środa, 18 września 2019

Moja ciąża nie była czasem najpiękniejszym

Pierwszy raz byłam w ciąży gdy miałam 30 lat, zaszłam w wieku 29 lat a urodziłam na 30- tkę.
I ta ciąża była znośna, uciążliwa, ale znośna, bez mdłości, aktywna do samego porodu (a pracowałam jako instruktor teatralny i instruktor tańca, i animator imprez- klaun z brzuchem wyglądał przezabawnie), dodatkowo był to czas zakładania naszego pierwszego przedszkola.
Wyniki miałam sportowca, słusznie zresztą, bo do 6 miesiąca biegałam, potem brzuch mi przeszkadzał i przestałam biegać, natomiast spacerowałam z psem po lesie z  wielką przyjemnością do samego porodu. Sprawa się rypła przy porodzie, bo poród zakończył się nieplanowaną cesarką na skurczach partych i moją traumą.
To, że mam traumę wyszło przy mojej drugiej ciąży, w którą zaszłam dokładnie 10 lat potem mając lat 39 a rodząc mając 40. Ta ciąża była też planowana, ale bez atencji (pierwsza też bez atencji), na kontrolnej wizycie u ginekologa dowiedziałam się, że jestem w ciąży. A ja myślałam, że mam depresję. Bo od kilku tygodni miałam "padnięty" nastrój, uciekła moja cała energia, został ze mnie balonik pusty flaczek, chciało mi się spać i nie chciało mi się jeść, poza spaniem nic mi się nie chciało.
Początkowo nawet się ucieszyłam z tej ciąży aż do pojawienia się mdłości, bo mdłości były potworne, nie byłam w stanie wstać z łóżka, umierałam. Aż się domyśliłam, że za mdłości odpowiedzialny jest duphaston, przypisany przez <epitety> ginekologa na wszelki wypadek i dowiedziałam się później, że zanim się go przypisze, to bada się poziom progesteronu. Widocznie ja miałam bardzo dużo swojego progesteronu skoro po duphastonie zdychałam dosłownie. Po moim samozwańczym odstawieniu poczułam się o niebo lepiej, ale ostatecznie mdłości miałam do dnia porodu.
Miałam mdłości, było mi słabo, mogłam spać całą dobę (ale nie mogłam, bo musiałam cały czas chodzić siku, nie mogłam, bo musiałam zawozić i odbierać Jeremiasza ze szkoły). I tak się złożyło, że największą dotychczasową inwestycję życia zaczęłyśmy z Anią realizować w mojej drugiej ciąży. Więc czasu na spanie miałam jakby mniej niżby mój organizm chciał a chciał.
Ciąża zdrowa, książkowa, idealne wyniki i zdychająca ja, poza złym czuciem w przestrzeni fizycznej, miałam obniżony nastrój całą ciążę. Było mi smutno, płakałam bez powodu. Jechałam autem i płakałam, bez widocznego powodu właśnie.
Całej ciąży towarzyszyła głównie jedna myśl, a raczej dwie, że to się kiedyś skończy a druga, że ciąża nie jest celem tylko środkiem do celu. To mi dawało jakiś napęd do przeżycia. Kiedy nie MUSIAŁAM robić nic, nie robiłam NIC. Leżałam na leżaku na balkonie i patrzyłam przed siebie albo w niebo, albo spałam w najchłodniejszym pokoju. Bo lato tego roku mieliśmy upalne...

Trauma po pierwszej ciąży objawiła się ogromnym lękiem o Gabrysię i strachem przed porodem naturalnym.
Było we mnie i jest zero zaufania do lekarzy, że będą mnie traktować poważnie i moje odczucia, że coś się dzieje niepokojącego. Bo przy pierwszym porodzie nie zostałam potraktowana poważnie (to nie był jedyny moment kiedy lekarze mieli w.... to co mówię). Ja mówiłam, że rodzę i mam skurcze parte a moja położna i lekarze mówili, że jeszcze nie, bo to za szybko. Aż mi zajrzeli między nogi i okazało się, że rzeczywiście rodzę a potem wszystko potoczyło się bardzo szybko. Ja chciałam rodzić, moje ciało chciało rodzić a oni mnie zawieźli na cc. I trochę z nimi walczyłam, żeby jednak urodzić.
Więc drugiego takiego razu sobie nie umiałam wyobrazić, po prostu nie i już. Wiedziałam, że nie dam rady podejść do porodu naturalnego. Szczęściem w nieszczęściu miałam też wskazania do cc medyczne. W każdym razie tak czy siak, mimo skierowania od mojego gin na cc, musiałam całą procedurę przejść od początku i to co było oczywiste dla mojego gin nie było oczywiste dla Pani dr hab. nadzw. na Solcu. Ostatecznie miałam to cc a ta wyżej wymieniona Pani Wspaniała ustaliła mi termin po moim terminie porodu i Gabrysia zaczęła się rodzić w swoim terminie, sama z siebie.
I rodząc pojechałam na Solec. Solec przywitał mnie niechętnie.

środa, 28 listopada 2018

Lekcja życia

Był taki moment w moim życiu, że wyszłam z siebie i stanęłam obok. Nie było w tym jakiegoś odgórnego planu, czy moich założeń. To się po prostu stało.
To trwa, sama sobie się przyglądam, skupiam się na sobie i swoich potrzebach. Pozwalam sobie być ważna i istotna, szukam tego w sobie, że jestem ważna i istotna. Pozwalam sobie mieć potrzeby i szukam jak je zaspakajać i pozwalam je sobie zaspakajać.
Mniej pracuję, więcej odpoczywam, skupiam się na sprawach ważnych. W pracy robię to co umiem i co chcę robić, i co lubię, najczęściej. Poszłam znowu do szkoły, bo lubię chodzić do szkoły.

Jestem skupiona na sobie i swoich emocjach, szukam gdzie są moje granice, stawiam je i staram się przytrzymać, nie zawsze mi wychodzi a czasem wychodzi bardzo, za bardzo.

Szukam swoich emocji i je przeżywam a nie, że je zakopuję czyt. blokuję i wypycham. Mocno mi w tym pomogła moja szkoła psychoterapii- w tym przeżywaniu i nie blokowaniu, bo żeby skończyć szkołę psychoterapii, trzeba przerobić samego siebie i swoje życie.

Wychodzę z nieswoich ról i wchodzę w swoje role życiowe (mam nadzieję, że tak jest).

Jestem sobą, szukam siebie.

Jestem kobietą. 

Jestem żoną. 

Jestem matką. 

Jestem sobą. 

Szukam prawdy.

Kim jestem?

Szukam prawdy.

Kim jestem i jaka chcę być i nie być.

Przestałam zgrzytać zębami we śnie i zaciskać pięści. 

środa, 11 kwietnia 2018

Prywata.

Napiszę o seksie. Bo o seksie mało się rozmawia i generalnie w kuluarach i oszczędnie. A seks, to bardzo istotny aspekt w związku i w życiu. Jestem monogamiczna, więc będę pisać monogamicznie.

Mam 39 lat i jestem w trzecim poważnym związku.

Wydawać się by mogło, że temat seksu mam ogarnięty i dopracowany, że wiele wiem na temat  swojej seksualności.

Od wielu lat moje pożycie było raczej udane, z związku w związek coraz bardziej udane. Po pierwszych wpadkach, w latach wczesnej młodości, starałam się nic nie robić na siłę (a wiem, że wielu kobietom się to zdarza i historie, które słyszałam krew mroziły w żyłach), nikt mnie jawnie nie zmuszał do praktyk seksualnych różnego rodzaju (a i tu się osłuchałam o takich zmuszaniach), i raczej było miło.
 Ale był jeden raz straszny. I uczynił mi traumę. O tej traumie chcę napisać. Żeby oswajać kobiece mówienie o rzeczach ważnych wprost.

W trakcie on stwierdził, że nie ma jednak chęci. I przerwał nasze tete a tete nagle bez słowa, bo był zły na mnie  (zrobił mi tego dnia awanturę o rachunek źle przeze mnie zapłacony).
I mną wstrząsnęło w tym temacie jak nigdy, poczułam jakbym dostała w twarz. Siedziałam na łóżku zamrożona i nie mogłam się poruszyć. Nic powiedzieć nie mogłam. Naciągnęłam koszulkę z powrotem  i nie pamiętam co było dalej. Mam dziurę w głowie.

Musiałam siebie pozbierać z gleby. I  ciężko mi o tym pisać, ciężko mi było o tym mówić, ale mówiłam i piszę by inne kobiety też mówiły i pisały.

Poczułam się zrównana z parterem a potem zepchnięta do poziomu piwnicy. Moja kobiecość, moja kobieca wrażliwość, moja wiara, że się to da poskładać, wszystko się runęło, ten związek też runął ostatecznie, to był jedyny raz, kiedy ja odeszłam.

Wtedy zaczęło dochodzić do mnie, że mogę się nie godzić na takie traktowanie, że mogę oczekiwać czegoś innego.

Jestem w nowym związku. I okazało się, że seks może być zupełnie inny niż myślałam, że jest. Byłam zaskoczona.

 Tak, dotarło do mnie, że seks, to są fajerwerki, to jest poruszenie ziemi. To nie jest żaden zasrany niczyj obowiązek, tylko przyjemność dla obojga i nikt się nie poświęca w imię małżeństwa czy czyiś potrzeb, czy czegokolwiek innego.
Niektóre kobiety godzą się na seks dla spokoju. Wiele kobiet robi to, żeby ktoś dał im spokój. I robią rzeczy, na które nie mają ochoty. Bo on tego oczekuje. A to jest gwałt na duszy i na ciele dla kobiety.

Kobieto, nie musisz się na to godzić i się poświęcać. Masz święte prawo oczekiwać fajerwerków i poruszenia ziemi pod stopami. Możesz chcieć, żeby było niezwykle, ekscytująco, zaskakująco i satysfakcjonująco. Masz prawo czuć się najpiękniejszą, najbardziej pożądaną na świecie kobietą, jedyną w swoim rodzaju, masz prawo czuć się księżniczką, o którą On się stara i troszczy.
Zawsze.

Tak, to działa w obie strony. On też może oczekiwać. Wzajemne dawanie i zaspakajanie swoich potrzeb, to niezwykły proces, który buduje. Tylko nic się nie wydarzy, kiedy ona lub on nie czują się kochani, bezpieczni, zaopiekowani, podziwiani. I dopisz tu sobie wszystko czego Ty potrzebujesz i podziel to na dwa. Na siebie i na partnera. Ale- to bolesne- nic się nie wydarzy, kiedy nie ma przepływu energii, kiedy gdzieś w Tobie albo w Twoim partnerze jest zadzior. Zranienie, chowanie urazy, nieprzebaczenie, strach, manipulacja, szantaż, brak uwagi, ostrość jakaś, brak dbałości . To wszystko powoduje, że nie ma przepływu. I zaczynasz szukać gdzieś w czymś.
I nie musi to być zdrada. Odpływasz.




piątek, 9 lutego 2018

Nieśmiertelny. Na pamiątkę. Tomek Mackiewicz

Nie wiem dlaczego historia Tomka Mackiewicza wstrząsnęła mną do głębokości. Nie znałam go, nie interesowałam się himalaistami. O tyle, o ile wspinanie się latem, kiedy jest ciepło umiem pojąć swoim umysłem, to wspinanie się na góry potwornie trudne, potwornie niebezpieczne zimą, jest dla mnie nie do pojęcia. Narażać życia nigdy nie miałam potrzeby. Kocham swoje życie i cenię i raczej jestem zachowawcza i ryzyko w żadnej formie mnie nie kręci.

Najpierw Tomkowi kibicowałam i wierzyłam, że ktoś wleci, wlezie na tą dziką górę i Tomka przetransportuje w dół. Im dłużej drążyłam temat, tym bardziej robiłam orient, że to będzie bardzo trudne, wręcz nierealne. Bo nic tam nie wleci, a jeżeli ktoś wejdzie, to i tak z Tomkiem nie zejdzie, bo Tomek gdyby umiał zejść, to by zaczął schodzić. A na plecach znieść się go nie da. Poza tym, żeby tam wejść trzeba się zaaklimatyzować na te wysokości. A czasu nie było.

I kiedy zrozumiałam, że Tomek nie zejdzie, helikopter po niego nie poleci, nikt go nie zniesie, to bardzo mną wstrząsnęło. Cholernie ciężko mi było pogodzić się z tym, że gdzieś w wielkim zimnie, w śniegu, w szczelinie umiera człowiek, zupełnie sam. I nic nie można zrobić. Zupełnie nic.

Zaczęłam szukać wywiadów, artykułów, materiałów z Tomkiem, żeby zrozumieć jakie mechanizmy zawiodły go na tą górę, górę, która go opętała na długie lata, bo próbował ją zdobyć siedem razy i za siódmym razem został na niej na zawsze, tuż przy samym szczycie. Ślepy, bez sił, z krwią w ustach, bardzo daleko od tych, których kochał. Sam.

I dotarło do mnie kilka faktów, Tomek był kiedyś narkomanem, brał heroinę, wyszedł z tego. Potem podróżował po świecie, sam, stopem, bez pieniędzy. Rowerem. Poznawał ludzi. Potem przykleił się jakoś do rzeczywistości, kiedy się ożenił i przyszły na świat jego dzieci. Przykleił się, ale niezupełnie, bo co roku, w zimie lądował w górach, w himalajach na co najmniej dwa miesiące, święta, sylwestra i swoje urodziny przez ostatnie siedem lat spędzał bardzo daleko od swojej rodziny. I wspinał się na Nanga Parbat. Potrzebował tego, by móc normanlie funkcjonować przez resztę roku w swoim kraju, ze swoją rodziną. Na tej górze ładował swoje akumulatory. Dlaczego tak? Nie wiem.

Czy Tomek chciał ryzykować swoim życiem? Nie chciał, mówił wielokrotnie w wywiadach, że nie chce, że kocha swoją rodzinę. Czy Tomek był szalonym ryzykantem i świrem? Moim zdaniem nie był, kiedy go słucham mówi rozsądnie i budzi moje zaufanie. Był oryginałem, był specyficzny, szedł własnym, wytyczonym przez siebie szlakiem życia, czy to potępiam, nie, podziwiam. Był sobą od początku do końca.

Co się stało, że Tomek nie wrócił z Nanga Parbat?
Moim zdaniem, po przeanalizowaniu życiorysu Tomka, doszłam do wniosku, że Tomek miał poprzesuwane granice. Te granice mu się poprzesuwały być może wtedy,  kiedy był narkomanem. A może wcześniej a może później. Ale stawiam na czas narkotyków. Bo kiedy brał,  realnie ryzykował swoje życie a narkotyki go nie zabiły. I kiedy żył na ulicy, żebrał na narkotyki, to przeżył.

Po takich przejściach nabierasz dystansu do życia i przestajesz bać się śmierci (Tomek powiedział w wywiadzie w dtvn, że nie tak łatwo jest umrzeć i ma potrzeby się tego bać, że się umrze), kiedy wyłączy się człowiekowi naturalny strach przed śmiercią to co jest dalej? Co nas ochroni, jeśli nie nasz naturalny strach przed śmiercią? Co nas powstrzyma w porę i uchroni przed niebezpieczeństwem? Co się stać może, kiedy przesuwamy granice strachu, nie liczymy się z nimi, nie zabezpieczamy się, wierzymy w swoją nieśmiertelność, że co nas nie zabije, to nas wzmocni.

Tyle, że kiedy poprzesuwaliśmy te granice i nie słuchamy swojego organizmu, kiedy daje nam sygnały a my mu mówimy jeszcze troszkę, jeszcze kawałek. Dasz radę, potrafisz.To okazuje się, że ostateczną granicą naszego jestestwa, nie jest silna wola a nasz organizm.

Taka piękna pułapka, w którą sama wpadłam, kiedy przez wiele lat nie patrzyłam na granice swojego ciała, organizmu, psychiki tylko parłam w górę. Myślałam dam radę, przetrzymam, wytrzymam, przeżyję, jestem twarda.

I w którymś momencie dotarło to do mnie i puściłam. Skupiłam się na sobie i tym, czego chcę ja, czego potrzebuję ja, na co mam ochotę. Moja silna wola jest tak samo silna jak była, ale mój organizm powiedział stop, skutki były takie jakie były:
masakryczne migreny, gdzie nie działały już żadne leki, ani tryptany ani opiaty, nic,
powycierane zęby i przeskakująca szczęka,
nadwrażliwy żołądek i mega bóle żołądka po każdym jedzeniu
i luki w pamięci. I mega mechanizmy wyparcia, blokady moje.

A jaką cenę zapłacił Tomek Mackiewicz? Najwyższą.
Został na górze, a na dole zostawił cały swój świat.

niedziela, 14 stycznia 2018

Jesteś szalona powiedział mi On

Mam ostatnio zajawkę na stare meble.
I powoli dokonuję wymiany mebli tych współczesnych, kupionych lat niewiele temu na meble stare. Coś tam z nimi robię, zdejmuję lakier, farbę, nakładam nowe. I takie tam.

Ostatnio znalazłam cały zestaw mebli art deco, szafa, toaletka i witryna. Bardzo chciałam tą toaletkę mieć, nawet wyobraziłam sobie gdzie oną postawię. Zawsze marzyłam o tym, żeby mieć toaletkę, moja ukochana ciocia Marysia taką posiadała, a ja jako mała dziewczynka przesiadywałam przed nią i malowałam się cioci malowidłami, zakładałam korale i buty na obcasach i przeglądałam sie w wielkim lustrze toaletki cioci Marysi.
 Marzyłam o takiej toaletce i oto moje marzenie miało się spełnić, ale nie do końca było to łatwe jak się okazało.
Zaproponowałam cenę niewielką, taką na jaką mnie było stać. A właścicielka mnie zastrzeliła swoją propozycją, żebym za tą cenę zabrała wszystkie meble, cały komplet (toaletkę, witrynę i szafę czterodrzwiową o nieeeee).
O! Tyle pięknych mebli i to za taką cenę, że mogłam mieć te wszystkie meble. Meble, które zawsze mi się podobały, bo mają klasę (styl art deco) a cena mocno symboliczna.
Łaaaaa!
Tyle, że te meble nie miały możliwości zmieścić się w moim mieszkaniu, wcale nie takim małym, ale już mocno obstawionym moją pasją zbieractwa. I pomyślam, dobra, wymienię te meble, moje sprzedam po taniości, oddam może nawet jak nikt nie bedzie chciał kupić a tamte wezmę za ten bezcen. I zaczęłam się z Pańcią umawiać kiedy przyjadę po meble.
I okazało się, że meble mieszkają w Wałbrzychu (400 km od Warszawy). A w moim dużym aucie się nie zmieszczą a nawet gdyby się zmieściły, to ja nie dam rady w tą i z powrotem 400 km pokonać.
Ale i tak się by nie wlazły, więc o czym my tu...
Mój P. stawił opór na te meble, bo odkąd jesteśmy razem ciągle gdzieś jeździmy i coś przywozimy, potem to tachamy na górę. I on po ostatniej szafie powiedział, że na więcej się nie pisze. I, że ja jestem szalona. Ale nie powiedział nie. Poprosił, żeby go za bardzo nie angażować w te meble.

I ja bardzo się zastanawiałam co zrobić, myślałam cały weekend. Byłam na tak, bo wiadomo i byłam na nie, bo bardzo mi sie nie chciało ruszać całej tej machiny.
Ale co tam, chciałam być księżniczką i mieć własną toaletkę.
Sprawdziłam cenę rynkową tych mebli i one normalnie są dziesięć i więcej razy droższe. Więc nawet z ceną transportu dalej się opłacało. Robiliśmy ostatnio jakieś remonty, dach trochę, auto jak zwykle i średnio to widziałam. Finansowo wyglądało tak, że będzie bardziej oszczędnie do końca miesiąca a ciągle na coś oszczędzamy i mam już dość.

Ico? I znalazłam przewoźnika, nieco tańszy niż pozostali i on tam pojechał złożył szafę, bo by nie wyszła z domu, zabrał meble i mi je przywiezie w nadchodzącym tygodniu.
P. nie był zachwycony, że się zdecydowałam, zdziwiony też nie był, podobnie jak moja rodzina i przyjaciele też się nie zdziwili, że te meble kupiłam. Mama mówiła "kupuj, kupuj, będziesz miała pieknie". Moja mama też kupuje meble i jeszcze obrazy. Tata mówił "Nie, nie kupuj staroci, po co Ci to", a to przez tatę mnie naszło na starocie, bo on pierwszy sprezentował mi stary fotel i komodę. I zabrał mnie na targ staroci. I tak się zaczęło.

I teraz ja próbuję pozbyć się obecnych, żeby wstawić te art deco sobie do domu. Część już ludzie obiecali zabrać. Została szafa, wielka szafa, którą chcę sprzedać albo oddać. Wolałabym sprzedać, ale oddam jak nie sprzedam.

***

Mozna powiedzieć, że jest ogarnięte. Jutro ludzie przyjadą i pozabierają moje meble. Wielką szafę też, pojutrze przyjadą meble z Wałbrzycha. Trzymajcie kciuki, żeby wszystko się udało. I żebym nie została bez mebli zupełnie, bo jedne odjadą a drugie nie przyjadą.

sobota, 23 grudnia 2017

"Zamążpójście"

Wyszłam za mąż. Za mąż poszłam.
Dziwnym sposobem bycie żoną daje mi poczucie bezpieczeństwa, dziwnym, bo to nie pierwszy raz wychodzę za mąż. A mimo to dalej się upieram, że lubię być żoną. To taka deklaracja, że chcę być z kimś na zawsze, zawsze chcę a nie zawsze mi wychodzi. Właściwie tylko raz ja kogoś porzucałam, bo poprzednie razy, to ja byłam zostawiana. Nie umiem odchodzić. I nie wiem jak to się stało, że udało mi się odejść.

I wyszłam za mąż. Obyło bez wielkiego olaboga. W spokoju to się wydarzyło. Na ślubie była moja najbliższa rodzina, która wiernie przychodzi na moje wszystkie śluby, chociaż tata w toaście nam życzył, żeby tym razem był to słuszny wybór, też mam taką nadzieję, że tym razem to już ostatni raz i razem dobrniemy do brzegu a rzeka nie będzie rwąca, tylko spokojnie sobie popłyniemy.  Przyszli goście, najbliższa rodzina i moja kochana przyjaciółka.
 Mój Jeremiasz z córką siostry Tosią podali nam obrączki, wzruszająco.

Był obiad i dobra atmosfera. Tort i dużo uśmiechów do nas płynących i dobrych życzeń.
***
Zmęczona byłam walką z moim przeznaczeniem, upieraniem się, że nie mogę być szczęśliwa z moim partnerem do końca, że przecież coś musi uwierać, coś musi być niezaspokojone, gdzieś musi brakować, musi być tarcie, trzeba się poświęcać, coś tracić, siebie na ołtarzu małżeństwa złożyć i dać się podpalić.
Od jakiegoś czasu nie walczę. Nie docieram się, jestem z sobą pogodzona. Nie poświęcam się dla dobra idei. Jest mi dobrze. Nie mam potrzeby realizowania się gdziekolwiek indziej, nie mam potrzeby na dodatkowe relacje, które zaspokoją mi to, czego partner nie umie zaspakoić. Nie jestem skawałkowana. Trochę tu, trochę tam. Kiedyś mi powiedziała dobra koleżanka, że ona z partnerem lubi podróżować i coś tam jeszcze lubi robić, ale nie umieją razem rozmawiać, rozmawiać lubi ze swoim przyjacielem, bo z partnerem lubi inne rzeczy, przecież nie można mieć wszystkiego w jednej osobie. Dało mi to do myślenia. I ja myślałam podobnie, że nie można mieć wszystkiego.
Dziś jestem w jedności, ciała i duszy. Wszystko w jednym kawałku.
Z moim mężem lubię wszystko.
Z moim mężem lubię do kawiarni pójść, z moim mężem lubię oglądać te same filmy, z moim mężem lubię jeździć na wakacje, z moim mężem lubię chodzić na wspólne obiady do restauracji.
Razem chodzimy do kina i do teatru, razem robimy wypady na miasto.
My lubimy robić wszystko razem. I ja i on.On i ja. Razem.
 Czy jest idealnie, nie zawsze jest idealnie. Czy się kłócimy, czasem się kłócimy aż wióry lecą. Czy mamy różne zdania na te same tematy, zdarza nam się mieć inne zdania i każdy broni swego jak lew. Czy lubimy razem rozmawiać, uwielbiamy ze sobą rozmawiać. Czy on mnie denerwuje, czasem mnie denerwuje jak szlak. Czy ja go denerwuję, a kogo ja nie denerwuję... Bywam denerwująca. Tylko czuję, że jesteśmy jednym puzzlem. Kiedy mam go obok, to już nic mi nie brakuje i im bliżej on jest tym lepiej jest mi ze sobą, zniknęła mi potrzeba walki o własną przestrzeń, o czas tylko dla siebie. Zniknęła mi potrzeba własnej autonomii. Nie duszę się, nie potrzebuję uciekać do lasu. Oddycham lekko. Czy znalazłam przepis na życie? Znalazłam swoje szczęście. Dziś jestem szczęśliwa, wczoraj byłam szczęśliwa, jutro będę szczęśliwa, czy zawsze będę szczęśliwa, nie wiem, ale bardzo bym chciała. Czy się nie boję, boję się jak nie wiem co, mam swoje zmory i strachy.
***
Czy czegoś mi brak? Tak, czasu, mam wrażenie, że mam za mało czasu.
Dni tak szybko mijają. Łapię chwile.



piątek, 24 listopada 2017

W mechanizmach izmach.

Jechałam rano do pracy dziś. Właściwie jechałam z Jeremiaszem do szkoły, bo przed pracą zawożę Jeremiasza do szkoły. Mój eks do mnie zadzwonił. Oddzwaniam a on jest dla miły. Odpowiada w miły sposób. Kończymy rozmawiać. A ja jestem w konsternacji. Włącza mi się mechanizm, że jestem złą kobietą. Bo mój eks jest miły, nie krzyczy na mnie, nie oskarża mnie, nie obraża, nie drwi ze mnie, nie szuka dziury w całym, nie krytykuje. I wpadam w poczucie winy. Jestem złą kobietą, zostawiłam go a przecież On jest MIŁY, potrafi być MIŁY, umie.
P o w o l i  badam swój mechanizm, o co chodzi, skąd to poczucie winy we mnie. I dociera do mnie, że to przemocowy mechanizm, współuzależnieniowy. Tak czują, tak kochają kobiety w przemocowych relacjach: przecież bywa miły, przecież powiedział, że mnie kocha, przecież jest dobrym tatą, przecież są od niego gorsi. I tkwią w przemocowych relacjach. Bo bywa czasem miły.

I ja badam siebie i sama sobie głupia tłumaczę, że jestem głupia. Bo to za mało, że umie był miły.

Wielką trudnością jest dla mnie, że bardzo dużo nie pamiętam z mojego byłego związku, pamiętam mój płacz, pamiętam bezsilność, pamiętam wrażenie usidłania. Ale nie pamiętam dlaczego i o co się kłóciliśmy, dlaczego nocami chodziłam po pustych ulicach. Nie pamiętam nic i nie mogę sobie przypomnieć n i c  z a  n i c. Pamiętam panikę i pisanie pozwów rozwodowych. Ale co było powodem, o co się sprzeczaliśmy nie wiem.
Globalnie pamiętam, że kłóciliśmy się o nasze rodziny, gdzie pojedziemy na święta, że za dużo moja rodzina mnie odwiedza i za dużo korzysta z naszej, mojej właściwie gościnności i, że ja nie lubię jeździć do jego rodzinnego domu. To prawda nie lubiłam jeździć i każdy wyjazd odkupywałam migreną, migrenowałam częst całe wyjazdy do Jego domu. To był czas bardzo intesywnej pracy dla mnie, studiów i po prostu nie miałam siły na wyjazdy. Chciałam zostać w domu. Ja ogólnie jestem dzika, nie za bardzo lubię być całowana, przytulana (w tej chwili przykładowo lubię jak mnie przytula mój syn, mój <3 i dzieci mojej siostry, i moje dzieci przedszkolne jak się przytulają a więcej to jeszcze moja przyjaciółka jedna i tyle) i te wszystkie powitania, pożegnania bardzo mnie krępowały i stresowały. Ja jeszcze jem inaczej niż większa część społeczeństwa, nie jem nie piję nic od krowy, nie jem glutenu, nie jem cukru, nie lubię właściwie zup. Piję kawę bezkofeinową z mlekiem sojowym. Oczywiście ja mogę jeść swoje rzeczy i zabieram swoje, tyle, że czuję się jak ufo, kiedy ktoś pyta co będę jeść a ja nie wiem jak mam powiedzieć, że właściewie to nic. Ja nie mam do zarzucenia moim teściom nic (rodzicom eks), na prawdę nic, bardzo się starali i bardzo chcieli, żebym była zadowolona w ich domu. Ale to było niemożliwe, bo mnie krępowało właściwie wszystko. A zatem globalnie pamiętam, że ciągle się kłóciliśmy o nasze rodziny, ale kiedy o co, to juz zupełnie nie. Czarna dziura.

Moja teściowa próbowała się do mnie dodzwonić przez kilka miesięcy zanim się rozwiodłam z jej synem a ja się zacięłam i nie byłam w stanie odebrać telefonu od niej. Nie moglam odebrać telefonu od niej, bo coś się we mnie zablokowało i nie umiałam z nią porozmawiać. To kolejny mój izm. Blokuję się i nie jestem powiedzieć nic. Coś mnie zrani, zaboli i blokada. Nie powiem już nic. Potrzebuję czasu, żeby się zebrać i powiedzieć co boli, a boleć może każde nieopatrznie wypowiedziane słowo, bo przywołało jakieś trudne wspomnienie. I nagle ciach, blok. I ten, którego kocham, wie, że trzeba cierpliwie poczekać aż zacznę mówić, że to nie manipulacja z mojej strony, ja nie mówię co się stało, bo manipuluję, ja nie mówię bo nie potrafię wydobyć głosu z gardła.

Milczę a emocje we mnie narastają, milczę i czekam sama na siebie a ten obok mnie też czeka. Spokonie czeka. Aż zacznę mówić co mnie boli. I powoli słowo za słowem zaczynam mówić.


Zdaje się, że dzisiaj nie ma puenty. Wyrzuty sumienia, które rano mnie dopadły wieczorem zupełnie ode mnie odpadły po wieczornej rozmowie z moim eks, kiedy nie zdecydował się odpowiedzieć na moje pytanie, czy mogę mu jutro przywieźć naszego syna, bo mam całodniowe szkolenie, od rana do nocy. Powiedział, że jest w pracy, zapytałam czy może zająć się jutro Jeremiaszem, powiedział, że przecież jest w pracy i musi kończyć, zapytałam czy mogę przywieźć mu Jeremiasza, odpowiedział, że jest w pracy i musi kończyć, ja pytałam a on tak odpowiadał conajmniej ze cztery razy. Dlaczego nie rozumiem, że on teraz jest w pracy, rozmawiał ze mną, mówiąc, że nie może rozmawiać, ale odpowiedzi na moje pytanie czy może zająć się swoim dzieckiem nie uzyskałam, po prostu się rozłączył kiedy do niego mówiłam. On często się rozłącza w połowie moich słów. Wchodzi do mojego domu i się nie wita ze mną ani się nie żegna. Kiedy ja go witam czy żegnam nie odpowiada.
Nigdy nie wiem kiedy przyjedzie spotkać się ze swoim dzieckiem. Często ma wyłączony telefon, kiedy ma włączony telefon to po prostu nie odbiera, cały dzień nie odbiera ode mnie telefonu, nie oddzwania nigdy. Ja obecnie dzwonię tylko w sprawach naszego dziecka. Często w pilnych sprawach. Gówno go to obchodzi. Zostawiłam go, nie musi się angażować w sprawy naszego dziecka, nie musi się o nic martwić, bo go zostawiłam, problemy naszego dziecka, to teraz wyłącznie moje problemy i mojego gacha.

Więc przestałam się czuć złą kobietą.

***Tyle w temacie moich mechanizmów***




piątek, 20 października 2017

metoo "Supełek"

Piszą kobiety, piszą o molestowaniu seksualnym. Pierwszy mój odruch "mnie to nie dotyczy".
Potem, powoli dociera do mnie, że tak, mnie to TEŻ DOTYCZY. Dotyczy mocniej niżbym tego chciała. "Jezu, nie, nie będę o tym pisać". Nie będę o tym pisać, bo to grząski temat i nie wiem dokąd mnie zaprowadzi. 

Kiedy trzy lata temu pozwoliłam sobie na myślenie, że też byłam ofiarą przemocy, to się okazało, że byłam i dalej jestem. A potem zaszły tak drastyczne zmiany w moim życiu osobistym,  że nigdy bym nie przypuszczała, że coś takiego może się jeszcze mi zdarzyć. Świat mi się przekręcił do góry nogami.

I teraz nie wiem dokąd zaprowadzi mnie myślenie "tak byłam molestowana". Jest we mnie wstyd, jest we mnie opór, żeby to ruszać. I jest we mnie tyle nie osobiście moich historii o molestowaniu, historii strasznych, historii, które nosiłam w sobie miesiącami i dalej je w sobie noszę. Historii gdzie winny nie został nigdy ukarany. Że myślę sobie- moje molestowanie to pikuś. Ale to nie jest PIKUŚ. 

O tych nie moich historiach  pisać nie będę, one zostały mi powierzone w tajemnicy i zostaną we mnie tajemnicą. Prawdziwą tajemną, przeklętą wiedzą, wspomnieniami mordercami dusz. 

Ja mam swoje wspomnienia. I podzielę się nimi, ale niechętnie. Bo mam mdłości kiedy o tym myślę i czuję coś na kształt obrzydzenia, kiedy myślę o nich: 

1. Wujek, który patrzył na mnie dziwnym wzrokiem i łapał mnie za kolana i kiedyś w nocy próbował wejść do mojego pokoju, ale głos cioci go zatrzymał. 

2. Starszy ode mnie kilka lat sąsiad, który mnie klepnął w pupę na klatce schodowej, szedł za mną po schodach. Miałam ze dwanaście lat może.

3. Młody chłopak ocierający się o mnie w autobusie, gdy już byłam dorosła. 

4, 5, 6, 7, 8, 9, 10, 11, 12, 13, 14................................................................................................................30, 40, 50...............................∞ I mnóstwo wypowiadanych do mnie seksistowskich, obleśnych tekstów na imprezach, spotkaniach towarzyskich, spotkaniach biznesowych. Uwag, na które robiło mi się niedobrze i miałam ochotę kolesiowi trzasnąć w mordę. Propozycje seksu składane przez nieznajomych na ulicy, 
kilku z tych facetów za mną szło najpierw, więc zatrzymywałam się wciekła i pytałam "czego chcesz"? I wyjasniałam potem, że ja nie jestem zainteresowana. Liczne "niemoralne" propozycje. 

Jest we mnie straszna niezgoda na męskie ciągle nagabywania, nawiązywania, porównywania wszystkiego do seksu, dupy, cycków i sama jeszcze nie wiem czego, i angażowania mnie w te rozmowy. Jestem zła, jestem wściekła, że faceci pozwalają sobie wobec mnie na te obrzydliwe komentarze. 

Jakim prawem mnie zaczepiacie i przekraczacie moją imtymność. Więc tak, nie życzę sobie, nie chcę i mnie to nie bawi. Czuję się niezręcznie. 

Na koniec zostawiłam historię, która jest jak wisienka na torcie. Bo jest najbardziej. Zaraz się dowiecie dlaczego jest Historią Najbardziej. 

Miałam wtedy trzynaście a może dwanaście, a może nawet jedenaście lat- nie pamiętam. Pojechałam ze starszą cioteczną siostrą i jej koleżanką na wakacje. Zatrzymaliśmy się na mojej wsi. Miejscu bezpiecznym, dla mnie znanym najbardziej. Mieszkałam na tej wsi jako dziecko. Mieliśmy tam domek parterowy. Gdy miałam sześć lat wyprowadzilismy się do miasta. 

Z dziewczynami spałyśmy na podwórku, w namiocie. Jak przygoda, to przygoda.

Pewnej nocy obudziłam się, coś mnie obudziło, takie dziwne uczucie a obok leżał M., kilka lat starszy sąsiad. M. miał może wtedy osiemnaście, dwadzieścia lat. Nie znaliśmy się, nie rozmawialiśmy nigdy, bo ja byłam dzieciak a on dużo starszy. Aż dorosłam. 

M. bawił się moim trampkiem, nie wypowiedział tej nocy ani jednego słowa. Najpierw pogłaskał mnie po kolanie. potem po udzie. Jego ręka powoli jechała do góry. A do mnie powoli docierało co się dzieje. 

Gdy ręka była już bardzo wysoko powiedziałam "NIE" i ręka zatrzymała się. Obok spała moja starsza cioteczna siostra a dalej jej koleżanka. Dziś, kiedy to analizuję, to myślę sobie, że M. nie mógł pozwolić sobie na nic więcej. Zabrał się więc i poszedł sobie. Nie mam w sobie emocji żadnych. Nie czuję właściwie nic jak o tym piszę. Tylko gdzieś głęboko we mnie zaciska mi się supełek. 

niedziela, 8 października 2017

Jeremiasz poszedł do szkoły

Zupełnie nie chcę pisać o szkole, zdaje się, że mam uraz czy coś. Bo jak myślę o szkole Jeremiasza, to mam mdłości. Jeremiasz przechodzi to lżej, a może takie mam tylko wrażenie, że lżej. W każdym razie lepiej ode mnie śpi i lepiej je. Ja mam z tym problemy. Mam też problemy z zaakceptowaniem szkoły samej w sobie, w takiej formie w jakiej ona funkcjonuje.
Otarliśmy się o szkołę państwową, Jeremiasz otarł się osobiście i fizycznie, wręcz boleśnie, ja mniej dosłownie, ale równie intensywnie.
Znalazłam dla Jeremiasza szkołę małą, kameralną, parterową, integracyjną, zależy mi, żeby Jeremiasz miał w klasie dzieci z orzeczeniami, integracyjną- dwie panie, 14- cioro dzieci. Szkołę państwową znalazłam, chciałam nie płacić za szkołę.

Pierwszy dzień: świetlica, dwóch uczniów bije trzeciego, początkowo dla wszystkich jest to zabawa, potem dwóch przewraca trzeciego, zdejmuje mu majtki i daje klapsy. Myślę sobie- przynajmniej to nie dotyczy mojego dziecka. Matka Egoistka.

Drugi dzień: chłopiec ze starszej klasy bierze mojego syna za ręce z tyłu i prowadzi go do szatni a tam przypiera buzią do ściany i daje klapa w tyłek, w tym momencie reaguje nauczycielka i odciąga tego chłopca od mojego chłopca. Myślę sobie- przynajmniej nauczyciel zareagował w porę.

Trzeci dzień: dwóch chłopaków bije się na korytarzu szkolnym (korytarz klas 1- 2)reszta dzieci krzyczy: bitka, b i t ka, b i t k a. Nauczycielki rozdzielają chłopców. Mój mówi "Mamo miałem
takie dziwne uczucie w brzuchu". Jezu, nie chcę, żeby moje dziecko miało takie uczucia w swoim brzuszku (moim zdaniem ciągle jeszcze małym brzuszku).

Czwarty dzień: dzwoni dzwonek, pani od wf u otwiera klasę, wpuszcza dzieci i wychodzi, nie ma jej 10 min., w tym czasie chłopiec z trudnościami- 9 latek próbuje siadać na inne dzieci- ja nie wytrzymuję i reaguję, i pytam mojego syna: "Jeremiasz podoba Ci się kiedy ten chłopiec- dajmy na to Marcin- siada na Ciebie? Nie podoba mi się, odpowiada moje dziecko. Marcin zejdź z Jeremiasza, jemu to się nie podoba".
Wpada pani od wf u "Uciekamy rodzice, uciekamy"- fuka na nas, na mnie i jeszcze jedną mamę, która stoi obok mnie milcząca. Nie mam słów. Rozmawiam z dyrektorem, przesympatycznym i otwartym na współpracę facetem. Rozmowa mnie nie uspokaja. Zastanawiam się co przyniesie kolejny dzień.

Piaty dzień: Jeremiasza odbiera tata. "Mamo- w wolnej chwili mówi Jeremiasz- jeden chłopiec na przerwie uderzył mnie w usta i się przewróciłem" pode mną ugięły się nogi. "Jak to się stało- pytam spokojnie i cicho, trzymam swoje emocje- opowiedz mi". Jeremiasz o szczegółach opowiada niechętnie. Chłopców było trzech, początkowo to była zabawa, potem dla chłopców dalej była to zabawa, ale dla mnie już nie- było ich trzech, z drugiej klasy, jeden to ten, co wcześniej ciągnął Jeremiasza za ręce. Przyparli mojego syna do ściany i trochę postukali, na koniec jeden strzelił go z pięści w usta, tak, że Jeremiasz upadł. z ust poleciała krew. Usta miał porozcinane w kilku miejscach jeszcze przez kilka dni.

Zrobiło mi się miękko w środku i niedobrze. Nie uniosłam sytuacji. Nie dźwignęłam.

Jeremiasz do tej szkoły nie poszedł już. chodził do niej miesiąc, bez tygodnia.
Po tej historii, której nie uniosłam rozmawiałam z wychowawczynią, psychologiem i dyrektorem.
I każdemu z nich powiedziałam własnie, że nie uniosłam, nie dźwignęłam, że nie czuję się bezpiecznie, że nie ufam, że nie wyobrażam sobie, żeby Jeremiasz miał chodzić do szkoły i wracać z rozbitą wargą. Wszyscy okazali mi zrozumienie.

Przeniosłam Jeremiasza do szkoły innej, prywatnej.
I zabrałam Jeremiasza z tej innej szkoły prywatnej,  po tym jak dyrektor szkoły przez tydzień nie znalazła czasu, żeby się ze mną spotkać i podpisać umowę, zabrałam go po tym jak wychowawczyni pierwszej klasy, do której Jeremiasz już chodził cztery czy trzy dni, gdy wychowawczyni w trakcie pierwszej rozmowy poinformowała mnie, że ma bardzo zdolne dzieci i połowa czyta bardzo dobrze a druga połowa mniej dobrze, ale też czyta. A Jeremiasz nie czyta i męczy mu się ręka jak pisze i jak nie czyta, to nie umie przeczytać polecenia i ona musi mu mówić CO JEST NAPISANE, bo jak zadanie jest trójstopniowe, to Jeremiasz nie pamięta wszystkiego od razu. Pani ma w klasie 6 dzieci, w tym jedno pod opieką nauczyciela wspomagającego i nieczytający Jeremiasz stanowi dla mniej problem. Chciałam to wyjaśnić z dyrektorką, ale nie odbierała mojego telefonu przez dwa dni. Nie chciałam, żeby moje dziecko było dla kogoś problemem, szczególnie w miejscu gdzie co miesiąc muszę zostawiać kupę pieniędzy. Chciałabym, żeby nauczyciel skupił się na moim dziecku a nie na tych innych bardziej zdolnych. Więc dyrektorka nie odbierała telefonu a mi się chciało płakać, bo myślałam sobie, że nie umiem współpracować z tak niepoważną placówką.

I przeniosłam Jeremiasza do kolejnej placówki, też prywatnej, ale którą odrzuciłam z różnych względów na początku. Wróciłam do niej. Porozmawiałam z dyrektorką, powiedziałam, że Jeremiasz jeszcze nie czyta i t o wcale jej nie wprowadziło w zdziwienie. I kolejnego dnia Jeremiasz pojechał do kolejnej szkoły. Niezbyt chętnie. Trochę miał już dość. Ja też miałam dość.

W nowej szkole w klasie są dzieci mieszane wiekowo i klasowo, Jeremiasz jest pierwszakiem, jest jeszcze dwóch drugoklasistów i jeden trzecioklasista i jeden zerówczak. Wszyscy w jednej grupie. Pani wychowaczyni jakoś posiada zdolność ogarniania dzieci na różnych poziomach umiejętności.

Udało mi się to poukładać, mimo, że szkoła jest dalej niż poprzednie i nie ma za bardzo świetlicy. Musiałam jakoś powklejać Jeremiasza integrację sensoryczną, korektywę i logopedę. A chcemy jeszcze teatr i wokal gdzieś dorzucić. Ale to za chwilę, jak się wdroży Jeremiasz w nowy sposób funkcjonowania.

Nowa szkoła Jeremiasza jest dosyć specyficzna, nie prowadzi rankingów, nie wiadomo, które dzieci są najlepsze, a które nienajlepsze. Są w tej szkole dzieci z różnymi trudnościami i dysfunkcjami. Nikt się nie dziwi, że Jeremiasz nie czyta a on właściwie czyta, proste wyrazy zaczął czytać.

Przez kilka kolejnych dni Jeremiasz pyta rano,  do której szkoły jedzie dziś.

czwartek, 10 sierpnia 2017

Kiedy siebie zakopiesz głęboko pod ziemię

Czy Ty masz potrzeby?

Jakie masz potrzeby?

Jakie są Twoje potrzeby?

Czy myślisz o sobie?

Dbasz o siebie?




Dbasz o siebie? 

O innych owszem, o męża, o dziecko, najbliższych, przyjaciół, psa, kota, myszę.

A o siebie? 


Siebie stawiałam na samym końcu. 



I często nawet nie myślałam o tym, że ja mam potrzeby jakieś. Każdą przyjemność własną musiałam dla siebie wywalczyć i wyrwać, kawę z przyjaciółmi, teatr.
Większość mojego czasu przez ostatnie 15 lat, to mega harówa i pęd.

Z tego pędu wypadłam dopiero teraz. I zastanawiam się. 
Myślę, że przecież ja też jestem ważna, ale może nawet bez "też".
Ja jestem ważna.
Ja mam potrzeby.
Moje potrzeby są ważne.
Mam prawo chcieć zaspokajać swoje potrzeby. Fizyczne, mentalne, psychiczne.


Mam wrażenie, może mylne, że kobiety mają tendencję do odkładania swoich potrzeb na sam koniec.
I kiedy zaspakajamy potrzeby innych, jedna po drugiej, jedna za drugą, po kolei, tego jest tak dużo i tak bardzo, że do swoich potrzeb nie docieramy wcale. 

***
Do mnie to powoli dochodzi powolutku świadomość, że mam potrzeby, że te potrzeby są ważne, że powinnam dążyc do tego, żeby je zaspokoić. Powinnam dbać również o swój komfort i swoje dobre samopoczucie, że ja jestem również ważną częścią samej siebie. Dziecko, mój partner, rodzina, przyjaciele, znajomi, przypadkowo spotkani ludzie są ważni, ale ja również jestem ważna. 



Uczę się tego. Uczę się pytać siebie czy mam siłę na to czy na tamto, czy mam ochotę, czy mi się chce, czy lubię. Bo przez długi czas, może całkiem  długo starałam zaspakajać potrzeby innych, nie swoje. 

I na dobre mi to nie wyszło...




Psyt: Zdjęcia robiłam na szlaku Barania Góra

czwartek, 8 czerwca 2017

W idealnym świecie nie ma mnie

Wrzucają ludzie idealne fotki, odbicia w zwierciadle.
Idealne dzieci, idealni partnerzy, idealna, szczupła figura, idealne wakacje.
Uśmiechy, idealne uśmiechy, idealni doskonali ludzie.

Trudno przyznać się, że nie jest idealnie. Trudno przyznać się, że jest ciężko.
Trudno przyznać się, że dieta nie działa, no może i by zadziałała, ale nie udało się
tej diety utrzymać, nie udało się być dobrą żoną, matką i kochanką.
Nie udało się małżeństwo, nie zawsze udaje się być dobrą mamą, nie zawsze dotrzymujemy terminów, nie mamy siły posprzątać domu, ugotować obiadu a dziecko żywi się frytkami z piekarnika i pizzą.

Mam dużo planów, posprzątać balkon, ogródek. Przychodzi sobota, pierwsza wolna od kilku tygodni a ja nie mam siły wygrzebać się z piżamy, łóżka. O 12:00 jemy śniadanie i powoli budzimy się do życia. Potem zamiast ogarniać balkon czy ogródek jedziemy na kawę, ciastko i lody.

Na początku tygodnia robimy plan działania, listę co trzeba zrobić. Na pierwszym miejscu ostatnio jest auto, bo ciągle coś, w każdym miesiącu coś. W tym wymiana oleju i wszystkich filtrów. Niby nic, a jednak kilkaset złoty w kieszeni mniej. W tamtym miesiącu wymienialiśmy jakiś pasek a w poprzednim sprzęgło. Są jeszcze potrzeby Jeremiasza, buty na lato, ale nie zwykłe, korekcyjne, trening słuchu, stomatolog. Nie zawsze udaje nam się zrealizować wszystkie punkty z listy.

Dochodzą niespodziewane wydarzenia. Plus jest taki, że niespodziewane wydarzenia powodują dobre zmiany i włączają myślenie i szacunek do życia. Plus jest taki, że ustawiają się priorytety. Plus jest taki, że schudłam przy okazji na lato. Plus jest taki jeszcze, że dowiaduję się na kim mogę polegać i kto mnie wspiera mimo moich trudnych wyborów.

I minus jednocześnie, bo zawiodłam się przeokrutnie.

Minus jest też taki, że jak zwykle przy stresie mój żołądek odmówił współpracy i tydzień cały nie miałam możności wyprostować się do końca, bo mnie zginało w pół, pewnego dnia myślałam, że nie wstanę z łóżka i nie pójdę do pracy, ale w końcu wstałam i poszłam. Umówiłam się nawet w desperacji na
wizytę u lekarza, Ale zanim, brzuch mnie przestał boleć. Dałam mu probiotyki i zadziałało. Na szczęście.

Czy jest jakaś puenta? Tak, że ustawiły mi się priorytety. Tak, że ważne stały się rzeczy najprostsze.
Tak, że postawiłam granice.

Największa zdobycz mojej psychiki.
Postanowiłam, przestać ratować świat.


Dla odprężenia ratuję stare, opuszczone meble. Nic w przyrodzie nie ginie.
I maluję drewniane skrzynki na pastelowe kolory.





poniedziałek, 22 maja 2017

A ziemia toczy, toczy swój garb uroczy, toczy się los.

Nie piszę nic,
nic o moim życiu. Prawie nic.

Pracuję.
Spektakl mój i mojej Asi, był na festiwalu, została wyróżniona
nasza główna bohaterka Kaczątko. Za kreatywność.

Wiosna przeleciała, przypełzło lato. Przestałam marznąć.
Nazbierałam staroci. Moja nowa pasja, odnawianie starych mebli i
dawanie im nowego życia.

Czekam aż M. wyprowadzi resztę swoich rzeczy z domu.
Bo mam zupełnie zagracony jeden pokój. Stoją Jego wzmacniacze, światła,
kolumny, głośniki i mnie bolą. Łypią na mnie z wyrzutem w oku, nie chcę,
żeby na mnie patrzyły. Śrubki, kabelki, śrubokręty.








A właśnie śrubokręty, Jeremiasz zaczął przedwczoraj rozkręcać swoje zabawki, najpierw wielkim śrubokrętem, potem zażyczył sobie małego do małych śrubek. Rozkręcił wszystkie ciuchcie, ciuchcie, które same jeździły po torach.

Już nie jeżdżą, czekają aż Jeremiasz je poskręca.

Tata Jeremiasza zawsze coś skręcał i rozkręcał, Geny. Nie wydłubiesz. Ciekawi mnie co ja mu przekazałam w genach. Co wyssał z mlekiem matki? Wielką wrażliwość czasem trudną do uniesienia, ale też dającą możliwość odczuwania świata i ludzi?
Miłość do sztuki, teatru, muzyki? Wewnętrzne rozedrganie? Możliwe.
Byle był szczęśliwy, byle czuł się szczęśliwy.
Byle bezpieczny, żeby miał marzenia i, żeby się nie bał marzyć.



A ja, a ja marzę, żeby dożyć spokojnej starości przy tym, którego kocham. To są moje marzenia. Moje marzenia, to szczęśliwy Jeremiasz.










Musi coś rąbnąć, żeby przewartościowało się życie, żeby cegiełki ważności wskoczyły na swoje miejsce. Kawa na balkonie i ptaki w świerkach. To moje marzenia.



poniedziałek, 13 marca 2017

Podwójne dno ciąg dalszy

Jestem chrześcijanką. Wierzącą kobietą, wierzę, że Jezus umarł za moje grzechy i dzięki Niemu i jego ofierze mogę być zbawiona. Nie dzięki sobie i swoim poczynaniom. I całe szczęście, bo gdyby było inaczej, poszłabym do piekła. Bo jestem grzesznikiem i popełniam błędy. Ale Jezus umarł za mnie i moje grzechy, i dzięki Niemu jestem wolna.

I właśnie przez swoją wiarę byłam przekonana, że nie mogę odejść od męża, co by nie było, chyba, że zdradza. Ale kiedy nie zdradza? Jest jaki jest, ale nie zdradza? To nie mogę. I już.

Tak myślałam przez wiele, wiele lat, płakałam, modliłam się, bo przecież byłam i jestem wierząca, płakałam, próbowałam rozmawiać, wychodziłam z domu w nocy i chodziłam po pustych ulicach, i chodnikach. Nie widziałam rozwiązania. Przez wiele, wiele lat. Myślałam, że tak trzeba.

Że nie zdradza, nie bije, nie bierze narkotyków, nie pije, przynosi pieniądze do domu. I chciałam wierzyć, że to wystarczy. Że musi tak być, że nie trzeba oczekiwać więcej.
A Bóg mówi, że jest dla mnie pełnia, jaka pełnia? Pełnia życia, szczęście i spełnienie w Nim, ale i w moim życiu. Jaka pełnia? Pełni nie było od lat, potem już nawet nie rozmawialiśmy. M. mówił, że przychodzę do domu i nie rozmawiam z nim. Nie rozmawiałam rzeczywiście, zatrzasnęłam się, zablokowałam, żeby już nic nie czuć. Żadnych emocji. Nie chciałam, żeby docierały do mnie słowa, że jestem głupia, że moi przyjaciele są głupi, że moja rodzina jest głupia, że jestem złą matką, że się źle zajmuję swoim dzieckiem, że mnie wykorzystuje siostra. I nie rozmawiałam, nie mówiłam, zatrzasnęłam się bez świadomości. Nawet nie wiem kiedy dokładnie to się wydarzyło. Czasem jeszcze szlak mnie trafiał. I tak było ostatnim razem, że wyciągnął jakiś stary temat i od wejścia mojego do domu mnie zaatakował, tak się właśnie czułam- atakowana i musiałam cały czas się bronić. I coś mi pękło w środku.
Potem kolejne zdarzenie i znowu coś mi w środku trzasnęło.

Dotarło do mnie nagle, że nie dam rady tak dalej żyć, że coś się we mnie skończyło. Jeszcze przez chwilę czekałam, że on coś z tym zrobi, że się opamięta, że doń dotrze. Ale nie, był tylko zły, strasznie zły, wściekły a ja dalej byłam winna wszystkiemu.

Nie wiem na ile przyczyniła się moja znajomość z Kimś Innym, pewnie się przyczyniła, chociaż ja świadomie tego tak nie czułam, do mnie docierało z siłą wodospadów w jakim miejscu jestem i jak bardzo spieprzyłam swoje życie. Ale motorem napędowym nie była Nowa Znajomość. Nie zostawiłam M., bo chciałam być z kimś innym. Nie wytrzymałam, nie byłam w stanie sobie wyobrazić, że mogę dalej być z M, że możemy dalej żyć razem, mieć wspólne dni, lata. Nie byłam w stanie tego unieść.

Do czego zmierzam, bo właściwie do czegoś zmierzam. Byliśmy wczoraj w Kościele. Jestem protestantką. Te protestanckie społeczności działają inaczej niż katolickie, są bardziej zwarte, z wyboru, ludzie się znają, przyjaźnią i.
Byłam w Kościele, bo dalej jestem wierząca, dalej chcę być blisko Jezusa, dalej chcę. W Tym Kościele zdarzają się nasi wspólni przyjaciele i znajomi. Moi i M. Żaden z tych przyjaciół nie zadzwonił do mnie i nie zapytał co się stało, chociaż znali mnie wiele lat i znali mój system wartości.

Zadzwonił jeden, w innym celu, żeby mi coś zakomunikować, zadzwonił ten, który odwiedzał regularnie nasz dom, wyżalał się, szukał pocieszenia, wsparcia, modlitwy i ja to razem z nim wszystko przerabiałam, wiele godzin, przez wiele tygodni, miesięcy, wielogodzinne rozmowy o nim i o jego życiu. Nie wypominam i nie żałuję, że wspierałam go przez kilka lat. I on zadzwonił i mi powiedział, że nie chce mnie znać, bo Bóg mu na to nie pozwala. I dwa tygodnie temu spotkaliśmy się w Kościele. Przechodziłam obok. Spotkaliśmy się wzrokiem. Przyjaciel. Na dobre i złe.

Wczoraj w Kościele spotkałam innego. Przyjaciel, któremu swojego czasu mogłam pomóc- lubię pomagać, kiedy wyszedł z więzienia i potrzebował wsparcia i pomocy, zaufałam mu. Mimo jego więziennej przeszłości, nie oceniłam kiedy ożenił się z dużo, dużo starszą od siebie kobietą, uroczą zresztą i przemiłą kobietą. I cieszę się zresztą, że są razem i są szczęśliwi.
Siedziałam w Kościele, nabożeństwo się rozpoczęło już, on wchodził z żoną swoją, spotkaliśmy się wzrokiem, potrząsnął głową na mój widok i pokręcił. Poczułam jakbym dostała w twarz.  Żadne z nich nie zapytało co się stało i dlaczego-  ani on, ani żona jego. Przemiła i urocza kobieta.

Potem rozmawiałam z innym, wspólnym znajomym moim, ale bardziej rodziny M, poznałam go u rodziców M. Zaczepił mnie sam z siebie. Były ksiądz, przywitał mnie, porozmawialiśmy chwilę, wiedział o moim rozwodzie. Był miły i normalny. Porozmawiał ze mną, pożegnał się i poszedł.

Rozmawiałam jeszcze z inną parą takich znajomych, najpierw przyszła ona, potem jej mąż. Przywitać się. Zwyczajnie przyszli się przywitać.

Dobrze, że już przyszła wiosna, ale nie przyszła do wszystkich.
Niektóre serca są zamrożone.







środa, 22 lutego 2017

"Oto historia z kantem, co podwójne ma dno"

Zastanawiam się czy pisać o tej historii czy może lepiej nie pisać.
Bo może lepiej nie, może przejść nad tym i pójść dalej.
Ale jak?

Matrix dosięgnął mnie. I powoli po raz kolejny zbieram się w jeden kawałek.

Facebook wczoraj zaproponował mi nowych znajomych.

A wśród nich mojego byłego męża.

Patrzyłam na jego zdjęcie z moim synem i nie mogłam uwierzyć w to co widziałam.
Ciężko mi to było ogarnąć moim umysłem, powoli docierało, że wszyscy jego znajomi, dla mnie są zupełnie nieznajomi. Zupełnie obcy mi ludzie, ani jednego wspólnego znajomego komentującego jego posty.

 A tam jakby drugie życie.
Inni znajomi, nikt kogo znam, nikt.
Nikt z rodziny. Właściwie wszyscy byliśmy oszukiwani.
Dotarło do mnie jak obuchem dlaczego nie zabierał mnie na firmowe imprezy, dlaczego nie poznałam nikogo z jego pracy.

Na zdjęciach tylko on i nasze dziecko.
I pies.
I kot.

Ale mnie nie było nigdy na tym profilu.
Podwójne życie mojego jeszcze wtedy męża. Profil istnieje od 2013 roku. Do 2015 nic się chyba nie działo. Chyba, bo oglądałam profil z pozycji kogoś obcego, a nie znajomego. Więc nie wiem, co oglądają znajomi. Natomiast  działa regularnie od 2015 roku,
gdzie jeszcze nasze małżeństwo też się działo.
Jego wpisy, komentarze i serduszkowe polubienia jakiś dziewczyn.
Dziesiątki dziewczyn, twarzy, których nie znam.

Nie powiem, zabolało mnie. Bo działo się, kiedy był mój, ale k... nie mój.

Okazało się, że jego znajomi i moi znajomi są w tej samej branży (muzyczno, filmowo- teatralnej) i facebook uznał, że powinnam poznać drugą twarz M. Jakże ja się cieszę, że nie stało to się wcześniej, że jestem w innym miejscu, że mam się na kim oprzeć i kocha mnie ktoś inny i szanuje. Że nie udało mu się zniszczyć mojego życia. Że opatrzność nade mną czuwała. I piekło otwarło swoją czeluść kiedy już mnie nie mogło połknąć.

Na wszelki wypadek.
Na wszelki wypadek gdyby mój były zdecydował się zablokować i usunąć swój drugi, alternatywny profil, to porobiłam screeny. Gdyby ktoś mi nie uwierzył, chociaż mam świadków, którzy widzieli ten alternatywny profil, mogę udostępnić screeny.
Nie napiszę jak nazywa się ten nowy profil. Zaraz tam polecicie go oglądać. Może facebook sam Wam powie. A może M się ujawni i połączy swoje światy.

wtorek, 7 lutego 2017

Powoli mija rok

Powoli mija rok. Mniej więcej w tym czasie rok temu zaczyna do mnie docierać gdzie jestem i jak wygląda moje życie. Powoli odkrywam jak strasznie jestem zmęczona swoim życiem. I jak mało jestem szczęśliwa w swoim życiu prywatnym. Jak żyję w wyłączeniu i nie słucham co On do mnie mówi. Nie dopuszczam do siebie

T y c h  s ł ó w

J e s  t  e  ś     g  ł u   p i  a

J e s t e       ś     g ł u p i     a
 J e s t eś

N i e   j e s t e m

N i e  m a  m n i e

 nie istnieję, n
ie czuję


***


Zacząć czuć z powrotem, kiedy się już nic nie czuje nie jest łatwo.

***

On pisze, że nie może widywać się z dzieckiem ile by chciał. Kto Go ogranicza? On sam.
Sam decyduje ile i kiedy chce być ze swoim synem. Czy chce ze swoim dzieckiem przeżywać swoje życie. Czy chce z nim pójść do dentysty, lekarza. Czy chce spędzić z cały swój wolny dzień, ale nie- On ma swoje sprawy. Ja go zdradziłam, zostawiłam, nie będzie mi pomagał, odciążał. Nie będzie przeoraganizowywał swojego życia. Bo WINNA jestem ja.





***

I On potem na śmieciowym portalu społecznościowym pisze, żali się, że nie może spędzać ze swoim dzieckiem tyle czasu ile by chciał. Ależ możesz. Tyle ile chcesz. Możesz być tatą na pełen etat. Właściwie nigdy nie powiedziałam nie, chyba, że gdzieś akurat byliśmy, czy coś poważnego zaplanowaliśmy. A tak, zawsze. Mimo, że dzwonisz chwilę przed i oczekujesz pełnej gotowości.

A jak nie odbiorę telefonu od razu, to mam  P u s ty łep, bo przecież nie dzwonisz dla przyjemności.






***

Łatwo jest ocenić drugą osobę i przypiąć jej łatkę. Łatwo osądzić. I myśleć o niej źle.
A tak ciężko wyjść z przemocowego związku, tak ciężko nie dać się presji. I pójść na opak. I ciężko zaczynać od początku. zaczynać się uczyć zaufania do drugiej osoby od początku. Ciężko jak szlak.



środa, 21 grudnia 2016

Tupu tup na śniegu, skrzypu skrzyp na sankach, malujemy łazienkę

W domu w najgorszej formie była łazienka.
I zbierałam się w sobie, żeby tą łazienkę jakoś uratować, pomóc jej być piękniejszą albo przynajmniej, żeby nie była już taka brzydka.

Zaczęliśmy od tapet. Znaczy On zaczął Jak ja byłam w pracy zaczął. I napisał w między nieczasie, że ma ochotę upić się w trupa. Nie wiedziałam o co Mu chodzi. Przyszłam do domu i zorientowałam się co miał na myśli. Tapeta, ta ohydna, niebieska tapeta (nie ja ją wybierałam, ona była w tym domu przede mną) nie dość, że nieprzyjemna dla oka, to na dodatek nie do zdarcia. Zrywaliśmy ją pazurami do późnej nocy. A łazienka jest malutka... Potem to już On coś robił z Tą łazienką, czymś polewał, coś zaklejał, wygładzał i taśmą obklejał. I malował...

A w między nieczasie pracowaliśmy, ogarniałam imprezy dla dzieci. Postanowiłam uprać Strój Mikołaja na imprezę wczorajszą Mikołajową. I uprałam wraz ze strojem jeszcze dwie czerwone skrzacie czapeczki. I tak się jakoś stało, że czapeczki puściły farbę i biały puszek od stroju Mikołaja stał się różowoblady i rękawiczki Mikołaja stały się różowoblade, peruka i broda. Jak to zobaczyłam, to chciało mi się płakać. Brodę i perukę miałam na zapas, bez rękawiczek się Mikołaj obędzie, ale puszek różowy zamiast białego? Sic.

Odprułam wszystkie różowe puszki i przyszyłam nowe, śnieżnobiałe, bo jakie miałam wyjście? Nie miałam innego :/ Szlak mnie trafiał, bo moja maszyna do szycia średnio lubi grube materiały szyć i nitka co rusz mi się rwała a ja klęłam pod nosem. I szyłam. Bo jakie miałam wyjście? Nie miałam innego.
Ale doszyłam, uszyłam, zrobiłam to. On w tym czasie malował pięknie łazienkę. A potem pojechał na nocną zmianę do pracy.

Rano wrócił i pojechaliśmy na ostatnią imprezę w tym roku. Impreza mimo, że dzieciowa, to na poważnie, bo firmowa. Przeżyliśmy, Wróciliśmy i On poszedł spać. A ja zrobiłam wielkie uf.
Zostały do pomalowania dwie łazienkowe ściany na żółto. I to byłoby na tyle.

Wesołych Świąt
spędzonych z tymi, których kochacie.
Niech Wam się dobrze a nie źle dzieje.

środa, 23 listopada 2016

Już nie pędzę

Przez ostatnie naście lat pędziłam. Życie w biegu. Robiłam wiele rzeczy jednocześnie. Kończyłam szkoły, kursy, spotykałam się z wieloma ludźmi.
Zarabiałam pieniądze. Też. Bo ostatecznie pracowałam na dwa etaty.

I teraz jakby mnie zatrzymało. Odechciało mi się. Czekam na wolny dzień, weekend, popołudnie. Czekam, żeby usiąść na kanapie z kubkiem kawy czy herbaty obok mojego dziecka.  Albo w kuchni, w fotelu naprzeciw.

Miałam pójść na kolejne studia. Nie poszłam. Nie miałam ochoty walczyć z czasem i przestrzenią. Tak jak w poprzednie lata.

 Nie chce mi się pędzić, nie chce mi się być bizneswoman, nie chcę nawet być towarzyska, nie chcę robić makijażu w samochodowym lusterku na czerwonych światłach.

Nie miałam czasu posadzić kwiatków na balkonie, a kiedy już je zasadziłam, bo się uparłam, nie miałam czasu usiąść na balkonie i na nie popatrzeć. Dostrzegłam ususzone kikuty już tuż przed zimą. Zabolało.

Zastanawiam się dziś gdzie ja byłam i dlaczego byłam- w tym pędzie? Czego szukałam, czego nie miałam?
Za czym biegłam?

Bardzo dobrze to działało na niemyślenie. Na niezastanawianie się. Miałam powyznaczane cele i do nich dążyłam. Dawało mi to satysfakcję. Emocje zrzucałam w teatrze. I nie wiem gdzie bym była gdyby nie teatr w moim życiu. To był mój wentylek, przez który schodziło ze mnie napięcie jak powietrze z balonika.

I o ten teatr były karczemne awantury. Że mnie nie ma, że nie dość, że mnie nie było, to jeszcze teatr i ostatnio bardzo rzadkie spotkania z przyjaciółmi. Za to były wyrzuty. Bałam się odbierać telefony w trakcie spotkania, bałam się pytania: gdzie jesteś i potok słów, odsuwałam słuchawkę od ucha i słuchałam z daleka.  Bo już pod koniec nie mówiłam gdzie jestem. Bo bałam się. On nie wychodził nigdzie. Z nikim. Tylko się wygrażał, że wyjdzie, gdzieś pójdzie. Ale nie poszedł, nie chciał wychodzić nawet ze mną. Nigdy nie poszliśmy razem na kawę do kawiarni, może nie nigdy, ale nie wiem czy kiedyś.

Więc uciekałam. Sama przed sobą. Uratował mnie teatr.

niedziela, 13 listopada 2016

Szukam siebie


Szukam siebie. Tego kim jestem i czego tak naprawdę potrzebuję.
Swoje potrzeby zepchnęłam gdzieś i nawet nie wiedziałam czego potrzebuję.
Te najbliższe, najważniejsze zepchnęłam w głąb siebie.

I teraz zaczęłam orientować, że nie wiem kim jestem. Orientować jakie mechanizmy kierowały i kierują mną
i napędzają.

Dzień po sprawie rozwodowej, na którą czekałam siedem miesięcy, dzień po rozprawie, kiedy przestałam być żoną rozchorowałam się strasznie. Miałam zawalone zatoki, wszystkie, czołowe, przynosowe i szczękowe. Bolało mnie wszystko, głowa, policzki, buzia w środku i żołądek, nie wiem czemu bolał mnie żołądek, zginało mną w pół.

Ja taka chora i pojechaliśmy wymienić opony na zimowe. I na zimowych oponach odjechał mój syn ze swoim tatą do swojej babci. Nie mogłam unieść myśli, że będzie jechało moje dziecko na letnich oponach. Czekałam na zmianę opon, poszliśmy na spacer. Tam były tylko pola i domy. Zimno jak szlak. Zamarzaliśmy.

Ja rzadko choruję, ostatni raz tak bardzo to chyba z 10 lat temu albo więcej, kiedy malowałam obdrapane mieszkanie na warszawskiej Pradze, pootwierane okna a potem biegałam prawie goła w lekkiej sukience na weselu przyjaciółki i skończyło się zapaleniem płuc. Jak nie mogłam oddychać to poszłam do lekarza. I wtedy się wyłożyłam. I teraz. W nocy obudziłam się, było mi bardzo źle, dostałam gorącą herbatę, olejek miętowy do inhalacji i zaczęłam się odtykać.

***

Jakoś moje własne potrzeby były mało ważne, ważne zawsze były potrzeby innych. I zaspokojenie ich. I teraz kiedy ktoś mi przynosi w nocy gorącą herbatę i wrzątek z olejkiem eterycznym do inhalacji, to ja się dowiaduję, że ja mam potrzeby, że potrzebuję wsparcia i pogłaskania po głowie.

I zalewa mnie.

Zalewa mnie.

Zalewa mnie dziwne uczucie.

***
Dziwne uczucie

Nie wiem kim jestem
 Potrzebuję się przejrzeć w Twoich oczach,
żeby wiedzieć kim jestem
I czego chcę

***

I dowiaduję się, że to czego zwykle potrzebowałam, to już tego nie potrzebuję, że to substytut. Bo ktoś zrobił mi herbatę w środku nocy. Bo komuś udało przebić się przez ścianę. Do mnie.

środa, 26 października 2016

Mój czarny protest

Ciało kobiety jest domem.
Jest początkiem życia.
A początek to początek i wiemy dokładnie gdzie jest ten początek.
Początek jest na początku.

Możemy filozoficznie, bądź dla własnej wygody duszy ustalić inny początek człowieczeństwa.
Dla mnie osobiście początek nowego życia zaczyna się na ściance mojej macicy. Czy mi się to podoba czy nie.

Dorosłość. To odpowiedzialność.
I zawsze kiedy jest seks może powstać nowy człowiek.
I ja osobiście biorę odpowiedzialność za swój seks.

Jestem dorosła i odpowiedzialna za to co robię. I kiedy nie planuję zostać mamą w ciągu najbliższego roku zabezpieczam się. Ale gdzieś z tyłu głowy mam, że kiedy jest seks może być dziecko. I ja to biorę na siebie. Liczę się z tym i przyjmuję to. Czy to dobry czy niedobry czas na dziecko.

Bo jestem dorosła i staram się być odpowiedzialna za swoje życiowe działania. Kiedy jadę autem i niechcąco skasuję inny samochód, to biorę za to odpowiedzialność, mimo, że nie chciałam i staram się nie wjeżdżać w inne samochody. A ile poważniejsze jest życie drugiego człowieka.

Ja nie ruszam tematu gwałtu, bardzo chorego dziecka, zagrożenia życia, bardzo dużej presji otoczenia. Tego nie ruszam.

Ale ruszam tą przestrzeń, że mogę, ale nie chcę. Bo niewygodnie, bo muszę z czegoś zrezygnować, bo będzie ciężej niż jest, bo teraz mi jest dobrze i nie chcę tego komfortu psuć.
I dla mnie to niepojęte, by dla tego komfortu dokonać aborcji. Wydłubać sobie z siebie kawałek nowego życia, człowieka, który mimo, że wersja mini, to jednak człowiek.

Tego nie umiem.

poniedziałek, 10 października 2016

Pożegnanie

Nauczył mnie chemii, nie rozumiałam tej chemii zupełnie a byłam w pierwszej klasie liceum. Dostałam kolejną jedynkę, chyba trzecią z kolei i wylądowałam u niego w domu, na jakiejś wersalce siedziałam obok. bardzo się wstydziłam Go, bo był starszy i mnie onieśmielał. Ale okazał tak sympatyczny, że przestałam się krępować i tak mi wytłumaczył chemię, że przestał mnie boleć brzuch przed drzwiami chemiczki. I nie dostawałam palpitacji serca na dźwięk dzwonka przed lekcją chemii. A chemii i chemiczki bali się wszyscy.

 Mieliśmy wspólnych przyjaciół. I spotykaliśmy się przy okazji i rozmawialiśmy, bo On mnie zawsze zagadnął, co słychać, Ostatni raz Go widziałam w górach, na wyjeździe firmowym, integracyjnym. Sto lat temu.

Był mądry, bardzo mądry. Informatyk. Rzadko spotyka się tak mądrych ludzi. Tak utalentowanych.
Niezwykłych.
Był dobry, ciepły i szczery. Prawdziwy. Rzadko się spotyka tak dobrych ludzi.
Takiego go pamiętam. Takiego mam Go przed oczami dziś.
Innego nie umiem sobie wyobrazić.

Dużo o nim wiem, mieszkaliśmy w tym samym miasteczku, gdzie dużo się wie o sobie.
O Jego domu, rodzinie. Małe miasteczka tak mają.

Miał czterdzieści lat, poważnie chorował.
Ciężko chorował.

Byłam na Jego pogrzebie.
Pogrzeby omijam.

Chcę pamiętać ludzi żywych, chcę mieć ludzi żywych przed oczami,
nie w trumnie. Już samo myślenie o tym powoduje u mnie dreszcze.
I robi mi się mdło.

Na ten pogrzeb pojechałam. Odszedł bliski mi człowiek.

Chorował poważnie. Nie wiedziałam.
Nikt prawie nie wiedział.

Nikt prawie.

W Kościele zobaczyłam moich dawnych przyjaciół. To mną wstrząsnęło.
Zobaczyłam ich.
Tych, z którymi kiedyś spędzałam każdy dzień.
Nie tak sobie wyobrażałam to spotkanie.
Nie widziałam ich tyle lat, a tak czułam jakbyśmy się  widzieli się wczoraj.

Zobaczyłam Żonę, dzieci. Widziałam siłą powstrzymywane łzy Żony.
Wstrząsnęły mną te łzy. Miałam w środku potrzebę przytulić.
Nie można przytulać obcej Żony, można złożyć kondolencje.

Nie udźwignęłam. Uciekłam, nie poszłam odprowadzić trumny na cmentarz.
Nie umiałam złożyć kondolencji Żonie, czułam jak boli przez wszystkie kościelne ławki.
Odjechałam.

Do widzenia Borówa.
Do zobaczenia w innym, lepszym świecie.