą mieć inaczej. Każdy powinien wiedzieć gdzie ma swoje granice i trzeba je chronić i dbać o siebie. Nie pozwalajmy siebie nie szanować.
Skutkiem mojej akceptacji jest, to że czasem mnie wyrzuca. I zamykam się. Sama w sobie. Muszę pozwolić sobie odpocząć. Łapię dystans. I zbieram się w sobie. Wsłuchuję się w siebie i pytam dokąd idę.
Czy warto kochać trudnych ludzi? Coś za coś. Często boli bardzo, ale jest płynące zaufanie i powstaje relacja, głębina przywołuje głębinę.
Głębokości, nie płytkości- mnie pociągają i inspirują. Głębokie przestrzenie w drugim człowieku można spotkać wszędzie. Głębina przywołuje głębinę niezależnie od okoliczności.
poniedziałek, 15 lutego 2016
wtorek, 9 lutego 2016
Źle płaczesz, chodź pokażę Ci jak się płacze, no chodź- i wziął ją za rękę i pociągnął
Zainspirowałam się spektaklem "Ewelina płacze". Spektakl obejrzałam w Teatrze Rozmaitości.
Przy teatrze jest restauracja Delikatesy Esencja. Miłe miejsce, przyjazne, ale kawa droga i marna. Coś za coś. bo przestrzeń przytulna.
Potem staliśmy po wejściówki, napięcie się nabudowywało, bo Pani Okienkowa wpuszczała po cztery, trzy ludki a dalej się czekało. Ktoś nawet pokłócił się o coś. Było z napięciem, bo każdy chciał wejść a do końca nie było wiadomo kto wejdzie a kto nie.
Weszliśmy.
Spektakl warty obejrzenia. I nie będę go opowiadać. Napiszę tylko, że były emocje, mocne przestrzenie emocji. Mnie dotknęło "Źle płaczesz, Chodź pokażę Ci jak się płacze". To było na scenie, aktorka (Ewelina) wywalała swoje emocje, płakała przejmująco a drugi aktor mówi jej, źle płaczesz, źle wyrażasz swoje emocje. A ona zwinięta w kłębek płacze przejmująco pod sceną. A on bierze ją za rękę i mówi "chodź nauczę Cię płakać" i ona poszła z nim.
I mnie to dotknęło, przestało być śmiesznie w jednej chwili. Już od jakiegoś czasu nie było śmiesznie. Ale teraz zabolało. Bo na początku było śmiesznie i komediowo.
I o ile aktor musi się nauczyć wyrażać emocje tak jak chce pan reżyser o tyle w życiu powinniśmy mieć wolność w wyrażaniu siebie i swoich emocji, tak jak potrafimy. I abstrahując od tego co czuje aktor, kiedy dostaje info, że jednak źle się wyraża, to co czuje człowiek, kiedy mu się wmawia, że jego odczucia nie są wyrażane we właściwy sposób?
Zaczyna się to w dzieciństwie "Nie tup nogą, tak się nie robi", "Nie wrzeszcz", "Nie wydzieraj się", "Nie ściskaj mnie tak mocno, kiedy się cieszysz", "Nie mrucz jak jesz", "Nie rzucaj się" itd.
I dziecko od początku uczy się, że jego sposoby wyrażania emocji nie są prawidłowe.
I co dalej? Aktor dostaje info "Chodź nauczę Cię jak się płacze". A dziecko? Dziecko nie dostaje nic w zamian. Nic, Nie dostaje żadnej alternatywy, tylko informację, że emocji się nie wyraża. Ani tych pozytywnych a już na pewno nie wyraża się tych negatywnych, wcale. Uczone jest samodzielnego zasypiania we własnym pokoju i zostawiane tak w samotności, uczy się samodzielności, uczy się samodzielnego zasypiania, a wiecie czego uczy się tak na serio? Że można wrzeszczeć, można krzyczeć najgłośniej jak się potrafi a i tak nikt nie przyjdzie, mama nie przyjdzie.
Potem my dorośli nie umiemy pokazać, że kochamy swojego męża, żonę czy dziecko.
Mnie paraliżowało, kiedy po raz pierwszy słyszałam, że ktoś mnie kocha. Że mąż, chłopak, dziecko, to umiałam dźwignąć, ale przyjaciółka? Nie, tego nie umiałam unieść, coś mnie dławiło w gardle.

Całe szczęście mam taką przyjaciółkę, która regularnie zapewnia mnie o swojej miłości. I oswaja mnie z tym słowem wypowiadanym głośno. Ciekawe u ilu w domu mówiło się "kocham Cię".
Teraz będzie prywatnie, gdy rozstawałam się ze swoim eks, a raczej gdy eks rozstawał się ze mną najbardziej bolało, że nie mogłam się wyrazić, że nie mogłam powiedzieć mu jak bardzo mnie bolało i nie mogłam sobie z nim powyjaśniać, poukładać, poprzepraszać. Wiele lat nosiłam w sobie potrzebę wywalenia z siebie tego co miałam w środku. Trochę pomagało gdy rozmawiałam z kimś, kto miał podobne przeżycia, bo rozumiał co mam na myśli i jego bolało podobnie.
Po latach, wielu latach zaczęliśmy z powrotem rozmawiać z eks i mieliśmy szansę przeanalizować co się stało, powiedzieliśmy sobie co bolało, powiedzieliśmy sobie przepraszam. I spojrzeliśmy w swoją stronę, dla mnie było to i jest niezwykle cenne, że mogłam powiedzieć co bolało i jak bardzo bolało. Że mogłam mu wywalić wszystko co czułam i jak się czułam i on to dźwignął. Że mogłam popatrzeć z jego perspektywy. Oczyściło się nam. Cenne i ważne dla mnie.
Ale mam takie relacje kiedy ktoś odmówił i nie chciał mnie znać. I ta dawna relacja mi ciąży, coś jest zapchane, zablokowane i nie ma przepływu. Szanuję decyzję drugiego człowieka, ale ciężko mi się z tym pogodzić.
Jestem za tym, żeby słuchać, żeby mówić. Żeby nie nosić zranień w sercu, żeby mieć czyste, wyjaśnione relacje i sytuacje w relacjach. Żeby się nie bać kogoś spotkać w sklepie czy na ulicy, żeby nie odwracać głowy.
I przyznam szczerze, że bardzo liczę na opatrzność, że spotkam tego ktosia, który nie chce mnie znać i będzie się musiał zmierzyć ze swoją przeszłością. I będę mogła mu powiedzieć, że nie jest miło kiedy ktoś najpierw chciał być blisko a potem nie chciał mnie znać.
Człowiek ma emocje i ma potrzebę je wyrażać. Różnie je wyraża. Na początku spontanicznie. Potem uczy się nad nimi panować i wyrażać je w nierażący innych sposób. Tyle, że to co jednym nie przeszkadza, to inni sykają ostentacyjnie, że tak nie wypada.
I teraz wrócę do spektaklu Ewelina płacze, to co działo się na scenie było świetną ilustracją do tego co wydarzało się pod sceną. W pierwszym rzędzie siedzieli panowie, którym nie podobało się, że sala wyraża swoje emocje i kiedy my się śmialiśmy, to oni odwracali się z oburzeniem na ten śmiech sali, który był wypadkową działań scenicznych.
Co ich oburzało? nie wiem. Jednego z panów oburzonych nawet znam, byłam na warsztacie w Teatrze Studio, który on prowadził. Mogłabym sobie przypomnieć jak się nazywa. Więc dlaczego tych panów oburzały emocje sali. Ewidentnie przynajmniej jeden był personą z teatru i powinien rozumieć, że widz się śmieje, bo widz jest sprowokowany do śmiechu.
Kiedyś mnie zastanawiało czemu się śmieją, kiedy dla mnie już śmiesznie nie jest, a wręcz przeciwnie.
