czwartek, 26 marca 2015

Moja strefa osobista

Każdy człowiek ma podobno strefę osobistą (piszę podobno, bo niektórzy mam wrażenie tej strefy nie mają i włażą w strefy innych z buciorami).
Więc ja tą strefę mam bardzo szeroką i niewielu ludzi wpuszczam w swoją osobistą przestrzeń.
Ale o mnie i moich przestrzeniach nie dziś.
Piszę o mojej strefie, bo dziś została porządnie naruszona.
Pojechałam do Wawy z mojej "wioski pod Warszawą" na chwilkę spotkać się z przyjaciółmi.
Było pysznie. Zjedliśmy lunch w restauracji przy ulicy Emilii Plater (nomen omen sentymentalnie kojarzy mi się ta ulica) w Jung & Lecker. Z czystym sercem polecam.
A potem szybki powrót z powrotem, bo dziecko z przedszkola trzeba odebrać Przedszkole Jaskinia Talentów. Fakt, ze dziecko jest w moim przedszkolu, gdzie opiekuje się nim moja siostra współwłaścicielka przedszkola, nie zmienia faktu, że dziecko z przedszkola zabrać trzeba do osiemnastej, siostra też chce mieć jakieś życie. Po drodze na stację przyjaciółka kupiła sobie buty (buty piękne- zazdraszczam), więc czas się ciut skurczył, ale tragedii nie było.
Na stacji Śródmieście przywitał mnie wielki tłum oczekujących na pociąg. Nie lubię tłumu z tego powodu co pisałam na górze, z powodu tej strefy. Tak wchodząc w ten tłum czułam się lekko przytłoczona.
Od sześciu lat mieszkam pod, pod Warszawą mam na myśli i nie muszę przemieszczać się w tym tłumie na co-dzień. Tylko czasem i to był właśnie ten czas.
Wtoczył się pociąg.
Wtoczyłam się z innymi do środka. Tragedii nie było, było troszkę ciasno, ale nikt nigdzie nie przekraczał mojej strefy, prawie nie przekraczał, do udźwignięcia.
Pan konduktor nie chciał sprzedać mi biletu.
-Zaraz- machnął ręką i zniknął
On może daleko nie ujechać- powiedział chłopiec stojący obok  (taki chłopiec w moim wieku)
Zrobiłam zdziwioną minę.
Jechał godzinę z Warszawy Ochota do Warszawy Śródmieście (normalnie mu to zajmuje mniej niż pięć minut). I rzeczywiście za chwilę, na kolejnej stacji Warszawa Powiśle stanął i stał, a dziecko w przedszkolu, a on stoi bezczelnie.
Otworzyły się drzwi, konduktor wychodząc powiedział.
- On dalej nie pojedzie
Wyszłam za nim.
Nie pojedzie?- zapytałam
- Nie pojedzie- odpowiedział, wsiadł do pociągu i odjechał.
Oniemiałam, jak nie pojedzie, jak pojechał. Patrzyłam jak odjeżdżał.
Na szczęście za nim wjechał drugi, nie do mnie, ale trochę.
Dojechałam do Warszawa Wschodnia i słuchałam skąd będzie odjeżdżał pociąg, bo ten co miał nie pojechać, dotoczył się tu i padł martwy na peronie z którego zwykł odjeżdżać pociąg do mnie, do przedszkola, do dziecka.Czas się kurczył. Telefon wyładował.
Z piątego peronu odjeżdżał pociąg do domu- ogłosiły megafony, z piątego peronu odjeżdżał cały ten tłum który wysiadł z martwego pociągu, ten tłum, który czekał przez godzinę na swój pociąg.
Weszłam w tłum w desperacji, bezczelnie i metodycznie przepychając się do przodu. Wjechał pociąg już prawie zajęty. Tłum zaczął mnie wpychać do środka. Część tłumu się odklejała po drodze do środka. Widocznie są tacy, którzy mają tą sferę mocniejszą niż ja lub nie mają dziecka w przedszkolu. Przyznam miałam problem z wepchnięciem mojej osoby do wewnątrz ciuchci. Wepchnęli mnie Ci za mną, co tez byli w desperacji, bądź lubili takie podróżowanie człowiek w człowieka.
Pociąg jechał, tłum falował na boki zgodnie z siłą ciążenia. Czułam brzuchy, plecy i pupy. Prowadziłam rożne śmieszne dialogi z nieznajomymi mi osobami, bezczelnie podsłuchiwałam rozmowy i chichrałam się z innymi.
Czy było strasznie? No właśnie dziwne, ale nie, nie było strasznie, komfortowo też nie, bo ciasno, bo gorąco, bo te plecy i dupy za przeproszeniem wszędzie. Przypomniały mi się czasy z przed lat, kiedy codziennie rano i po popołudniu jechałam w takim ścisku. I weszłam w ten stary tryb nieodczuwania.
Do przedszkola wpadłam dwie minuty po.
Okazało się, że rodzic innego dziecka też się spóźnił przez ten pociąg co dalej nie pojedzie i wpadł dwie chwile po mnie. Zabrałam dziecko z przedszkola.



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz