poniedziałek, 18 stycznia 2016

Privata- zazdrość

Ostatnio byłam zazdrosna.
Normalnie jestem stworzeniem z dużą potrzebą przestrzeni i zupełnie niezazdrosnym.
Ale, ale czasem mnie dopada. Kilka razy mnie dopadło z moim Michałem i zakuło, zakuło zazdrością w środku.
Mój mąż powodów do zazdrości mi właściwie nie daje. Co myśli i czuje nie wiem, ale zupełnie nie okazuje zainteresowania innymi, przynajmniej przy mnie a nie przy mnie to nie wiem.

Nie pilnuję Michała, nie czytam smsów, nie sprawdzam co ma w kieszeniach, nie robię scen zazdrości, raczej nie robię. Ufam mu, bo jak żyć z kim i nie ufać. Nie umiałabym tak żyć.
Rozmawiam z moim mężem o wszystkim, chyba, że o tajemnicach innych ludzi, zwierzeniach, to nie. O moim przeżyciach, uczuciach, pasjach, strachach i problemach. Przez te lata nasze pasje stały się częściowo wzajemne. Lubimy być razem i im dłużej jesteśmy razem tym bardziej lubimy.

Czy zawsze jest dobrze? Nie zawsze, czasem jest mniej dobrze, ja chce a Michał nie chce. Ja szybko, szybko, Michał chce przemyśleć i rozsądnie. Ja do przodu, Michał stoi i rozgląda się.

Czy jest idealnym mężem?
A czy ja jestem idealną żoną?

Nie jestem idealną żoną, jestem trudna, więcej mam cierpliwości do obcych, do dzieci w pracy. Mniej dla męża i własnego dziecka. Pisałam, mam potrzebę przestrzeni, gdzieś chodzę, coś robię, wychodzę, wracam, słucham muzyki, nie słucham męża. Nie gotuję obiadów, gotuję dziwactwa jakieś. Rozmawiam codziennie z mamą, rozmawiam dużo przez telefon, robię zdjęcia i każę "wyglądaj ładnie" i mówię "zrób mi zdjęcie", "ładne zdjęcie", kiedyś poszłam zrobić sobie zdjęcie do paszportu i zapowiedziałam, że nie kupię tego zdjęcia jak mi zrobi brzydkie zdjęcie fotograf, i że mam ładnie wyglądać. I to było najładniejsze zdjęcie do paszportu jakie widziałam. Tak dużo wymagam od siebie i dużo wymagam od innych.

Więc jak mam oczekiwać, że mój mąż będzie ideałem, skoro mi do ideału brakuje, skoro jestem chimeryczna i bywam dzika. Chowam się w swoim świecie i zajmuję się swoimi sprawami. Postanawiam i robię, nie pytam, oznajmiam. Michał "po co mnie pytasz?", "ja nie pytam, ja Ci mówię, żebyś wiedział i nie mówił potem, że Ci nie mówię, to Ci mówię, żebyś wiedział".



O wadach mojego męża nie będę pisać, no jakbym mogła? Pisać o wadach człowieka, którego kocham? Człowieka, bez którego już sobie nie wyobrażam życia. Jak mogłabym go krytykować i obnażać?









 Więc tak, bywam zazdrosna.
I wczoraj powiedziałam Michałowi "śniło mi się, że byłam o Ciebie zazdrosna, obudziłam się i dalej byłam zazdrosna, o te dziewczyny, które są obok, o te dziewczyny, które na Ciebie patrzą, które mówią i uśmiechają się do Ciebie, o te do których coś mówisz i one nie wiedzą, że jesteś mój". Bardzo rzadko tak czuję, obce uczucie, miłe i niemiłe. Nieoswojone.

















I wyobraźcie Michał się ucieszył, że jestem o niego zazdrosna. Dziwna to sprawa. Hm.




środa, 13 stycznia 2016

Niektóre kobiety mogą jeść i jeść

Niektóre kobiety mogą jeść i jeść, i nie przytyją ani grama.
Ja wystarczy, że kliknę "lubię to" na zdjęciu czekolady
 i bum pół kilograma więcej :)

To cytat z facebooka, ale coś w tym jest prawdziwego, że zwalniasz kontrolę na chwilkę tego co jesz i jak jesz i bum dwa kilo więcej. Bardzo bym chciała należeć do tych kobiet, które mogą jeść i jeść, bez konsekwencji na wadze.
Niestety należę do tych, które trzymają rękę na pulsie, do tych, które obżerają się marchewką, a pełne szaleństwo, to ciastko zbożowe i gorzka czekolada. Odpust zupełny przez kilka tygodni powoduje dodatkowe centymetry w obwodzie. Czasy, kiedy jadłam co chciałam i ile chciałam dawno się skończyły. W liceum zaczęłam pilnować swojej wagi. Na szaleństwo pozwalałam sobie podczas świąt, imprez i wypadów na miasto. Pamiętam to uczucie objedzenia i przejedzenia permanentnego.

I ja właśnie nie lubię tego uczucia napchanego brzucha, uczucia bycia przepełnionym, że brak sił na ruch, siedzisz i czekasz, na co czekasz? Czekasz, aż Twój organizm ogarnie ten stan. Siedzisz i starasz się nie zginać brzucha. Powoli wracasz do życia.

Przeszłam rewolucję żywieniową, powodów było wiele, ale najważniejszym było zdrowie mojego Jeremiasza, pojawił się i trochę chorował na początku, nie chciałam go karmić antybiotykami, dojrzałam do pewnych decyzji, niektóre musiałam podjąć, bo mój organizm się domagał. Okazało się, że jestem uczulona na mleko i jego przetwory, byłam zupełnie nieprzygotowana do rezygnacji z mleka, nie umiałam sobie wyobrazić kawy bez mleka, dziś nie piję kawy, bez serów pleśniowych.
Teraz można kupić mleka roślinne- kokosowe, ryżowe, migdałowe właściwie wszędzie, mleko bez laktozy, ser bez. Ale przez całe lata byłam skazana na mleko sojowe, które jest średnio zdrowe. Przy okazji nauczyłam się robić swoje mleko z migdałów, przy okazji nauczyłam się żyć bez mleka.
Bo bez mleka moja skóra przestała się przesuszać i pękać, i pierzchnąć. Przedtem każda zima była dla mnie horrorem, miałam czerwoną skórę,  na dłoniach miałam małe ranki, które krwawiły i szczypało mnie od płynów, mydeł, wody, kremów. Z buzi zniknęły wypryski, z którymi męczyłam
 się ponad dziesięć lat,  zimą pękające dłonie, latem wysyp wyprysków. Na wypryski nie działało nic, kosmetyki z najwyższej półki, cholernie drogie, antybiotyki, cholernie drogie. Punktem kulminacyjnym była kasza od czubka mojej głowy do pępka. a rozpoczęło się upalne lato. Zatapetowanie tego nie było możliwe, ilość współczucia wzbudzała we mnie chęć mordu, dobre rady też.
Potem przyszła zima, zaszłam w ciążę i przestałam pić mleko, bo od kawy miałam zgagę permanentną a od nabiału mnie odrzucało. I moja skóra zrobiła się idealna.
Jeremiasz znalazł się po drugiej stronie brzucha, a mi zaczęło coś świtać i się przejaśniać. Powoli zaczęła docierać smutna i trudna prawda- mleko jest dla mnie trucizną.
Asia powiedziała: może jesteś uczulona na mleko?! Byłam i jestem.
Z mleka wychodziłam kilka lat, było we mnie takie niedowierzanie, jak to, moje ukochane mleko, które niezbędne jest do kawy, do ciasta, czekolady, ciasteczek, które znajduje się w większości słodkich rzeczy na półkach sklepowych, które ukryte jest w rzeczach zupełnie niesłodkich.
Jak mam żyć bez mleka? No jak?
Zaczęłam mieć lekką psychozę, gdy odkrywałam, że mleko było ukryte w produkcie, który właśnie zjadłam. Przed oczami pojawiał się obraz mnie zakroszczonej od góry do dołu.









Na szczęście fioł żywieniowy dopadł moich najbliższych (niektórych przede mną, niektórych bardziej), udzielał się, roznosił. I mogliśmy dzielić się przepisami i doświadczeniami, wymieniać poglądami.
 Z domu wywaliłam jeszcze cukier, mleka od krowy już w nim nie było. Moje dziecko nie jadło danonków, kulek czekoladowych, moje dziecko nie jadło batoników, czekolady mlecznej, nie piło słodkich napojów. Mój mąż chyłkiem jada mleczną czekoladę i ptasie mleczko w samochodzie- niech je, duży już jest.
W naszym domu nie ma mleka, nie ma cukru, nie ma zwykłego pieczywa.
Zawsze są warzywa, zawsze są owoce, jest miód, jest ksylitol, jest gorzka czekolada i są jajka, i jest mrożona pizza i frytki :)
Bo chłopaki lubią i nie zamierzam im zabraniać skoro lubią. Od tego się nie umiera.



 Powinno być jakieś podsumowanie na koniec, każdy ma swojego fisia, fioła. Moim jest jedzenie
i parę innych, ale o nich nie dziś. Myślę, że to zdrowy fioł, skoro nie choruję i dobrze się mam. Skoro nie zapycham swojego brzucha śmieciowym jedzeniem.
Ważne jest dla mnie co jem, ile jem, jak wygląda moje jedzenie i jak smakuje. Mam oczekiwania od jedzenia, że będzie pyszne, że warto je kupić, zapłacić za nie i, że warto je zjeść.

środa, 6 stycznia 2016

Tragedia polskiej rodziny w Hiszpanii

Nie ja pierwsza o tym piszę i nie ja ostatnia zapewne. Temat pojawił się na polskich i hiszpańskich stronach. Czuję więc, że mogę napisać swoje przemyślenia. I mogę nawet wyciągnąć jakieś- niekoniecznie prawidłowe, czy prawdziwe wnioski. Bo moje własne.

Mam w sobie potrzebę napisać o tym wydarzeniu, o tej historii gdzie happy endu nie będzie.
Od tygodnia śledzę informacje, które pojawiają się na internecie.
I próbuję zrozumieć co się wydarzyło. Zaczęło się od tego, że na swoim profilu udostępniłam informację o poszukiwanej polskiej rodzinie, która miała zaginąć w Hiszpanii. Myślałam sobie, że pojechali na wycieczkę i zaginęli.

Na początku nie było wiadomo nic poza tym co napisały portale hiszpańskie.  A portale hiszpańskie podały porażającą informację.
Polska rodzina będąca na kilkumiesięcznych wakacjach w hiszpańskiej nadmorskiej, wypoczynkowej miejscowości Torrevieja nie żyje i jest podejrzenie, że jest to samobójstwo rozszerzone, mężczyzna najpierw udusił swoją żonę i dziewięciomiesięczną córkę a potem powiesił się.

Najbliżsi nie mogli i nie mogą uwierzyć, żeby to było możliwe. Bo on kochał ją mocno i równie mocno kochał córeczkę. Był dobrym mężem, był dobrym przyjacielem. Był społecznikiem, który współorganizował chrześcijańskie i nie tylko aktywności. Był osobą charyzmatyczną, pełną zaraźliwej energii i przyciągającą do siebie ludzi młodych.

On i jego żona byli ludźmi wierzącymi mocno w Boga i mówili o tym otwarcie.

Gdzie szukać wytłumaczenia i co się rzeczywiście wydarzyło w ich domu?

Czy Łukasz zamordował swoje ukochane żonę i córeczkę?

Niestety jest to możliwe. Bo najpierw w komentarzach pod artykułami a potem oficjalnie w artykule została potwierdzona informacja, że 1999 roku osiemnastoletni Łukasz próbował zabić swoją mamę i siostrę. Potem był proces a potem leczenie w szpitalu psychiatrycznym.

Mam w głowie wiele trudnych pytań.

Czy Łukasz leczył się psychiatrycznie? Bo gdyby się leczył, to czy by mógł być osobą decyzyjną w swoim Kościele? Czy mógłby prowadzić warsztaty dla młodzieży? Czy może strach przed utratą tego co ma spowodował, że Łukasz nie szukał pomocy u psychiatry? Czy przejawiał oznaki, tego, że dzieje się coś złego? Czy wyjazd na pół roku do Hiszpanii był próbą poradzenia sobie ze swoimi demonami? Czy jego żona widziała, że dzieje się coś niepokojącego z jej mężem? I dlatego pisała na facebooku, tydzień przed swoją śmiercią, że jej mąż świetnie sobie radzi w opiece na ich córeczką i wspaniałym kochającym tatą i mężem.
Czy jego wiara była fanatyczna i zamiast pomagać doprowadziła do tragedii? Bo gdyby nie wierzył, to może poszedłby szukać pomocy dalej, zamiast opierać się tylko na wierze?

Mną ta historia wstrząsnęła, nie mogłam sobie z nią poradzić i bardzo chciałam zrozumieć co się wydarzyło.
Jego najbliżsi czekają na ostateczne potwierdzenie tego co się stało naprawdę. Uwalniające dla wszystkich byłoby, gdyby się okazało, że ktoś inny popełnił tą zbrodnię, ktoś inny pobił i udusił żonę i córeczkę Łukasza, ktoś inny zawinął je w koce i ktoś inny położył je na łóżku w sypialni, w której drzwiach powiesił się Łukasz z rozpaczy.

Nie znałam Łukasza, nie znałam jego żony Ani, ale mieliśmy wspólnych znajomych, ale poruszaliśmy się w tym samym chrześcijańskim środowisku. Nie potrafię myśleć o nim źle. Strasznie mi przykro, strasznie mi żal tego malutkiego życia jego córeczki, które dopiero się rozpoczęło a już się zakończyło. Strasznie mi żal tej młodej, pięknej, uroczej i pogodnej dziewczyny, która się odważyła wyjść za mąż za chłopaka z taką przeszłością, że dała mu szansę. I strasznie mi żal, że Łukasz nie poradził sobie, że nie przewidział co się dzieje i nie szukał pomocy, chyba, że szukał, że brał leki, że się leczył, że mimo to, że może to nie on?

Jakie mam wnioski. Że trzeba dbać o siebie i swoją psychikę, że trzeba dbać o najbliższych i ich psychikę. Że, trzeba twardo stąpać po ziemi i nie być przeduchowionym, nawet jeżeli jesteśmy wierzący i wierzymy w działanie Boże i cuda Boże. Że, trzeba szukać pomocy i wsparcia, kiedy sobie nie radzimy u specjalisty. Że życie ludzkie jest kruche.

Ale też, że nie wszytko wiemy i rozumiemy, nie osądzajmy.



niedziela, 3 stycznia 2016

Coś o edukacji mojego sześcioletniego syna Jeremiasza

Jeremiasz jako niezupełnie sześciolatek (bo sześć lat skończył 30 września) pierwszego  września 2015 r. znalazł się w pierwszej klasie, w  edukacji domowej.
Była to próba z naszej strony, bo nie chciałam zaniedbać mojego dziecka z żadnej strony. Próbą był pierwsza klasa a nie edukacja domowa, bo do edukacji domowej byliśmy akurat przekonani.
 Chciałam zobaczyć jak Jeremiasz będzie sobie radził z programem pierwszej klasy.
Ale gdzieś w głowie miałam opcję powrotu do zerówki a wiedziałam, że mamy taką opcję, że na wniosek rodzica jest robiona diagnoza dojrzałości szkolnej i dziecko może powrócić do zerówki.

 I właśnie oficjalnie od stycznia powracamy, nieoficjalnie bardzo szybko się zorientowaliśmy razem z Jeremiaszem, że lepiej nam realizować program zerówkowy, tyle, że zintensifikowany i w większym wymiarze czasowym, bo Jeremiasz pracował z dziećmi szkolnymi, co go motywowało dodatkowo i brał udział w zajęciach dodatkowych ze szkolniakami.



 Powrót do zerówki jest bezbolesny i nic nowego nie wnosi do życia Jeremiasza, dalej będzie codziennie robił zajęcia wedle naszych ustalonych wspólnie zasad i dalej będziemy realizować zajęcia pozaszkolne, które realizowaliśmy przez ostatnie pół roku.
Mam ten komfort, bo Jeremiasz jest w edukacji domowej. I w jego życiu nic się nie zmieniło.
Tak się pięknie stało przy okazji, że siedmiolatki a nie sześciolatki będą szły od września 2016 do pierwszej klasy, liczyłam na to. I Jeremiasz będzie szedł tym samym torem co pozostałe dzieci. To mu nie utrudni życia w przyszłości, w życiu dorosłym.

Teraz napiszę jak wygląda nasza edukacja. Mamy ustalone z Jeremiaszem- ile każdego dnia zrobi Jeremiasz. Dodatkowo przemycamy z moją siostrą Anią (której siedmioletnia córka Tosia jest w edukacji domowej i uczy się razem z Jeremiaszem, był jeszcze siedmioletni Adaś, który po trzech miesiącach zdał egzaminy roczne drugiej klasy i wyjechał z rodziną na rok do Brazylii ) więc przemycamy różne treści programowe podczas zabawy. A dzieciom piękniej to wchodzi. Dla Jeremiasza szósty rok życia okazał się rokiem rozwoju jego dużej motoryki, ma dużą potrzebę skakania, wspinania się, biegania. I ja tego nie blokuję, Jeremiasz dużo czasu spędza na zabawie, bo ma taką potrzebę, wiele rzeczy też zaczęło go interesować, zaczął interesować się światem. Podchodzimy do czytania, pisania, liczenia spokojnie. Mamy czas. Nie nakładam presji na moje dziecko. Na wszystko przyjdzie pora. Jego siostra cioteczna Tosia równo rok starsza właśnie się zaczytuje, dzieci się bawią a Tosia siedzi na dywanie i czyta. W domu też czyta.
Tosiu- pytam- co Ci kupić pod choinkę?
Książkę- odpowiada Tosia- książkę ciociu.

Każde dziecko ma potrzebę uczenia się. Jest to naturalne. I największą zbrodnią jest zaburzyć ten proces. I zablokować dziecko. Zablokować w nim potrzebę uczenia się.
Nie dla zielonej kropki w dzienniczku, nie dla nagrody. Dla samego uczenia się. Dzieci uczą się dla siebie samych i robią tą z przyjemnością.

środa, 30 grudnia 2015

Ale teatr nie ma granic

Teatr nie ma granic.
Nakładanie widełek- to można a tego nie można w teatrze jest cenzurą.
Sztywne normy powodują zniewolenie sztuki.
W teatrze język, ciało mają swoje zadanie, są nośnikiem, niosą informację.

Ja, Ty, my decydujemy czy chcemy wziąć udział w widowisku, widz jest częścią spektaklu. Podczas zawiązuje się między widzem a aktorem swoiste porozumienie, czy nawet relacja na czas spektaklu, bo po z powrotem wślizgujemy się w swoje życia. To są właśnie kreacja i iluzja. Ale cząstka iluzji zostaje w nas. Bywam po obu stronach lustra.
Nie byłoby teatru bez aktora, nie byłoby teatru bez widza.
Każdy jest niezbędnością w odbywaniu się spektaklu. Przedstawienie powstaje dla widza.

Kim jest ten, który próbuje zamknąć teatr w ramy ułożonej powinności i eleganckości? Bo teatr elegancki nie jest. Jest pot, pryska ślina, są łzy i czasem zdarte kolano aktorki. Są emocje niekoniecznie eleganckie. Kim jest ten, który próbuje zaramować teatr?
To cenzor, którego razi ta nieelegancka forma, rażą nieeleganckie słowa, być może dotyka to jego eleganckiej dulszczyzny.
I cenzor zaczyna wypowiadać się w imieniu ludu, a lud w swym braku świadomości razem z nim głośno krzyczy, bo się krzykiem karmi i daleko mu do prawdziwej formy i przemyśleń.
Nie daj Boże kiedy cenzor piastuje jakieś stanowisko, siedzi na jakimś stołku, bo na mocy swego stołka może zablokować działania teatru.

Kolejnym niebezpieczeństwem może być dyrektor filantrop, który w teatrze zamiast sztuki chce kręcić, tudzież ukręcić interes. A robienie interesów nie idzie w parze z robieniem sztuki. I kurczy się teatr a rosną interesy. Szuka nie lubi komercji i konsumpcjonizmu, albo być albo mieć.

Bardzo bym sobie życzyła, byśmy nie dali się ogłupić i omamić, Sztuka niesie za sobą przekaz i używa do tego słowa i ciała. Słowo i ciało to środek do celu. Nie gorszmy się słowem i ciałem. Bo za tym idzie informacja dla widza od aktora. Mocny przekaz potrzebuje mocnych środków , inaczej traci formę, przestaje być czytelny, jest płaski i nie ma wyrazu.
Do teatru się nie idzie pić wódki czy karmić brzucha, w teatrze karmi się duszę.




Nie ma wyrazu, nie ma przekazu.
To po co to wszystko?
Po co teatr?
Idź na frytki do "McDonaldu"

Są dwa teatry wyjątkowo bliskie mojemu sercu. Pierwszy tu w Warszawie Teatr Studio, gdzie dyrektor filantrop zablokował dyrektor artystyczną w jej działaniach, nie dopuścił do zrealizowania spektaklu, który był spektaklem festiwalowym. Ale się nie odbył. Precedens na skalę światową.


Dyrektor filantrop, który próbuje zamienić teatr w kurę znoszącą złote jajka, chce napełnić brzuchy.




Drugi teatr, to Teatr Stary w Krakowie, gdzie populistyczny dziennikarz próbuje blokować działania dyrektora i reżysera teatru, krzyczy tak głośno, że teatr dostaje cenzora.











Do czego to prowadzi?
Do tego, że cenzura i komercja stają w przed-rzędach i blokują sztukę pisaną wielką literą

SZTUKA


















wtorek, 29 grudnia 2015

Są takie pytania

Są takie pytania, które nie są grzeczne:
ile zarabiasz?
jaki masz samochód? Ile lat ma Twoje auto?
kiedy będziesz mieć kolejne dziecko?
co z Twoim dzieckiem jest nie tak?

 Są takie uwagi, których wypowiadanie jest niekulturalne.
o, chyba przytyłaś
znowu straciłaś pracę
mąż dużo zarabia, to nie musisz pracować, możesz siedzieć w domu z dzieckiem
Przykłady nie wszystkie  z mojego życia, ale z czyjegoś.
Część pojawiła się w moim życiu, część była podobna.
Miała podobną energię.
Na tym samym poziomie.Ten rodzaj pytań i stwierdzeń denerwuje, bo ktoś przekracza granice i jest nietaktowny.

We mnie zawsze pojawia się opór. I zastanawiam się, kto kogoś upoważnił do zadawania mi takich prywatnych pytań i rzucania stwierdzeń. To moja osobista sprawa czy mam w planach kolejne dzieci czy nie.
To moja sprawa ile zarabia mój mąż. To moja sprawa czy schudłam czy przytyłam i ile.


I kiedy ktoś zadaje mi takie pytanie, wiem, że nie muszę na nie odpowiadać, ale najczęściej jestem tak zaskoczona, że odpowiadam, pozwalam komuś wparować w swoje prywatne rejony, potem się z tego otrząsam i pojawia się pytanie: dlaczego pytasz mnie o to? Każdy człowiek ma prawo do intymnej przestrzeni, która jest tylko jego i kiedy ktoś ją przekracza można się bronić. I powiedzieć:
Nie życzę sobie Ciebie w tym miejscu. Ale często brak nam asertywności, bo zachłystujemy się czyjąś uwagą. Bo przecież ktoś grzecznie pyta albo mówi coś z troską w głosie. Coś odpowiadamy a nasza dusza doznaje gwałtu.

I ja właśnie asertywnie- nie chcę, żeby ktoś naruszał moje granice. Nie życzę sobie odpowiadać na takie pytania, nie mam ochoty słuchać co robię źle ze swoim życiem. Chyba, że zapytam.
Chyba, że poproszę o opinie, chyba, że będę potrzebować i poproszę o pomoc czy czyjeś zdanie.
Chyba, że są to moim najbliżsi a oni wiedzą, że są naj i im się wiele wybacza.
Cała reszta nie jest upoważniona.



Czasem bywa tak, że za odpowiedziami na te pytania kryje się czyjaś tragedia: bezpłodność, choroba dziecka, problemy finansowe i problemy kogoś z samym sobą. I tym trudniej jest udźwignąć takie pytanie. Takie pytanie robi krzywdę.

I, niekoniecznie teraz oczekuję tłumaczeń się i wyjaśnień, że ktoś nie miał złej tylko dobrą wolę. Właściwie, to mnie to nie za bardzo obchodzi, wierzę w to, że ludzie nie są zwykle złośliwi i nie mają złych intencji.  I dalej, żeby nie było niedomówień, nie jestem bezpłodna, moje dziecko jest zupełnie zdrowe w każdej przestrzeni, nie przymieramy głodem, nasz samochód nie jest najnowszy, ale jeździ i dobrze sobie radzi. Z cerą sobie poradziłam. Poza tym mam świadomość każdego pypka na swoim nosie, każdego ranka przykrywam pypki korektorem, nie mam nadwagi, moja waga jest w normie i podobnie jak z pypkami znam swoją wagę i wiem kiedy mnie mniej a kiedy więcej i ani myślę się z tego tłumaczyć.


To tak na zbliżający się się Nowy Rok. Chrońmy swoje granice i nie przekraczajmy granic innych.
Nie przekraczajmy granic dobrego smaku, face to face i face to book.  Szanujmy się. 

niedziela, 20 grudnia 2015

Świąteczne porządki

Jakiś czas temu zrobiłam głupiutki test pt:"Jaka silna jestem" i wyszło, że twarda jestem.
No uparta rzeczywiście w dążeniach bywam. Chyba, że się zablokuję, wtedy włącza mi się tryb unikania. Unikam jak mogę, nawet nie myślę, kiedy się zablokuję, wystraszę czegoś.

Kiedy jednak postanowię, że zrobię, to zrobię i zaczynam dążyć. Pisałam już tu o tym kilka razy.
Jak robiłam prawo jazdy, jak kupowaliśmy dom, jak zakładałam moją firmę eventową All-fredka.
Na egzaminy na prawo jazdy chodziłam dwa razy w tygodniu, wiedziałam, że będę zdawać aż zdam, niezależnie od "ile razy"- zdawałam więcej niż dziesięć razy. Dom kupowaliśmy z bankiem i ponad dziesięć banków nam odmówiło, zainwestowaliśmy w ten proces nasze wszystkie oszczędności. I kiedy nasz doradca zwątpiła (potem powiedziała, że straciła nadzieję i wiarę, że to się może udać, bo dla banku byliśmy niewiarygodni) bank udzielił nam kredytu i mamy swój kawałek podłogi. Rzecz dla mnie niewyobrażalna. I All-fredka, bywało, że z kolumnami jeździliśmy autobusem, na imprezę autobusem, z całym ciężkim sprzętem, szliśmy potem przez pył w upale z tymi kolumnami. W ciąży prowadziłam imprezy, brakowało mi oddechu, prowadziłam zajęcia taneczne po kilka godzin dziennie, zakładałyśmy przedszkole, robiliśmy remont tegoż przedszkola. To tylko część przykładów, tego, że jeśli się uprę, to będę parła do przodu.

Z drugiej strony w relacjach z ludźmi łatwo mnie zranić, dotknąć kiedy już się otworzę, zaufam, pokocham, potem długo boli i długo liżę rany, przeżywam i przeżywam. Całe szczęście, długo trwa mój proces oswajania się z drugim człowiekiem. Można powiedzieć latami, zanim zaufam i otworzę całe swoje serce. Częściej słucham niż mówię o sobie. Nie mówię, kiedy ktoś nie chce słuchać, nie mam potrzeby. Długo trzymam dystans. I długo się przyzwyczajam do drugiego człowieka.
Nie noszę urazy i naiwnie zawsze wybaczam, pierwsza wyciągam rękę na zgodę. Ale jak zaboli, to zaboli.
Skąd czerpię siły- moi najbliżsi, rodzice, rodzeństwo, Michał i Jeremiasz są moją siłą, i dwoje czy troje przyjaciół, na najbliższych zawsze mogę liczyć, nawet jeśli nie we wszystkim się zgadzamy, nie jesteśmy idealni. Kiedy przychodzą trudne czasy mogę oprzeć się na rodzinie. Mama i tata nigdy mnie nie zawiedli. Pomagali i wspierali w tych najgorszych chwilach życia. Położyli siebie za mnie. Nie jesteśmy idealni i długo się docieraliśmy, nie byłam łatwym dzieckiem i nie jestem prosta jako dorosła. Jestem dzieckiem moich rodziców, więc i oni nie są "najprości" w obsłudze. Nasza relacja pogłębia się i nabiera szlifu i szlachetności.



Mam wspólny interes z siostrą i też bywa ostro. Łatwo nie jest. Ale jest zaufanie i ostatecznie zwycięża miłość. A celem jest stworzenie optymalnego miejsca gdzie dzieci są szczęśliwe i spełnione.

Prawie codziennie rozmawiam z moją mamą przez telefon, czy jest w Polsce czy nie, prawie codziennie rozmawiam z moim tatą, codziennie rozmawiam z moją siostrą Anią, mimo, że każdego dnia spędzamy wiele godzin w jednym miejscu, w przedszkolu. To po pracy dzwonimy do siebie i rozmawiamy. Czemu dziwi się mój mąż, że dorosła kobieta codziennie dzwoni do swojej matki i siostry, z którą spędza długie godziny w pracy.

Kupiliśmy mieszkanie trzypokojowe, ale równie dobrze moglibyśmy kupić kawalerkę, bo przebywamy ja, Michał i Jeremiasz w jednym salonie. I ten salon nam wystarcza. Nie mamy potrzeby być bez siebie. Salon jest pokojem przejściowym pomiędzy kuchnią a pokojem Jeremiasza. I to jest piękne. Będąc w kuchni mam kontakt z salonem, będąc w salonie mam kontakt z Jeremiasza pokojem. Jeremiasz zabiera zabawki ze swojego pokoju i przynosi do salonu.

Jesteśmy bardzo blisko siebie z jednej strony, ale z drugiej każde z nas ma własną przestrzeń i prawo do tej przestrzeni. Nie siedzimy na sobie. Nie kontrolujemy siebie. Jeremiasz może robić ze swoimi rzeczami co chce i jak chce, może mieszać plastelinę, farby, klocki w pudełkach, przynosić badyle i kamienie do domu. I się tym bawić, może bawić się w swojej szafie z ubraniami i siedzieć w niej w środku.

Michał gromadzi swoje kabelki, kawałki czegoś metalowego i trzyma to też w salonie, ładne to nie jest, te wystające kabelki zewsząd. I ja mam kartki, karteluszki, teczki, teczuszki, książki i leżą na kanapie, pod kanapą i ubrania.
W naszym domu nie ma porządku, staram się, żeby było chociaż było czysto. Duży porządek kojarzy mi się z terrorem. I ograniczeniem wolności. I często nie mam siły na sprzątanie.

 Więc generalne porządki robimy raz na jakiś czas i wywalamy niepotrzebne rzeczy.
I dziś, tym wpisem zrobiłam takie , wyjaśniłam sobie pewne sprawy i poukładałam,
 generalne porządki w mojej duszy. Napisałam co jest ważne i cenne dla mnie i we mnie. Przed nami świąteczny czas, warto odgarnąć pajęczyny i posprzątać. Wybaczyć, porozmawiać i przejść ponad.