Niedawno- na spektaklu O dwóch rumunach mówiących po polsku powiedział Marcin Januszkiewicz coś takiego- sparafrazuję, bo nie pamiętam dokładnie "To już śmieszne nie jest". I tak właśnie jest, inni śmieją się jeszcze, kiedy dla mnie "to już śmieszne nie jest". Więc tłum wyhamowuje powoli, tak powoli jak samochód ciężarowy. Śmiech pchany jest siłą tłumu i wyhamowuje ociężale. I nie można mieć o to pretensji do widza, że się śmieje, że płacze, bo jego emocje są wyzwalane przez aktora. Więc jak można widzowi zabronić przeżywać, przeżywać tak jak on potrafi.
Jak można zabronić człowiekowi przeżywać?
Warto przyjrzeć się swoim emocjom, pozwolić im zaistnieć, Wypuścić je, odblokować, wyrażać je, nazywać je po imieniu. Warto pozwolić na wyrażanie emocji dziecku, pomóc mu nazwać, pozwolić na tupanie nogą i rzucanie się na podłogę w centrum handlowym. Warto wysłuchać męża, żony, przyjaciela- pozwolić wygadać się, wypłakać, nie przerywać, nie dawać nawet rad, bo rady bywają irytujące.
Bo jeśli nie, to co?
To rodzi się frustracja, buduje się napięcie, chodzimy w tych niewyrażonych, zablokowanych złościach, frustracjach i gniewach i one prędzej czy później wystrzelą z nas, czasem w najmniej oczekiwanym momencie i zareagujemy niewspółmiernie do okoliczności, nakrzyczymy, nawrzeszczymy, uderzymy siebie lub kogoś, lub popadniemy w odrętwienie i oderwanie od rzeczywistości. My tu, świat tam. Nasze emocje nie znikają, one się kumulują. Nasze psyche może sobie z tym nie poradzić w którymś momencie naszego życia.
Warto przyjrzeć się swoim emocjom i je uwolnić.
Potem staliśmy po wejściówki, napięcie się nabudowywało, bo Pani Okienkowa wpuszczała po cztery, trzy ludki a dalej się czekało. Ktoś nawet pokłócił się o coś. Było z napięciem, bo każdy chciał wejść a do końca nie było wiadomo kto wejdzie a kto nie.
Weszliśmy.
Spektakl warty obejrzenia. I nie będę go opowiadać. Napiszę tylko, że były emocje, mocne przestrzenie emocji. Mnie dotknęło "Źle płaczesz, Chodź pokażę Ci jak się płacze". To było na scenie, aktorka (Ewelina) wywalała swoje emocje, płakała przejmująco a drugi aktor mówi jej, źle płaczesz, źle wyrażasz swoje emocje. A ona zwinięta w kłębek płacze przejmująco pod sceną. A on bierze ją za rękę i mówi "chodź nauczę Cię płakać" i ona poszła z nim.
I mnie to dotknęło, przestało być śmiesznie w jednej chwili. Już od jakiegoś czasu nie było śmiesznie. Ale teraz zabolało. Bo na początku było śmiesznie i komediowo.
I o ile aktor musi się nauczyć wyrażać emocje tak jak chce pan reżyser o tyle w życiu powinniśmy mieć wolność w wyrażaniu siebie i swoich emocji, tak jak potrafimy. I abstrahując od tego co czuje aktor, kiedy dostaje info, że jednak źle się wyraża, to co czuje człowiek, kiedy mu się wmawia, że jego odczucia nie są wyrażane we właściwy sposób?
Zaczyna się to w dzieciństwie "Nie tup nogą, tak się nie robi", "Nie wrzeszcz", "Nie wydzieraj się", "Nie ściskaj mnie tak mocno, kiedy się cieszysz", "Nie mrucz jak jesz", "Nie rzucaj się" itd.
I dziecko od początku uczy się, że jego sposoby wyrażania emocji nie są prawidłowe.
I co dalej? Aktor dostaje info "Chodź nauczę Cię jak się płacze". A dziecko? Dziecko nie dostaje nic w zamian. Nic, Nie dostaje żadnej alternatywy, tylko informację, że emocji się nie wyraża. Ani tych pozytywnych a już na pewno nie wyraża się tych negatywnych, wcale. Uczone jest samodzielnego zasypiania we własnym pokoju i zostawiane tak w samotności, uczy się samodzielności, uczy się samodzielnego zasypiania, a wiecie czego uczy się tak na serio? Że można wrzeszczeć, można krzyczeć najgłośniej jak się potrafi a i tak nikt nie przyjdzie, mama nie przyjdzie.
Potem my dorośli nie umiemy pokazać, że kochamy swojego męża, żonę czy dziecko.
Mnie paraliżowało, kiedy po raz pierwszy słyszałam, że ktoś mnie kocha. Że mąż, chłopak, dziecko, to umiałam dźwignąć, ale przyjaciółka? Nie, tego nie umiałam unieść, coś mnie dławiło w gardle.
Całe szczęście mam taką przyjaciółkę, która regularnie zapewnia mnie o swojej miłości. I oswaja mnie z tym słowem wypowiadanym głośno. Ciekawe u ilu w domu mówiło się "kocham Cię".
Teraz będzie prywatnie, gdy rozstawałam się ze swoim eks, a raczej gdy eks rozstawał się ze mną najbardziej bolało, że nie mogłam się wyrazić, że nie mogłam powiedzieć mu jak bardzo mnie bolało i nie mogłam sobie z nim powyjaśniać, poukładać, poprzepraszać. Wiele lat nosiłam w sobie potrzebę wywalenia z siebie tego co miałam w środku. Trochę pomagało gdy rozmawiałam z kimś, kto miał podobne przeżycia, bo rozumiał co mam na myśli i jego bolało podobnie.
Po latach, wielu latach zaczęliśmy z powrotem rozmawiać z eks i mieliśmy szansę przeanalizować co się stało, powiedzieliśmy sobie co bolało, powiedzieliśmy sobie przepraszam. I spojrzeliśmy w swoją stronę, dla mnie było to i jest niezwykle cenne, że mogłam powiedzieć co bolało i jak bardzo bolało. Że mogłam mu wywalić wszystko co czułam i jak się czułam i on to dźwignął. Że mogłam popatrzeć z jego perspektywy. Oczyściło się nam. Cenne i ważne dla mnie.
Ale mam takie relacje kiedy ktoś odmówił i nie chciał mnie znać. I ta dawna relacja mi ciąży, coś jest zapchane, zablokowane i nie ma przepływu. Szanuję decyzję drugiego człowieka, ale ciężko mi się z tym pogodzić.
I przyznam szczerze, że bardzo liczę na opatrzność, że spotkam tego ktosia, który nie chce mnie znać i będzie się musiał zmierzyć ze swoją przeszłością. I będę mogła mu powiedzieć, że nie jest miło kiedy ktoś najpierw chciał być blisko a potem nie chciał mnie znać.
Człowiek ma emocje i ma potrzebę je wyrażać. Różnie je wyraża. Na początku spontanicznie. Potem uczy się nad nimi panować i wyrażać je w nierażący innych sposób. Tyle, że to co jednym nie przeszkadza, to inni sykają ostentacyjnie, że tak nie wypada.
I teraz wrócę do spektaklu Ewelina płacze, to co działo się na scenie było świetną ilustracją do tego co wydarzało się pod sceną. W pierwszym rzędzie siedzieli panowie, którym nie podobało się, że sala wyraża swoje emocje i kiedy my się śmialiśmy, to oni odwracali się z oburzeniem na ten śmiech sali, który był wypadkową działań scenicznych.
Co ich oburzało? nie wiem. Jednego z panów oburzonych nawet znam, byłam na warsztacie w Teatrze Studio, który on prowadził. Mogłabym sobie przypomnieć jak się nazywa. Więc dlaczego tych panów oburzały emocje sali. Ewidentnie przynajmniej jeden był personą z teatru i powinien rozumieć, że widz się śmieje, bo widz jest sprowokowany do śmiechu.
Niedawno- na spektaklu O dwóch rumunach mówiących po polsku powiedział Marcin Januszkiewicz coś takiego- sparafrazuję, bo nie pamiętam dokładnie "To już śmieszne nie jest". I tak właśnie jest, inni śmieją się jeszcze, kiedy dla mnie "to już śmieszne nie jest". Więc tłum wyhamowuje powoli, tak powoli jak samochód ciężarowy. Śmiech pchany jest siłą tłumu i wyhamowuje ociężale. I nie można mieć o to pretensji do widza, że się śmieje, że płacze, bo jego emocje są wyzwalane przez aktora. Więc jak można widzowi zabronić przeżywać, przeżywać tak jak on potrafi.
Jak można zabronić człowiekowi przeżywać?
Warto przyjrzeć się swoim emocjom, pozwolić im zaistnieć, Wypuścić je, odblokować, wyrażać je, nazywać je po imieniu. Warto pozwolić na wyrażanie emocji dziecku, pomóc mu nazwać, pozwolić na tupanie nogą i rzucanie się na podłogę w centrum handlowym. Warto wysłuchać męża, żony, przyjaciela- pozwolić wygadać się, wypłakać, nie przerywać, nie dawać nawet rad, bo rady bywają irytujące.
Bo jeśli nie, to co?
To rodzi się frustracja, buduje się napięcie, chodzimy w tych niewyrażonych, zablokowanych złościach, frustracjach i gniewach i one prędzej czy później wystrzelą z nas, czasem w najmniej oczekiwanym momencie i zareagujemy niewspółmiernie do okoliczności, nakrzyczymy, nawrzeszczymy, uderzymy siebie lub kogoś, lub popadniemy w odrętwienie i oderwanie od rzeczywistości. My tu, świat tam. Nasze emocje nie znikają, one się kumulują. Nasze psyche może sobie z tym nie poradzić w którymś momencie naszego życia.
Warto przyjrzeć się swoim emocjom i je uwolnić.
piątek, 22 stycznia 2016
Stawianie granic
Dwa krańce stawiania granic swojego ja. Jeden, to totalna uległość wobec świata nas otaczającego (męża, dziecka, przyjaciół, współpracowników), pozwalasz się wykorzystywać, ktoś Cię obraża a Ty się uśmiechasz, pozwalasz ludziom siebie nie szanować, boisz się komuś zwrócić uwagę, że coś Ci się nie podoba, nie umiesz odmawiać, Twoje granice są rozwalone. Drugi kraniec, to pojawiająca się agresja na każdą wzmiankę o Tobie. Czujesz się non stop atakowany i oceniany przez wszystkich i wszystko. Siedzisz zabarykadowany w swojej twierdzy i nosa nie wysuwasz poza nią.
Co spowodowało, że znaleźliśmy się bliżej jednego bądź drugiego krańca? Bo każda z tych przestrzeni nie jest dla nas komfortowa. Ani dla naszych rodzin, przyjaciół, znajomych.
Bo albo pozwalamy się wykorzystywać i nie umiemy odmawiać, albo reagujemy agresją i gniewem zupełnie nie proporcjonalnie do sytuacji i zrażamy tym innych, krzywdzimy najbliższych. Widzimy to, prawda? Z jednej strony dajemy się wykorzystywać, z drugiej czujemy się wykorzystywani i jesteśmy agresywni, pobudzeni.
Dlaczego tak się dzieje? Z powodu naszych emocji, które są zaburzone, zablokowane, widzimy świat w krzywym zwierciadle. Nie odmawiamy, bo chcemy czyjejś akceptacji, a nauczyliśmy się kiedyś, że od naszego postępowania zależy czyjaś miłość, zadowolenie, akceptacja. "Jak posprzątasz swoje zabawki, mamusia będzie szczęśliwa", "Tak bardzo Cię kocham, bo jesteś najlepszym uczniem w klasie", "Jak będziesz uciekać mamusi, mamusia nie będzie Cię lubić" itd. I swoim postępowaniem chcemy sobie zasłużyć. Czyjaś miłość nie była bezwarunkowa.
Po drugiej stronie jest totalna blokada na innych. Być może, kiedy byłeś dzieckiem, byłeś ośmieszany przez rodziców, nauczycieli "zobacz, inne dzieci zrobiły, to zadanie, tylko Ty nie zrobiłeś", "tylko Ty nie umiesz", "Inne matki mają normalne dzieci, tylko ja nie", "dlaczego Kasia dostała pięć a Ty nie?", "dlaczego inne dzieci są takie czyściutkie, a Ty najbrudniejszy na podwórku".
Tak, to było porównywanie Ciebie do innych, dokuczanie Ci. I obwarowałeś się wysokim murem.
Każdy człowiek ma emocje, emocje są potrzebne i te trudne też. Emocje trzeba wyrażać, nie można ich kumulować w sobie, bo stanie się to co napisałam o sprężynie w poprzednim poście, sprężyna w którymś momencie puszcza.Trzeba komunikować co czujemy: jestem zły, jestem wściekły, denerwuje mnie to co mówisz, denerwuje mnie to co robisz, to mnie rani, jest mi smutno, jest mi źle itd. Komunikujmy.
Obserwuj swoje emocje: dlaczego jestem zła tak naprawdę, co mnie zdenerwowało, że wytrząsam się nad dzieckiem, które zachowuje się jak zwykle, nie jest ani mniej ani bardziej ruchliwe, czy głośne.
I mąż jest taki jak zwykle, tylko ja się czepiam, bardziej niż zwykle i denerwuje mnie to co zwykle nie. Uświadomienie sobie co się stało powoduje, że napięcie schodzi, nazwanie emocji sprawia, że od razu robi się lżej. Kiedy umiesz nazywać swoje emocje, kiedy umiesz o nich mówić, kiedy komunikujesz, na co masz ochotę a na co nie, umiesz też dostrzegać emocje dziecka, umiesz je nazywać, rozumiesz dlaczego dziecko krzyczy, dlaczego tupie nogą, dlaczego tarza się po podłodze i zamiast się na nie złościć, pomagasz zrozumieć co się dzieje. I jak napisałam nazwanie emocji już pomaga dziecku: jesteś zły, bo musisz rano wstać, jest Ci przykro, bo nie możemy kupić tej zabawki, jesteś smutny, bo tata musi iść do pracy, nie lubisz połykać syropu. To pomaga.
Pomaga Ci, kiedy niesłusznie burczy na Ciebie mąż, bo wiesz, że miał trudny dzień w pracy. Po prostu okaż mu zrozumienie, może on nie umieć powiedzieć: jestem zły, bo nakrzyczał na mnie szef w pracy. Jego emocji raczej nie werbalizuj, bo się wścieknie... Poczekaj, aż się uspokoi i wtedy może spróbuj. Z dorosłymi facetami nie jest lekko. Lepiej im nie pomagać na gorąco. Nie lubią. Żonie też lepiej nie werbalizować jej emocji, kiedy się wścieka, po prostu zejdź jej z drogi, przeczekaj. Uświadamianie sobie swoich emocji, to proces. Uczymy się tego i to się nie stanie od razu.
Stań w prawdzie sam przed sobą i zobacz kim jesteś i gdzie jesteś. To dobry punkt wyjścia. Zaakceptuj to kim jesteś i jaki jesteś.
To jest początkiem.
Bazą z której wyruszasz. Wiesz kim jesteś, zobacz co możesz zmienić. Zobacz co musisz absolutnie zmienić, bo to Cię unieszczęśliwia. Podcina skrzydła i ciągnie w dół.
- Może to być potrzeba zmian w swoim zachowaniu
- Może to być chęć zmian w relacjach, z mężem, dziećmi, przyjaciółmi
- Mogą to być zmiany w Twoim wyglądzie
- Może to realizowanie swoich marzeń
- Może to być Twój rozwój
Przychodzi strach przed tym co nowe, stare znamy, jakie by nie było, ale znamy, przewidujemy, czujemy się bezpiecznie. A nowego nie znamy, nie wiemy co nas spotka. A poza tym to wymaga wysiłku i mam wrażenie, że nasze ciało nie lubi się wysilać, lubi sobie siedzieć, jeść i oglądać komedie romantyczne.
Zaczyna się w głowie, zaczyna się od zmiany myślenia. Potem przychodzi czas na działanie.
Zacznijmy przyglądać się sobie, dokładnie, bądźmy wobec siebie uczciwi i miłosierni. I ustalmy plan działania.
środa, 20 stycznia 2016
Żelazna konsekwencja w rodzicielstwie
Konsekwencja jest przereklamowana, przeczytałam takie zdanie ostatnio. I muszę się z nim zgodzić. Żelazna konsekwencja powoduje naszą i innych frustrację. Żelazna konsekwencja to brak współczucia i miłosierdzia wobec innych i siebie. Żelazna konsekwencja wychowuje cyborgi pozbawione emocji. Te cyborgi były kiedyś istotami ludzkimi i miały uczucia, ale ktoś im te uczucia i emocje zablokował właśnie ta piękną konsekwencją za wszelką cenę.
"Nie kupię Ci powiedziałam" i nie kupujesz, czy świat się wali czy nie trwasz przy swoim, żeby nauczyć swoje dziecko konsekwencji. Ono płacze, krzyczy, może się nawet tarza po podłodze sklepowej, ale Ty jesteś twarda, twardy i uczysz dziecko, że jak powiedziałaś, powiedziałeś tak zrobisz. Jesteś nieubłagana, nieubłagany.Czasem jeszcze straszysz "zobaczysz, co będzie jak wyjdziemy z tego sklepu", "zobaczysz w domu", dziecko może się da przestraszyć a może się nie da i będzie się darło jeszcze w drodze do domu.
Zastanawiałaś, zastanawiałeś się kiedyś czego właściwie Ty uczysz swoje dziecko?
Nie mówiąc już o tym czy wobec siebie też stosujesz to żelazną, nieubłaganą konsekwencję?
Znam takich co stosują. Ale większość z nas jednak nie, postanawiamy "schudnę", "będę biegać", "będę zdrowo się odżywiać", "będę się uczyć angielskiego", " nie będę krzyczeć na męża", "nie będę krzyczeć na dzieci" i na tych postanowieniach się kończy, to tak jak mamy postanowienia noworoczne, co roku mamy te same niezrealizowane postanowienia. Tak, wiem, są tacy, którzy potrafią zrealizować takie postanowienia, którzy trzymają siebie w żelaznym uścisku, tyle, że oni prędzej czy później puszczają sprężynę i sprężyna rozwala całą rzeczywistość dookoła, ich samych, ich najbliższych, ich życie prywatne i zawodowe. Puszczona sprężyna jest nie do zatrzymania. Siła zniszczenia jest wielka. Trzeba umieć to wypośrodkować.
To co zastanawiałaś się, zastanawiałeś? Ja się zastanawiałam, bo też miałam pomysł, żeby być konsekwentna. Na samym początku, kiedy próbowałam nauczyć Jeremiasza spać samodzielnie w łóżeczku, po przeczytaniu głupiej książki. A on tak płakał, wytrzymałam 3 minuty i doznałam olśnienia. Doszło do mnie co czuje moje dziecko, kiedy tak przeraźliwie płacze i serce mi pękło.
Siedziałam z nim na dywanie i teraz ja płakałam, bo poczułam co czuło moje dziecko, kiedy pozwoliłam mu tak płakać przeraźliwie. Czuł się samotny, bo przed chwilą był w moim środku, czuł się opuszczony, wołał a ja nie przychodziłam, krzyczał, że mnie potrzebuje a ja go ignorowałam.
I wtedy pożegnałam żelazną konsekwencje. Pozwalam się przekonać mojemu dziecku, że oglądanie bajki to dobry pomysł, że kupienie czekolady jest niezbędne, że musimy zajechać po drodze do restauracji i kupić sushi, bo on ma straszną ochotę. Nie wiem czy w związku z tym, ale mój syn też daje się przekonać do różnych rzeczy, na które nie ma ochoty, do zrobienia ćwiczenia w przedszkolu, do szukania literek, do gry memory zamiast bajki itd. Dialogujemy, przekonujemy się wzajemnie, nie walczymy ze sobą, kiedy się on uprze nie walczę na śmierć i życie, odpuszczam.
Chcemy, żeby nasze dzieci wyrosły na asertywnych dorosłych, a kiedy są dziećmi uczymy je uległości, podporządkowania się, nie okazywania złości, nie okazywania gniewu, nie płakania, nie krzyczenia, nie tupania nogą. To się kupy nie trzyma, jeżeli chcemy, żeby nasze dziecko miało własne zdanie, pozwólmy mu je mieć i wyrazić, jeżeli chcemy, żeby nasze dziecko było asertywne, pozwólmy mu przekonać siebie do zmiany decyzji, jeżeli chcemy, żeby nasze dziecko było wrażliwe na innych, okażmy mu tą wrażliwość, jeżeli chcemy, żeby nasze dziecko umiało mówić o swoich emocjach, pomóżmy mu je zrozumieć i pozwólmy okazywać tak jak potrafi, ono się tego uczy.
Jest jeszcze taki haczyk, zanim będziemy mogli skierować swoje oczy na dziecko, musimy przyjrzeć się sobie. Czy umiemy okazywać emocje i wyrażać je, czy umiemy rozumieć siebie i akceptować siebie, czy umiemy stawiać sobie cele, dążyć do nich i je realizować. Zacznijmy od siebie, to samoistnie potoczy się w stronę partnera, dziecka, przyjaciół. Spadnie z naszych ramion bagaż niespełnionych oczekiwań. I nie będziemy tym bagażem obciążać naszego dziecka.
Kiedy to osiągniemy, pójdziemy w tą stronę, przychodzi czas na ustalanie i przestrzeganie granic, swoich i innych. I obrona tych granic u siebie i u swojego dziecka, bo ono jeszcze samo nie umie brobić swoich granic.
O granicach napiszę w następnym poście. Na dziś wystarczy.
"Nie kupię Ci powiedziałam" i nie kupujesz, czy świat się wali czy nie trwasz przy swoim, żeby nauczyć swoje dziecko konsekwencji. Ono płacze, krzyczy, może się nawet tarza po podłodze sklepowej, ale Ty jesteś twarda, twardy i uczysz dziecko, że jak powiedziałaś, powiedziałeś tak zrobisz. Jesteś nieubłagana, nieubłagany.Czasem jeszcze straszysz "zobaczysz, co będzie jak wyjdziemy z tego sklepu", "zobaczysz w domu", dziecko może się da przestraszyć a może się nie da i będzie się darło jeszcze w drodze do domu.
Zastanawiałaś, zastanawiałeś się kiedyś czego właściwie Ty uczysz swoje dziecko?
Nie mówiąc już o tym czy wobec siebie też stosujesz to żelazną, nieubłaganą konsekwencję?
Znam takich co stosują. Ale większość z nas jednak nie, postanawiamy "schudnę", "będę biegać", "będę zdrowo się odżywiać", "będę się uczyć angielskiego", " nie będę krzyczeć na męża", "nie będę krzyczeć na dzieci" i na tych postanowieniach się kończy, to tak jak mamy postanowienia noworoczne, co roku mamy te same niezrealizowane postanowienia. Tak, wiem, są tacy, którzy potrafią zrealizować takie postanowienia, którzy trzymają siebie w żelaznym uścisku, tyle, że oni prędzej czy później puszczają sprężynę i sprężyna rozwala całą rzeczywistość dookoła, ich samych, ich najbliższych, ich życie prywatne i zawodowe. Puszczona sprężyna jest nie do zatrzymania. Siła zniszczenia jest wielka. Trzeba umieć to wypośrodkować.
To co zastanawiałaś się, zastanawiałeś? Ja się zastanawiałam, bo też miałam pomysł, żeby być konsekwentna. Na samym początku, kiedy próbowałam nauczyć Jeremiasza spać samodzielnie w łóżeczku, po przeczytaniu głupiej książki. A on tak płakał, wytrzymałam 3 minuty i doznałam olśnienia. Doszło do mnie co czuje moje dziecko, kiedy tak przeraźliwie płacze i serce mi pękło.
Siedziałam z nim na dywanie i teraz ja płakałam, bo poczułam co czuło moje dziecko, kiedy pozwoliłam mu tak płakać przeraźliwie. Czuł się samotny, bo przed chwilą był w moim środku, czuł się opuszczony, wołał a ja nie przychodziłam, krzyczał, że mnie potrzebuje a ja go ignorowałam.
I wtedy pożegnałam żelazną konsekwencje. Pozwalam się przekonać mojemu dziecku, że oglądanie bajki to dobry pomysł, że kupienie czekolady jest niezbędne, że musimy zajechać po drodze do restauracji i kupić sushi, bo on ma straszną ochotę. Nie wiem czy w związku z tym, ale mój syn też daje się przekonać do różnych rzeczy, na które nie ma ochoty, do zrobienia ćwiczenia w przedszkolu, do szukania literek, do gry memory zamiast bajki itd. Dialogujemy, przekonujemy się wzajemnie, nie walczymy ze sobą, kiedy się on uprze nie walczę na śmierć i życie, odpuszczam.
Chcemy, żeby nasze dzieci wyrosły na asertywnych dorosłych, a kiedy są dziećmi uczymy je uległości, podporządkowania się, nie okazywania złości, nie okazywania gniewu, nie płakania, nie krzyczenia, nie tupania nogą. To się kupy nie trzyma, jeżeli chcemy, żeby nasze dziecko miało własne zdanie, pozwólmy mu je mieć i wyrazić, jeżeli chcemy, żeby nasze dziecko było asertywne, pozwólmy mu przekonać siebie do zmiany decyzji, jeżeli chcemy, żeby nasze dziecko było wrażliwe na innych, okażmy mu tą wrażliwość, jeżeli chcemy, żeby nasze dziecko umiało mówić o swoich emocjach, pomóżmy mu je zrozumieć i pozwólmy okazywać tak jak potrafi, ono się tego uczy.
Jest jeszcze taki haczyk, zanim będziemy mogli skierować swoje oczy na dziecko, musimy przyjrzeć się sobie. Czy umiemy okazywać emocje i wyrażać je, czy umiemy rozumieć siebie i akceptować siebie, czy umiemy stawiać sobie cele, dążyć do nich i je realizować. Zacznijmy od siebie, to samoistnie potoczy się w stronę partnera, dziecka, przyjaciół. Spadnie z naszych ramion bagaż niespełnionych oczekiwań. I nie będziemy tym bagażem obciążać naszego dziecka.
Kiedy to osiągniemy, pójdziemy w tą stronę, przychodzi czas na ustalanie i przestrzeganie granic, swoich i innych. I obrona tych granic u siebie i u swojego dziecka, bo ono jeszcze samo nie umie brobić swoich granic.
O granicach napiszę w następnym poście. Na dziś wystarczy.
poniedziałek, 18 stycznia 2016
Privata- zazdrość
Ostatnio byłam zazdrosna.
Normalnie jestem stworzeniem z dużą potrzebą przestrzeni i zupełnie niezazdrosnym.
Ale, ale czasem mnie dopada. Kilka razy mnie dopadło z moim Michałem i zakuło, zakuło zazdrością w środku.
Mój mąż powodów do zazdrości mi właściwie nie daje. Co myśli i czuje nie wiem, ale zupełnie nie okazuje zainteresowania innymi, przynajmniej przy mnie a nie przy mnie to nie wiem.

Nie pilnuję Michała, nie czytam smsów, nie sprawdzam co ma w kieszeniach, nie robię scen zazdrości, raczej nie robię. Ufam mu, bo jak żyć z kim i nie ufać. Nie umiałabym tak żyć.
Rozmawiam z moim mężem o wszystkim, chyba, że o tajemnicach innych ludzi, zwierzeniach, to nie. O moim przeżyciach, uczuciach, pasjach, strachach i problemach. Przez te lata nasze pasje stały się częściowo wzajemne. Lubimy być razem i im dłużej jesteśmy razem tym bardziej lubimy.
Czy zawsze jest dobrze? Nie zawsze, czasem jest mniej dobrze, ja chce a Michał nie chce. Ja szybko, szybko, Michał chce przemyśleć i rozsądnie. Ja do przodu, Michał stoi i rozgląda się.
Czy jest idealnym mężem?
A czy ja jestem idealną żoną?
Nie jestem idealną żoną, jestem trudna, więcej mam cierpliwości do obcych, do dzieci w pracy. Mniej dla męża i własnego dziecka. Pisałam, mam potrzebę przestrzeni, gdzieś chodzę, coś robię, wychodzę, wracam, słucham muzyki, nie słucham męża. Nie gotuję obiadów, gotuję dziwactwa jakieś. Rozmawiam codziennie z mamą, rozmawiam dużo przez telefon, robię zdjęcia i każę "wyglądaj ładnie" i mówię "zrób mi zdjęcie", "ładne zdjęcie", kiedyś poszłam zrobić sobie zdjęcie do paszportu i zapowiedziałam, że nie kupię tego zdjęcia jak mi zrobi brzydkie zdjęcie fotograf, i że mam ładnie wyglądać. I to było najładniejsze zdjęcie do paszportu jakie widziałam. Tak dużo wymagam od siebie i dużo wymagam od innych.
Więc jak mam oczekiwać, że mój mąż będzie ideałem, skoro mi do ideału brakuje, skoro jestem chimeryczna i bywam dzika. Chowam się w swoim świecie i zajmuję się swoimi sprawami. Postanawiam i robię, nie pytam, oznajmiam. Michał "po co mnie pytasz?", "ja nie pytam, ja Ci mówię, żebyś wiedział i nie mówił potem, że Ci nie mówię, to Ci mówię, żebyś wiedział".
O wadach mojego męża nie będę pisać, no jakbym mogła? Pisać o wadach człowieka, którego kocham? Człowieka, bez którego już sobie nie wyobrażam życia. Jak mogłabym go krytykować i obnażać?
Więc tak, bywam zazdrosna.
I wczoraj powiedziałam Michałowi "śniło mi się, że byłam o Ciebie zazdrosna, obudziłam się i dalej byłam zazdrosna, o te dziewczyny, które są obok, o te dziewczyny, które na Ciebie patrzą, które mówią i uśmiechają się do Ciebie, o te do których coś mówisz i one nie wiedzą, że jesteś mój". Bardzo rzadko tak czuję, obce uczucie, miłe i niemiłe. Nieoswojone.

I wyobraźcie Michał się ucieszył, że jestem o niego zazdrosna. Dziwna to sprawa. Hm.
Normalnie jestem stworzeniem z dużą potrzebą przestrzeni i zupełnie niezazdrosnym.
Ale, ale czasem mnie dopada. Kilka razy mnie dopadło z moim Michałem i zakuło, zakuło zazdrością w środku.
Mój mąż powodów do zazdrości mi właściwie nie daje. Co myśli i czuje nie wiem, ale zupełnie nie okazuje zainteresowania innymi, przynajmniej przy mnie a nie przy mnie to nie wiem.
Nie pilnuję Michała, nie czytam smsów, nie sprawdzam co ma w kieszeniach, nie robię scen zazdrości, raczej nie robię. Ufam mu, bo jak żyć z kim i nie ufać. Nie umiałabym tak żyć.
Rozmawiam z moim mężem o wszystkim, chyba, że o tajemnicach innych ludzi, zwierzeniach, to nie. O moim przeżyciach, uczuciach, pasjach, strachach i problemach. Przez te lata nasze pasje stały się częściowo wzajemne. Lubimy być razem i im dłużej jesteśmy razem tym bardziej lubimy.
Czy zawsze jest dobrze? Nie zawsze, czasem jest mniej dobrze, ja chce a Michał nie chce. Ja szybko, szybko, Michał chce przemyśleć i rozsądnie. Ja do przodu, Michał stoi i rozgląda się.
Czy jest idealnym mężem?
A czy ja jestem idealną żoną?
Więc jak mam oczekiwać, że mój mąż będzie ideałem, skoro mi do ideału brakuje, skoro jestem chimeryczna i bywam dzika. Chowam się w swoim świecie i zajmuję się swoimi sprawami. Postanawiam i robię, nie pytam, oznajmiam. Michał "po co mnie pytasz?", "ja nie pytam, ja Ci mówię, żebyś wiedział i nie mówił potem, że Ci nie mówię, to Ci mówię, żebyś wiedział".
O wadach mojego męża nie będę pisać, no jakbym mogła? Pisać o wadach człowieka, którego kocham? Człowieka, bez którego już sobie nie wyobrażam życia. Jak mogłabym go krytykować i obnażać?
Więc tak, bywam zazdrosna.
I wczoraj powiedziałam Michałowi "śniło mi się, że byłam o Ciebie zazdrosna, obudziłam się i dalej byłam zazdrosna, o te dziewczyny, które są obok, o te dziewczyny, które na Ciebie patrzą, które mówią i uśmiechają się do Ciebie, o te do których coś mówisz i one nie wiedzą, że jesteś mój". Bardzo rzadko tak czuję, obce uczucie, miłe i niemiłe. Nieoswojone.
I wyobraźcie Michał się ucieszył, że jestem o niego zazdrosna. Dziwna to sprawa. Hm.
środa, 13 stycznia 2016
Niektóre kobiety mogą jeść i jeść
Niektóre kobiety mogą jeść i jeść, i nie przytyją ani grama.
Ja wystarczy, że kliknę "lubię to" na zdjęciu czekolady
i bum pół kilograma więcej :)
To cytat z facebooka, ale coś w tym jest prawdziwego, że zwalniasz kontrolę na chwilkę tego co jesz i jak jesz i bum dwa kilo więcej. Bardzo bym chciała należeć do tych kobiet, które mogą jeść i jeść, bez konsekwencji na wadze.
Niestety należę do tych, które trzymają rękę na pulsie, do tych, które obżerają się marchewką, a pełne szaleństwo, to ciastko zbożowe i gorzka czekolada. Odpust zupełny przez kilka tygodni powoduje dodatkowe centymetry w obwodzie. Czasy, kiedy jadłam co chciałam i ile chciałam dawno się skończyły. W liceum zaczęłam pilnować swojej wagi. Na szaleństwo pozwalałam sobie podczas świąt, imprez i wypadów na miasto. Pamiętam to uczucie objedzenia i przejedzenia permanentnego.
I ja właśnie nie lubię tego uczucia napchanego brzucha, uczucia bycia przepełnionym, że brak sił na ruch, siedzisz i czekasz, na co czekasz? Czekasz, aż Twój organizm ogarnie ten stan. Siedzisz i starasz się nie zginać brzucha. Powoli wracasz do życia.
Przeszłam rewolucję żywieniową, powodów było wiele, ale najważniejszym było zdrowie mojego Jeremiasza, pojawił się i trochę chorował na początku, nie chciałam go karmić antybiotykami, dojrzałam do pewnych decyzji, niektóre musiałam podjąć, bo mój organizm się domagał. Okazało się, że jestem uczulona na mleko i jego przetwory, byłam zupełnie nieprzygotowana do rezygnacji z mleka, nie umiałam sobie wyobrazić kawy bez mleka, dziś nie piję kawy, bez serów pleśniowych.
Teraz można kupić mleka roślinne- kokosowe, ryżowe, migdałowe właściwie wszędzie, mleko bez laktozy, ser bez. Ale przez całe lata byłam skazana na mleko sojowe, które jest średnio zdrowe. Przy okazji nauczyłam się robić swoje mleko z migdałów, przy okazji nauczyłam się żyć bez mleka.
Bo bez mleka moja skóra przestała się przesuszać i pękać, i pierzchnąć. Przedtem każda zima była dla mnie horrorem, miałam czerwoną skórę, na dłoniach miałam małe ranki, które krwawiły i szczypało mnie od płynów, mydeł, wody, kremów. Z buzi zniknęły wypryski, z którymi męczyłam
się ponad dziesięć lat, zimą pękające dłonie, latem wysyp wyprysków. Na wypryski nie działało nic, kosmetyki z najwyższej półki, cholernie drogie, antybiotyki, cholernie drogie. Punktem kulminacyjnym była kasza od czubka mojej głowy do pępka. a rozpoczęło się upalne lato. Zatapetowanie tego nie było możliwe, ilość współczucia wzbudzała we mnie chęć mordu, dobre rady też.
Potem przyszła zima, zaszłam w ciążę i przestałam pić mleko, bo od kawy miałam zgagę permanentną a od nabiału mnie odrzucało. I moja skóra zrobiła się idealna.
Jeremiasz znalazł się po drugiej stronie brzucha, a mi zaczęło coś świtać i się przejaśniać. Powoli zaczęła docierać smutna i trudna prawda- mleko jest dla mnie trucizną.
Asia powiedziała: może jesteś uczulona na mleko?! Byłam i jestem.
Z mleka wychodziłam kilka lat, było we mnie takie niedowierzanie, jak to, moje ukochane mleko, które niezbędne jest do kawy, do ciasta, czekolady, ciasteczek, które znajduje się w większości słodkich rzeczy na półkach sklepowych, które ukryte jest w rzeczach zupełnie niesłodkich.
Jak mam żyć bez mleka? No jak?
Zaczęłam mieć lekką psychozę, gdy odkrywałam, że mleko było ukryte w produkcie, który właśnie zjadłam. Przed oczami pojawiał się obraz mnie zakroszczonej od góry do dołu.
Na szczęście fioł żywieniowy dopadł moich najbliższych (niektórych przede mną, niektórych bardziej), udzielał się, roznosił. I mogliśmy dzielić się przepisami i doświadczeniami, wymieniać poglądami.
Z domu wywaliłam jeszcze cukier, mleka od krowy już w nim nie było. Moje dziecko nie jadło danonków, kulek czekoladowych, moje dziecko nie jadło batoników, czekolady mlecznej, nie piło słodkich napojów. Mój mąż chyłkiem jada mleczną czekoladę i ptasie mleczko w samochodzie- niech je, duży już jest.
W naszym domu nie ma mleka, nie ma cukru, nie ma zwykłego pieczywa.
Zawsze są warzywa, zawsze są owoce, jest miód, jest ksylitol, jest gorzka czekolada i są jajka, i jest mrożona pizza i frytki :)
Bo chłopaki lubią i nie zamierzam im zabraniać skoro lubią. Od tego się nie umiera.
Powinno być jakieś podsumowanie na koniec, każdy ma swojego fisia, fioła. Moim jest jedzenie
i parę innych, ale o nich nie dziś. Myślę, że to zdrowy fioł, skoro nie choruję i dobrze się mam. Skoro nie zapycham swojego brzucha śmieciowym jedzeniem.
Ważne jest dla mnie co jem, ile jem, jak wygląda moje jedzenie i jak smakuje. Mam oczekiwania od jedzenia, że będzie pyszne, że warto je kupić, zapłacić za nie i, że warto je zjeść.
Ja wystarczy, że kliknę "lubię to" na zdjęciu czekolady
i bum pół kilograma więcej :)
To cytat z facebooka, ale coś w tym jest prawdziwego, że zwalniasz kontrolę na chwilkę tego co jesz i jak jesz i bum dwa kilo więcej. Bardzo bym chciała należeć do tych kobiet, które mogą jeść i jeść, bez konsekwencji na wadze.
Niestety należę do tych, które trzymają rękę na pulsie, do tych, które obżerają się marchewką, a pełne szaleństwo, to ciastko zbożowe i gorzka czekolada. Odpust zupełny przez kilka tygodni powoduje dodatkowe centymetry w obwodzie. Czasy, kiedy jadłam co chciałam i ile chciałam dawno się skończyły. W liceum zaczęłam pilnować swojej wagi. Na szaleństwo pozwalałam sobie podczas świąt, imprez i wypadów na miasto. Pamiętam to uczucie objedzenia i przejedzenia permanentnego.
Przeszłam rewolucję żywieniową, powodów było wiele, ale najważniejszym było zdrowie mojego Jeremiasza, pojawił się i trochę chorował na początku, nie chciałam go karmić antybiotykami, dojrzałam do pewnych decyzji, niektóre musiałam podjąć, bo mój organizm się domagał. Okazało się, że jestem uczulona na mleko i jego przetwory, byłam zupełnie nieprzygotowana do rezygnacji z mleka, nie umiałam sobie wyobrazić kawy bez mleka, dziś nie piję kawy, bez serów pleśniowych.
Teraz można kupić mleka roślinne- kokosowe, ryżowe, migdałowe właściwie wszędzie, mleko bez laktozy, ser bez. Ale przez całe lata byłam skazana na mleko sojowe, które jest średnio zdrowe. Przy okazji nauczyłam się robić swoje mleko z migdałów, przy okazji nauczyłam się żyć bez mleka.
Bo bez mleka moja skóra przestała się przesuszać i pękać, i pierzchnąć. Przedtem każda zima była dla mnie horrorem, miałam czerwoną skórę, na dłoniach miałam małe ranki, które krwawiły i szczypało mnie od płynów, mydeł, wody, kremów. Z buzi zniknęły wypryski, z którymi męczyłam
się ponad dziesięć lat, zimą pękające dłonie, latem wysyp wyprysków. Na wypryski nie działało nic, kosmetyki z najwyższej półki, cholernie drogie, antybiotyki, cholernie drogie. Punktem kulminacyjnym była kasza od czubka mojej głowy do pępka. a rozpoczęło się upalne lato. Zatapetowanie tego nie było możliwe, ilość współczucia wzbudzała we mnie chęć mordu, dobre rady też.
Potem przyszła zima, zaszłam w ciążę i przestałam pić mleko, bo od kawy miałam zgagę permanentną a od nabiału mnie odrzucało. I moja skóra zrobiła się idealna.
Jeremiasz znalazł się po drugiej stronie brzucha, a mi zaczęło coś świtać i się przejaśniać. Powoli zaczęła docierać smutna i trudna prawda- mleko jest dla mnie trucizną.
Asia powiedziała: może jesteś uczulona na mleko?! Byłam i jestem.
Z mleka wychodziłam kilka lat, było we mnie takie niedowierzanie, jak to, moje ukochane mleko, które niezbędne jest do kawy, do ciasta, czekolady, ciasteczek, które znajduje się w większości słodkich rzeczy na półkach sklepowych, które ukryte jest w rzeczach zupełnie niesłodkich.
Jak mam żyć bez mleka? No jak?
Na szczęście fioł żywieniowy dopadł moich najbliższych (niektórych przede mną, niektórych bardziej), udzielał się, roznosił. I mogliśmy dzielić się przepisami i doświadczeniami, wymieniać poglądami.
Z domu wywaliłam jeszcze cukier, mleka od krowy już w nim nie było. Moje dziecko nie jadło danonków, kulek czekoladowych, moje dziecko nie jadło batoników, czekolady mlecznej, nie piło słodkich napojów. Mój mąż chyłkiem jada mleczną czekoladę i ptasie mleczko w samochodzie- niech je, duży już jest.
W naszym domu nie ma mleka, nie ma cukru, nie ma zwykłego pieczywa.
Zawsze są warzywa, zawsze są owoce, jest miód, jest ksylitol, jest gorzka czekolada i są jajka, i jest mrożona pizza i frytki :)
Bo chłopaki lubią i nie zamierzam im zabraniać skoro lubią. Od tego się nie umiera.
Powinno być jakieś podsumowanie na koniec, każdy ma swojego fisia, fioła. Moim jest jedzenie
i parę innych, ale o nich nie dziś. Myślę, że to zdrowy fioł, skoro nie choruję i dobrze się mam. Skoro nie zapycham swojego brzucha śmieciowym jedzeniem.
Ważne jest dla mnie co jem, ile jem, jak wygląda moje jedzenie i jak smakuje. Mam oczekiwania od jedzenia, że będzie pyszne, że warto je kupić, zapłacić za nie i, że warto je zjeść.
środa, 6 stycznia 2016
Tragedia polskiej rodziny w Hiszpanii
Nie ja pierwsza o tym piszę i nie ja ostatnia zapewne. Temat pojawił się na polskich i hiszpańskich stronach. Czuję więc, że mogę napisać swoje przemyślenia. I mogę nawet wyciągnąć jakieś- niekoniecznie prawidłowe, czy prawdziwe wnioski. Bo moje własne.
Mam w sobie potrzebę napisać o tym wydarzeniu, o tej historii gdzie happy endu nie będzie.
Od tygodnia śledzę informacje, które pojawiają się na internecie.
I próbuję zrozumieć co się wydarzyło. Zaczęło się od tego, że na swoim profilu udostępniłam informację o poszukiwanej polskiej rodzinie, która miała zaginąć w Hiszpanii. Myślałam sobie, że pojechali na wycieczkę i zaginęli.
Na początku nie było wiadomo nic poza tym co napisały portale hiszpańskie. A portale hiszpańskie podały porażającą informację.
Polska rodzina będąca na kilkumiesięcznych wakacjach w hiszpańskiej nadmorskiej, wypoczynkowej miejscowości Torrevieja nie żyje i jest podejrzenie, że jest to samobójstwo rozszerzone, mężczyzna najpierw udusił swoją żonę i dziewięciomiesięczną córkę a potem powiesił się.
Najbliżsi nie mogli i nie mogą uwierzyć, żeby to było możliwe. Bo on kochał ją mocno i równie mocno kochał córeczkę. Był dobrym mężem, był dobrym przyjacielem. Był społecznikiem, który współorganizował chrześcijańskie i nie tylko aktywności. Był osobą charyzmatyczną, pełną zaraźliwej energii i przyciągającą do siebie ludzi młodych.
On i jego żona byli ludźmi wierzącymi mocno w Boga i mówili o tym otwarcie.
Gdzie szukać wytłumaczenia i co się rzeczywiście wydarzyło w ich domu?
Czy Łukasz zamordował swoje ukochane żonę i córeczkę?
Niestety jest to możliwe. Bo najpierw w komentarzach pod artykułami a potem oficjalnie w artykule została potwierdzona informacja, że 1999 roku osiemnastoletni Łukasz próbował zabić swoją mamę i siostrę. Potem był proces a potem leczenie w szpitalu psychiatrycznym.
Mam w głowie wiele trudnych pytań.
Czy Łukasz leczył się psychiatrycznie? Bo gdyby się leczył, to czy by mógł być osobą decyzyjną w swoim Kościele? Czy mógłby prowadzić warsztaty dla młodzieży? Czy może strach przed utratą tego co ma spowodował, że Łukasz nie szukał pomocy u psychiatry? Czy przejawiał oznaki, tego, że dzieje się coś złego? Czy wyjazd na pół roku do Hiszpanii był próbą poradzenia sobie ze swoimi demonami? Czy jego żona widziała, że dzieje się coś niepokojącego z jej mężem? I dlatego pisała na facebooku, tydzień przed swoją śmiercią, że jej mąż świetnie sobie radzi w opiece na ich córeczką i wspaniałym kochającym tatą i mężem.
Czy jego wiara była fanatyczna i zamiast pomagać doprowadziła do tragedii? Bo gdyby nie wierzył, to może poszedłby szukać pomocy dalej, zamiast opierać się tylko na wierze?
Mną ta historia wstrząsnęła, nie mogłam sobie z nią poradzić i bardzo chciałam zrozumieć co się wydarzyło.
Jego najbliżsi czekają na ostateczne potwierdzenie tego co się stało naprawdę. Uwalniające dla wszystkich byłoby, gdyby się okazało, że ktoś inny popełnił tą zbrodnię, ktoś inny pobił i udusił żonę i córeczkę Łukasza, ktoś inny zawinął je w koce i ktoś inny położył je na łóżku w sypialni, w której drzwiach powiesił się Łukasz z rozpaczy.
Nie znałam Łukasza, nie znałam jego żony Ani, ale mieliśmy wspólnych znajomych, ale poruszaliśmy się w tym samym chrześcijańskim środowisku. Nie potrafię myśleć o nim źle. Strasznie mi przykro, strasznie mi żal tego malutkiego życia jego córeczki, które dopiero się rozpoczęło a już się zakończyło. Strasznie mi żal tej młodej, pięknej, uroczej i pogodnej dziewczyny, która się odważyła wyjść za mąż za chłopaka z taką przeszłością, że dała mu szansę. I strasznie mi żal, że Łukasz nie poradził sobie, że nie przewidział co się dzieje i nie szukał pomocy, chyba, że szukał, że brał leki, że się leczył, że mimo to, że może to nie on?
Jakie mam wnioski. Że trzeba dbać o siebie i swoją psychikę, że trzeba dbać o najbliższych i ich psychikę. Że, trzeba twardo stąpać po ziemi i nie być przeduchowionym, nawet jeżeli jesteśmy wierzący i wierzymy w działanie Boże i cuda Boże. Że, trzeba szukać pomocy i wsparcia, kiedy sobie nie radzimy u specjalisty. Że życie ludzkie jest kruche.
Ale też, że nie wszytko wiemy i rozumiemy, nie osądzajmy.
Mam w sobie potrzebę napisać o tym wydarzeniu, o tej historii gdzie happy endu nie będzie.
Od tygodnia śledzę informacje, które pojawiają się na internecie.
I próbuję zrozumieć co się wydarzyło. Zaczęło się od tego, że na swoim profilu udostępniłam informację o poszukiwanej polskiej rodzinie, która miała zaginąć w Hiszpanii. Myślałam sobie, że pojechali na wycieczkę i zaginęli.
Na początku nie było wiadomo nic poza tym co napisały portale hiszpańskie. A portale hiszpańskie podały porażającą informację.
Polska rodzina będąca na kilkumiesięcznych wakacjach w hiszpańskiej nadmorskiej, wypoczynkowej miejscowości Torrevieja nie żyje i jest podejrzenie, że jest to samobójstwo rozszerzone, mężczyzna najpierw udusił swoją żonę i dziewięciomiesięczną córkę a potem powiesił się.
Najbliżsi nie mogli i nie mogą uwierzyć, żeby to było możliwe. Bo on kochał ją mocno i równie mocno kochał córeczkę. Był dobrym mężem, był dobrym przyjacielem. Był społecznikiem, który współorganizował chrześcijańskie i nie tylko aktywności. Był osobą charyzmatyczną, pełną zaraźliwej energii i przyciągającą do siebie ludzi młodych.
On i jego żona byli ludźmi wierzącymi mocno w Boga i mówili o tym otwarcie.
Gdzie szukać wytłumaczenia i co się rzeczywiście wydarzyło w ich domu?
Czy Łukasz zamordował swoje ukochane żonę i córeczkę?
Niestety jest to możliwe. Bo najpierw w komentarzach pod artykułami a potem oficjalnie w artykule została potwierdzona informacja, że 1999 roku osiemnastoletni Łukasz próbował zabić swoją mamę i siostrę. Potem był proces a potem leczenie w szpitalu psychiatrycznym.
Mam w głowie wiele trudnych pytań.
Czy Łukasz leczył się psychiatrycznie? Bo gdyby się leczył, to czy by mógł być osobą decyzyjną w swoim Kościele? Czy mógłby prowadzić warsztaty dla młodzieży? Czy może strach przed utratą tego co ma spowodował, że Łukasz nie szukał pomocy u psychiatry? Czy przejawiał oznaki, tego, że dzieje się coś złego? Czy wyjazd na pół roku do Hiszpanii był próbą poradzenia sobie ze swoimi demonami? Czy jego żona widziała, że dzieje się coś niepokojącego z jej mężem? I dlatego pisała na facebooku, tydzień przed swoją śmiercią, że jej mąż świetnie sobie radzi w opiece na ich córeczką i wspaniałym kochającym tatą i mężem.
Czy jego wiara była fanatyczna i zamiast pomagać doprowadziła do tragedii? Bo gdyby nie wierzył, to może poszedłby szukać pomocy dalej, zamiast opierać się tylko na wierze?
Mną ta historia wstrząsnęła, nie mogłam sobie z nią poradzić i bardzo chciałam zrozumieć co się wydarzyło.
Jego najbliżsi czekają na ostateczne potwierdzenie tego co się stało naprawdę. Uwalniające dla wszystkich byłoby, gdyby się okazało, że ktoś inny popełnił tą zbrodnię, ktoś inny pobił i udusił żonę i córeczkę Łukasza, ktoś inny zawinął je w koce i ktoś inny położył je na łóżku w sypialni, w której drzwiach powiesił się Łukasz z rozpaczy.
Nie znałam Łukasza, nie znałam jego żony Ani, ale mieliśmy wspólnych znajomych, ale poruszaliśmy się w tym samym chrześcijańskim środowisku. Nie potrafię myśleć o nim źle. Strasznie mi przykro, strasznie mi żal tego malutkiego życia jego córeczki, które dopiero się rozpoczęło a już się zakończyło. Strasznie mi żal tej młodej, pięknej, uroczej i pogodnej dziewczyny, która się odważyła wyjść za mąż za chłopaka z taką przeszłością, że dała mu szansę. I strasznie mi żal, że Łukasz nie poradził sobie, że nie przewidział co się dzieje i nie szukał pomocy, chyba, że szukał, że brał leki, że się leczył, że mimo to, że może to nie on?
Jakie mam wnioski. Że trzeba dbać o siebie i swoją psychikę, że trzeba dbać o najbliższych i ich psychikę. Że, trzeba twardo stąpać po ziemi i nie być przeduchowionym, nawet jeżeli jesteśmy wierzący i wierzymy w działanie Boże i cuda Boże. Że, trzeba szukać pomocy i wsparcia, kiedy sobie nie radzimy u specjalisty. Że życie ludzkie jest kruche.
Ale też, że nie wszytko wiemy i rozumiemy, nie osądzajmy.
Subskrybuj:
Posty (Atom)