Jestem teatralnym ludkiem i w teatrze mogłabym zamieszkać. Zamykam oczy i wyobrażam sobie jak siedzę w kąciku i popijam gorącą kawę patrząc jak budzi się teatr. Kilka lat temu przy okazji miałam przyjemność obejrzeć warszawski Teatr Polski od podszewki, Przemiła Pani przeprowadziła mnie przez zakamarki tego starego, ponad stuletniego teatru. Przemiła pani poprosiła bym uważała, bo można się zgubić, teatr jest wielki i ma tajemne przejścia i korytarzyki. Zdarzało się niektórym zgubić i zasnąć po długim szukaniu wyjścia. A rano pan ochroniarz budził delikwenta. Zgubić się w teatrze, niesamowita przyjemność. Ale ja się nie odważyłam gubić, trzymałam panią za rękaw.
W Krakowie byłam ostatnio, było wyczerpująco i równie przyjemnie jak wyczerpująco, czyli bardzo. Ale o tym jak, napiszę następnym razem. Dzisiaj napiszę o Teatrze KTO w Krakowie.
Teatr KTO w Krakowie.
W planach był Król Lir w Teatrze Starym, ale jeden z aktorów się rozchorował i poszłyśmy do KTO. Teatru, który powstał z teatru ulicznego. I od ponad dziesięciu lat mieści się w budynku przy ulicy z uroczą nazwą Gzymsików.
Wzięłam udział, piszę to w pełni świadomości, wzięłam udział w spektaklu bez słów "Sprzedam dom, w którym już nie mogę mieszkać".
Spektakl Sprzedam dom, w którym już nie mogę mieszkać.
Spektakl się rozpoczyna od przekroczenia progu teatru, witają nas panie i panowie w uniformach. W łazience czerwone światło i muzyka z megafonu. Biegłyśmy, żeby zdążyć. O dziewiętnastej Łysy Pan w prochowcu zaczął nas wpuszczać metodycznie. Najpierw dzieciaki (zdaje się, że gimnazjaliści, spotkaliśmy się z nimi jak też biegli na spektakl), potem panie, nie słuchałam jakie, bo się zaczęłam buntować, miejsca miały być nieoznaczone a ja lubię pierwsze trzy rzędy, pozostałe mnie czynią nieszczęśliwą.
Potem były panie w okularach, pomyślałam, że szczęście, że mamy okulary, ale to nie było szczęście, bo łysy z wąsem, wskazał nam miejsce, my chcemy z przodu, on każe nam po środku, ale my z przodu, przecież są wolne miejsca.
- Jak się pani nie podoba, to może pani wyjść i odebrać pieniądze z kasy.
Usiadłam mimo, w środku narastało mi oburzenie. Łysy, wielki facet na mnie nakrzyczał właściwie bez powodu, nakrzyczał w teatrze, w miejscu dla mnie dotychczas magicznym. Wewnątrz miałam dysonans, miałam ochotę oburzyć się i wyjść, ale z drugiej strony jakim prawem ten łysy mnie wywala ze spektaklu.
Zapłaciłam, mam święte prawo i nie pozwolę się tego prawa pozbawić.
Ten w prochowcu poukładał pozostałą część widowni, piękne panie, brzydkie panie, panie z Warszawy i naprawdę nie pamiętam kto jeszcze, bo ciągle byłam (i zdaje się, że jestem) oburzona. Poukładał i znowu zwrócił się do mnie.
- Wychodzi pani?
To ja decyduję
- Nie- przerwał łysy- Ja decyduję gdzie pani siedzi
Ale ja decyduje czy wychodzę czy zostaję- odpowiedziałam łysemu
I zostałam, spektakl był nie mój, z każdą minutą czułam się coraz mocniej zażenowana. Przekaz był uproszczony do granic, a właściwie granice prostoty zostały przekroczone, podobnie jak dobrego smaku i dobrego wychowania.
Podczas spektaklu zorientowałyśmy, że nakrzyczał na mnie Jerzy Zoń, reżyser spektaklu i założyciel Teatru KTO. Wychodząc zapytałam pana reżysera, czy znów będzie na mnie krzyczał.
-Krzyczał?- zapytał uśmiechem- Nie, jakbym mógł krzyczeć na swojego widza.
Reżyser i aktor Jerzy Zoń
No właśnie jak? Jak mógł nakrzyczeć na swojego widza pan Jerzy Zoń? Jak to się stało, że zostały przekroczone granice i ktoś pozwolił sobie wyrzygać się na swojego widza. Bogu winnego, lekko może nawet pretensjonalnego? Że co? Że chciałam usiąść na wolnym miejscu bliżej sceny?
Z teatrem mam do czynienia od lat, od strony widza, od strony aktora i od strony realizatora spektaklu (świadomie nie nazywam siebie reżyserem, nie lubię na wyrost). I są we mnie granice nieprzekraczalne, które w swoim teatrze przekroczył Jerzy Zoń, przekroczył moje granice. Myślę, że warto uczestniczyć w takim spektaklu przynajmniej raz, by potem umieć odróżnić sztukę od sztuki.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz