sobota, 21 marca 2015

Dziś podróż do Krakowa zakończę mam nadzieję

Kraków przywitał nas deszczem zapłakany. Deszcz siąpił i powoli nasiąkałyśmy deszczem i zimnem.  I niewiele było widać spoza deszczu. Pamiętam wszystko w półcieniach, słowa przewodnika do wycieczki docierające zza pleców w Bazylice Franciszkańskiej. Bazylika Franciszkańska i piękne witraże w półcieniach.




Obiadokolację zjadłyśmy w Hamsie (o której już pisałam Restauracja Hamsa), było pyszne i pysznie ciężkie, na długo zaległo w naszych brzuchach.







Z tym obciążeniem udałyśmy się do Teatru Starego w Krakowie. Teatr trochę przyciasny, pachnący starym, porządnym teatrem. Teatr Stary w Krakowie. Od przekroczenia progów teatru poczułam się u siebie. Byłyśmy na spektaklu "nie-boska komedia. WSZYSTKO POWIEM BOGU" nie- boska komedia. WSZYSTKO POWIEM BOGU. Ach jakże bardzo żałowałam następnego dnia po Teatrze KTO, że nie poszłam na nie- boską jeszcze raz zamiast. Nie-boska komedia- spektakl niezwykły, aktorzy weszli w role, stali się swoimi rolami. Scenografia pełna treści i szlachetnej prostoty. Na koniec miałam w środku wielki płacz i łzy na końcówkach rzęs.
Nieczęsto się zdarza, żeby widzowie zebrali oklaski od aktorów, tak się zdarzyło w Teatrze Starym.
W innym teatrze też, ale o tym innym razem.



W podróż po Krakowie zabrała mnie moja przyjaciółka Asia. Właściwie, to jej zawdzięczam, moje pasje teatralne, które były we mnie uśpione przez wiele lat.








Do Krakowa wrócę, muszę pochodzić jeszcze uliczkami Krakowa,
wypić kawę w Nowej Prowincji (Kawiarnia Nowa Prowincja).


                                                 






wtorek, 17 marca 2015

A w Krakowie na Brackiej pada deszcz- fotoreplasticon

Na Brackiej piłam sok pomarańczowy w Nowej Prowincji.
Kawiarnia Nowa Prowincja

Wciśnięte w kącik chłonęłyśmy nastrój próbując się otrząsnąć po spektaklu w Teatrze KTO (Teatr KTO). Przemiły chłopiec tłumaczył się z braku mleka sojowego do kawy. Późna pora i nasze zmęczenie powodowało, że ciężko nam było się wynieść z Prowincji, chciałam tam zostać na zawsze.




Było już blisko północy a ludzie wchodzili i wychodzili. W środku zero pretensji, siedzieli i rozmawiali po cichu a ja chłonęłam spokój. To było ostatnie miejsce w Krakowie przed powrotem do domu. Pięknie zakończone spotkanie.
Grzegorz Turnau Bracka















Niedziela była pełna słońca. Zaczęłyśmy ją śniadaniem w Hamsie.
Hamsa Izraelska Restauracja
Szwedzki stół i wszystko to co lubię. Było pysznie, humusowo. Jadłyśmy śniadanie dwie godziny.
Potem przyszli ludzie na obiad, pani zabrała nam jedzenie, dobrze,  że zabrała, bo byśmy zostały tam do kolacji.






Po śniadaniu wyszłyśmy prosto w słońce. Ten dzień spędziłyśmy tak jak go rozpoczęłyśmy na krakowskim Kazimierzu. Zaszłyśmy do Synagogi.










W Synagodze
















Przy samym wyjściu były schody w słońcu.





Zawadziłyśmy o żydowski cmentarz.                                                

Ściana "płaczu" utkana z nagrobkowych tablic, którymi kiedyś brukowane były ulice.











Odpoczynek



 Po mieście



Sklepikowo




 A tak przywitałam niedzielny poranek. I tym zdjęciem pożegnam się. To była podróż na opak.
W przeciwnym kierunku, od końca.



 Dzień dobry i do zobaczenia.




Spotkanie z Teatrem KTO w Krakowie

Jestem teatralnym ludkiem i w teatrze mogłabym zamieszkać. Zamykam oczy i wyobrażam sobie jak siedzę w kąciku i popijam gorącą kawę patrząc jak budzi się teatr. Kilka lat temu przy okazji miałam przyjemność obejrzeć warszawski Teatr Polski od podszewki, Przemiła Pani przeprowadziła mnie przez zakamarki tego starego, ponad stuletniego teatru. Przemiła pani poprosiła bym uważała, bo można się zgubić, teatr jest wielki i ma tajemne przejścia i korytarzyki. Zdarzało się niektórym zgubić i zasnąć po długim szukaniu wyjścia. A rano pan ochroniarz budził delikwenta. Zgubić się w teatrze, niesamowita przyjemność. Ale ja się nie odważyłam gubić, trzymałam panią za rękaw.

W Krakowie byłam ostatnio, było wyczerpująco i równie przyjemnie jak wyczerpująco, czyli bardzo. Ale o tym jak, napiszę następnym razem. Dzisiaj napiszę o Teatrze KTO w Krakowie.
Teatr KTO w Krakowie.
W planach był Król Lir w Teatrze Starym, ale jeden z aktorów się rozchorował i poszłyśmy do KTO. Teatru, który powstał z teatru ulicznego. I od ponad dziesięciu lat mieści się w budynku przy ulicy z uroczą nazwą Gzymsików.
Wzięłam udział, piszę to w pełni świadomości, wzięłam udział w spektaklu bez słów "Sprzedam dom, w którym już nie mogę mieszkać".
Spektakl Sprzedam dom, w którym już nie mogę mieszkać.
Spektakl się rozpoczyna od przekroczenia progu teatru, witają nas panie i panowie w uniformach. W łazience czerwone światło i muzyka z megafonu. Biegłyśmy, żeby zdążyć. O dziewiętnastej Łysy Pan w prochowcu zaczął nas wpuszczać metodycznie. Najpierw dzieciaki (zdaje się, że gimnazjaliści, spotkaliśmy się z nimi jak też biegli na spektakl), potem panie, nie słuchałam jakie, bo się zaczęłam buntować, miejsca miały być nieoznaczone a ja lubię pierwsze trzy rzędy, pozostałe mnie czynią nieszczęśliwą.
Potem były panie w okularach, pomyślałam, że szczęście, że mamy okulary, ale to nie było szczęście, bo łysy z wąsem, wskazał nam miejsce, my chcemy z przodu, on każe nam po środku, ale my z przodu, przecież są wolne miejsca.
- Jak się pani nie podoba, to może pani wyjść i odebrać pieniądze z kasy.
Usiadłam mimo, w środku narastało mi oburzenie. Łysy, wielki facet na mnie nakrzyczał właściwie bez powodu, nakrzyczał w teatrze, w miejscu dla mnie dotychczas magicznym. Wewnątrz miałam dysonans, miałam ochotę oburzyć się i wyjść, ale z drugiej strony jakim prawem ten łysy mnie wywala ze spektaklu.
Zapłaciłam, mam święte prawo i nie pozwolę się tego prawa pozbawić.
Ten w prochowcu poukładał pozostałą część widowni, piękne panie, brzydkie panie, panie z Warszawy i naprawdę nie pamiętam kto jeszcze, bo ciągle byłam (i zdaje się, że jestem)  oburzona. Poukładał i znowu zwrócił się do mnie.
- Wychodzi pani?
To ja decyduję
- Nie- przerwał łysy- Ja decyduję gdzie pani siedzi
Ale ja decyduje czy wychodzę czy zostaję- odpowiedziałam łysemu

I zostałam, spektakl był nie mój, z każdą minutą czułam się coraz mocniej zażenowana. Przekaz był uproszczony do granic, a właściwie granice prostoty zostały przekroczone, podobnie jak dobrego smaku i dobrego wychowania.
Podczas spektaklu zorientowałyśmy, że nakrzyczał na mnie Jerzy Zoń, reżyser spektaklu i założyciel Teatru KTO. Wychodząc zapytałam pana reżysera, czy znów będzie na mnie krzyczał.
-Krzyczał?- zapytał uśmiechem- Nie, jakbym mógł krzyczeć na swojego widza.
Reżyser i aktor Jerzy Zoń
No właśnie jak? Jak mógł nakrzyczeć na swojego widza pan Jerzy Zoń? Jak to się stało, że zostały przekroczone granice i ktoś pozwolił sobie wyrzygać się na swojego widza. Bogu winnego, lekko może nawet pretensjonalnego? Że co? Że chciałam usiąść na wolnym miejscu bliżej sceny?
Z teatrem mam do czynienia od lat, od strony widza, od strony aktora i od strony realizatora spektaklu (świadomie nie nazywam siebie reżyserem, nie lubię na wyrost). I są we mnie granice nieprzekraczalne, które w swoim teatrze przekroczył Jerzy Zoń, przekroczył moje granice. Myślę, że warto uczestniczyć w takim spektaklu przynajmniej raz, by potem umieć odróżnić sztukę od sztuki.

poniedziałek, 9 marca 2015

W sądzie

Postanowiłam opisać historię, która mi się przydarzyła, bo wydaje mi się interesującym, lekko nierzeczywistym doświadczeniem.
Mieszkamy w domu trzyrodzinnym. Z jedną sąsiadką mamy wspólne wejście, z drugą sąsiadką wspólne ściany domu. Ta pierwsza mieszka na dole, do nas wchodzi się po schodach. Ta druga zupełnie sympatyczna, zdarza nam się pogadać przy płocie. Na terenie wspólnoty mamy swój ogrodzony ogródek i nasz pies Sezam biega po naszym ogródku. Sąsiadka z dołu nie ma ogrodzonego terenu. Na wspólnym terenie przy furtce w rogu, sąsiadka zasadziła trzy kwiatki. Pewnego dnia, mój pies chyłkiem opuścił ogródek i pobiegł w róg z kwiatkami i niechcący zniszczył jeden z krzaków, czy dwa. Za płotem był pies drugiej sąsiadki i mój Sezam stał na tym kwiatku, kwiatkach i szczekał do psa po drugiej stronie płota, szczekał pełen emocji i przebierał intensywnie nogami, kręcił się w kółko, no bo te emocje i kwiat się co nieco pogniótł, jeden to całkiem.
Traf chciał, że sąsiadka z dołu właśnie wracała do domu i przyłapała psa na gorącym uczynku. Sąsiadka też była pełna emocji, w tych emocjach zadzwoniła na policję. Policja przyjechała, sąsiadka krzyczała, że pies zniszczył jej "ogród", policja patrzyła na "ogród", my patrzyliśmy na "ogród" sąsiadki i policjantów z góry, z naszego balkonu, to był sierpień. Trochę krzyczeliśmy z góry, słuchając tego co mówi o nas sąsiadka. Policjanci patrzyli to na nas, to na sąsiadkę, inni sąsiedzi powychodzili na balkony i też patrzyli, to tu, to tam. Na koniec postanowiłam wyrazić skruchę z powodu zniszczonego mienia sąsiadki, przeprosiłam sąsiadkę, bo jestem dobrze wychowaną, kulturalną osobą. Policja po wyrażeniu mojej skruchy odjechała. Sąsiadka moją skruchą się nie przejęła. Po kilku tygodniach dostałam wezwanie na Komendę Policji.
Na Komendzie Dzielnicowy zaprosił mnie do swojego gabinetu, gdzie poinformował mnie, że sąsiadka zgłosiła, że pies zniszczył jej "ogród", młody policjant przyjął zgłoszenie, że pies poruszał się w miejscu publicznym samotnie. Zrozumiałam z wypowiedzi Dzielnicowego, że On by nie przyjął zgłoszenia, ale młody policjant przyjął. Pogadałam sobie z sympatycznym Dzielnicowym a wyjeżdżając spod Komendy lekko stuknęłam tyłem samochodu w lampę. Ale to inna historia.
Po kilku dobrych miesiącach dostałam wezwanie do zapłaty kary za poruszanie się psa po miejscu publicznym poza posesją bez oprzyrządowania. Zrobiłam sprzeciw, bo przecież nie poruszał się i dostałam wezwanie do sądu na stawienie się na sprawie sądowej, gdzie oskarżoną byłam ja. Nie wiem dlaczego tylko ja, pies jest wspólny, mój i męża mojego, ale mąż wystąpił w charakterze świadka, ale o tym za chwilę.
W sądzie z Sędziną rozmawialiśmy o ogródkach, ogrodzeniach, co czyje i gdzie, i ile. Kiedy wyjaśniłam Wysokiemu Sądowi, a raczej Wysokiej Sędzinie, że "ogród", to przestrzeń metr na metr i trzy kwiatki, to kąciki ust  Wysokiego Sądu zadrżały, zadrżały potem niejeden raz. Sąsiadka wystąpiła w charakterze świadka.
Na drugiej rozprawie Sąd wezwał dwóch dodatkowych świadków, męża mojego i drugą sąsiadkę zza płota, która niefortunnie dla nas i dla niej samej widziała jak Sezam niszczył i sąsiadka z dołu, widziała, że tamta widziała i dobra sąsiadka wyprzeć się nie mogła, choćby chciała. Mój mąż nic nie widział i nic nie pamiętał. Pamiętał tylko, że pies poza posesję nie wychodził. Na koniec rozprawy poproszeni zostaliśmy o wyjście na korytarz. Wyszliśmy czekając na wyrok Wysokiego Sądu, sąsiadka na korytarzu sądowym odgrażała się, że się odwoła jak będzie trzeba.
Zostaliśmy po kilku minutach zaproszeni do Sali Rozpraw. Sędzia ogłosiła wyrok. Zostałam uznana winną temu, że mój pies zniszczył kwiatek (kwiatki) sąsiadki. Sędzina udzieliła mi słownej nagany, kara została umorzona a z powodu tego, że jestem młodą osobą a czyn mój niskiej szkodliwości społecznej koszty sądowe pokryje Skarb Państwa.
Sąsiadka z dołu- ta od kwiatka- z racji tego, że wystąpiła w charakterze świadka odwołać się od wyroku Sądu nie miała możliwości. Taką możliwość mam tylko ja, ale odwoływać się nie będę. Podoba mi się wyrok Wysokiego Sądu.

piątek, 6 marca 2015

Rzecz o bojowniku

Byłam z psem u weterynarza. Bo pies złamał sobie pazur, tak niefortunnie, że trzeba było psa ratować.
Pazur krwawił i bolał.
Pan weterynarz okazał się bardzo delikatny i sympatyczny. Obciął psu paznokcie przy okazji, opatrzył pazur.
I umówił psa na następny dzień.
Następnego dnia równie delikatnie zmienił opatrunek, zapodał coś na kleszcze.

A ja wychodząc zobaczyłam akwarium kulę :/
Poszłam obejrzeć tą kulę. Wiecie w kuli ryby nie powinny przebywać, bo np. tracą wzrok.
A w tej kuli jedna smutna ryba- ryba- BOJOWNIK.
Bez grzałki w zimnym pomieszczeniu (bojownik potrzebuje 26 stopni Celsiusza, on pochodzi z ciepłych krajów), bez filtra, z zapleśniałym  jedzeniem leżącym na dnie i brudnym kożuchem na powierzchni wody.
Powiedziałam mu co ja myślę o trzymaniu bojownika w kuli, w zimnej, nie ogrzewanej wodzie, bez filtra. Powiedziałam mu, że ten bojownik jest
strasznie nieszczęśliwy...
Miły, sympatyczny weterynarz przestał wyglądać miło.
I powiedział, że ryba ma się dobrze, bo już żyje w tej kuli rok...
Biedny, biedny bojownik.
Chyba poproszę, żeby oddał mi tego bojownika.

czwartek, 5 marca 2015

Szczepionkowo

Kiedy ponad pięć lat temu zdecydowaliśmy się nie szczepić Jeremiasza, temat był na tyle świeży, że nie mieliśmy znajomych nieszczepiących. Byliśmy pojedynczymi nieszczepiącymi rodzicami w okolicy, w przychodni również.
Temat zaczęliśmy przerabiać z kilku powodów. Moja mądra przyjaciółka powiedziała podczas rozmowy na temat zdrowego odżywiania: "Moi znajomi, zdrowo żyją, zdrowo się odżywiają i... nie szczepią dzieci". Potem obijało mi się o uszy autyzm, powikłania, nieutulony płacz, krzyk neurologiczny, zapalenie ucha poszczepienne, zapalenie płuc poszczepienne, alergie. W przedszkolu pojawiali się rodzice, którzy mówili: "Już nie szczepimy, bo nasze dziecko miało powikłania i regres w rozwoju po każdym kolejnym szczepieniu" itp.
Przestaliśmy szczepić Jeremiasza ze STRACHU, bardziej baliśmy się powikłań poszczepiennych niż ewentualnych chorób, z których części już nie ma kolokwialnie mówiąc, a te które zostały nie są śmiertelne i dzieci je przechodzą łapiąc odporność na całe życie. Naszą decyzją podzieliłam się z doktor pediatrą Jeremiasza. Okazała pełne zrozumienie, pielęgniarki w przychodni zwykłej, państwowej również. Nikt nas nie nagabywał, nikt nie krzyczał, nie groził i nie zastraszał.
Temat przerobiliśmy w szerz i wzdłuż i im więcej czytaliśmy, tym bardziej się utwierdzaliśmy, że podjęliśmy właściwą decyzję. Często mnie inni rodzice pytali z jakiego powodu nie szczepimy i chcieli się dowiedzieć dlaczego szczepienia są niebezpieczne. I nie byłam w stanie udzielić wyczerpującej odpowiedzi, artykułów, które przeczytałam, badań polsko i innojęzycznych, materiałów było tyle, że nie w sposób było to przekazać ot tak. Tą drogę rodzic musi przejść samodzielnie, bo nikt inny nie może wziąć odpowiedzialności za szczepienie czy "nieszczepienie" jego dziecka.
Jeremiasz został zaszczepiony w szpitalu po urodzeniu i rozbitym szczepieniem na dwa w przychodni. Potem już nie. Od urodzenia przebywa w przedszkolu. Poza momentem gdy miał anemię i obniżyła mu się odporność (między pół roku a półtora roku) Jeremiasz właściwie nie choruje. Najczęściej ma zapalenie krtani (raz czy dwa razy w roku), które leczy się bez antybiotyków.
Przyznam, ze zwracam uwagę na to co jemy, nie naużywamy cukru, glutenu i nabiału, jemy dużo warzyw i owoców, kasz.

Nie oceniam i nie osądzam rodziców szczepiących i oczekuję tego samego od tych szczepiących.
Pocieszam się, że gdyby jednak nasze państwo zamieniło się w Państwo Policyjne i odgórnie aparat państwa chciałby nas zmusić do zaszczepienia Jeremiasza i zostałby zaszczepiony wbrew naszej woli, to jest coraz starszy i lepiej zniesie szczepienia niż jako niemowlak.
I gdyby nie udało nam się uciec gdzieś do bardziej cywilizowanego kraju.
Tak własnie takie myśli ma matka dziecka nieszczepionego. Dziękuję za uwagę.