środa, 21 grudnia 2016

Tupu tup na śniegu, skrzypu skrzyp na sankach, malujemy łazienkę

W domu w najgorszej formie była łazienka.
I zbierałam się w sobie, żeby tą łazienkę jakoś uratować, pomóc jej być piękniejszą albo przynajmniej, żeby nie była już taka brzydka.

Zaczęliśmy od tapet. Znaczy On zaczął Jak ja byłam w pracy zaczął. I napisał w między nieczasie, że ma ochotę upić się w trupa. Nie wiedziałam o co Mu chodzi. Przyszłam do domu i zorientowałam się co miał na myśli. Tapeta, ta ohydna, niebieska tapeta (nie ja ją wybierałam, ona była w tym domu przede mną) nie dość, że nieprzyjemna dla oka, to na dodatek nie do zdarcia. Zrywaliśmy ją pazurami do późnej nocy. A łazienka jest malutka... Potem to już On coś robił z Tą łazienką, czymś polewał, coś zaklejał, wygładzał i taśmą obklejał. I malował...

A w między nieczasie pracowaliśmy, ogarniałam imprezy dla dzieci. Postanowiłam uprać Strój Mikołaja na imprezę wczorajszą Mikołajową. I uprałam wraz ze strojem jeszcze dwie czerwone skrzacie czapeczki. I tak się jakoś stało, że czapeczki puściły farbę i biały puszek od stroju Mikołaja stał się różowoblady i rękawiczki Mikołaja stały się różowoblade, peruka i broda. Jak to zobaczyłam, to chciało mi się płakać. Brodę i perukę miałam na zapas, bez rękawiczek się Mikołaj obędzie, ale puszek różowy zamiast białego? Sic.

Odprułam wszystkie różowe puszki i przyszyłam nowe, śnieżnobiałe, bo jakie miałam wyjście? Nie miałam innego :/ Szlak mnie trafiał, bo moja maszyna do szycia średnio lubi grube materiały szyć i nitka co rusz mi się rwała a ja klęłam pod nosem. I szyłam. Bo jakie miałam wyjście? Nie miałam innego.
Ale doszyłam, uszyłam, zrobiłam to. On w tym czasie malował pięknie łazienkę. A potem pojechał na nocną zmianę do pracy.

Rano wrócił i pojechaliśmy na ostatnią imprezę w tym roku. Impreza mimo, że dzieciowa, to na poważnie, bo firmowa. Przeżyliśmy, Wróciliśmy i On poszedł spać. A ja zrobiłam wielkie uf.
Zostały do pomalowania dwie łazienkowe ściany na żółto. I to byłoby na tyle.

Wesołych Świąt
spędzonych z tymi, których kochacie.
Niech Wam się dobrze a nie źle dzieje.

środa, 23 listopada 2016

Już nie pędzę

Przez ostatnie naście lat pędziłam. Życie w biegu. Robiłam wiele rzeczy jednocześnie. Kończyłam szkoły, kursy, spotykałam się z wieloma ludźmi.
Zarabiałam pieniądze. Też. Bo ostatecznie pracowałam na dwa etaty.

I teraz jakby mnie zatrzymało. Odechciało mi się. Czekam na wolny dzień, weekend, popołudnie. Czekam, żeby usiąść na kanapie z kubkiem kawy czy herbaty obok mojego dziecka.  Albo w kuchni, w fotelu naprzeciw.

Miałam pójść na kolejne studia. Nie poszłam. Nie miałam ochoty walczyć z czasem i przestrzenią. Tak jak w poprzednie lata.

 Nie chce mi się pędzić, nie chce mi się być bizneswoman, nie chcę nawet być towarzyska, nie chcę robić makijażu w samochodowym lusterku na czerwonych światłach.

Nie miałam czasu posadzić kwiatków na balkonie, a kiedy już je zasadziłam, bo się uparłam, nie miałam czasu usiąść na balkonie i na nie popatrzeć. Dostrzegłam ususzone kikuty już tuż przed zimą. Zabolało.

Zastanawiam się dziś gdzie ja byłam i dlaczego byłam- w tym pędzie? Czego szukałam, czego nie miałam?
Za czym biegłam?

Bardzo dobrze to działało na niemyślenie. Na niezastanawianie się. Miałam powyznaczane cele i do nich dążyłam. Dawało mi to satysfakcję. Emocje zrzucałam w teatrze. I nie wiem gdzie bym była gdyby nie teatr w moim życiu. To był mój wentylek, przez który schodziło ze mnie napięcie jak powietrze z balonika.

I o ten teatr były karczemne awantury. Że mnie nie ma, że nie dość, że mnie nie było, to jeszcze teatr i ostatnio bardzo rzadkie spotkania z przyjaciółmi. Za to były wyrzuty. Bałam się odbierać telefony w trakcie spotkania, bałam się pytania: gdzie jesteś i potok słów, odsuwałam słuchawkę od ucha i słuchałam z daleka.  Bo już pod koniec nie mówiłam gdzie jestem. Bo bałam się. On nie wychodził nigdzie. Z nikim. Tylko się wygrażał, że wyjdzie, gdzieś pójdzie. Ale nie poszedł, nie chciał wychodzić nawet ze mną. Nigdy nie poszliśmy razem na kawę do kawiarni, może nie nigdy, ale nie wiem czy kiedyś.

Więc uciekałam. Sama przed sobą. Uratował mnie teatr.

niedziela, 13 listopada 2016

Szukam siebie


Szukam siebie. Tego kim jestem i czego tak naprawdę potrzebuję.
Swoje potrzeby zepchnęłam gdzieś i nawet nie wiedziałam czego potrzebuję.
Te najbliższe, najważniejsze zepchnęłam w głąb siebie.

I teraz zaczęłam orientować, że nie wiem kim jestem. Orientować jakie mechanizmy kierowały i kierują mną
i napędzają.

Dzień po sprawie rozwodowej, na którą czekałam siedem miesięcy, dzień po rozprawie, kiedy przestałam być żoną rozchorowałam się strasznie. Miałam zawalone zatoki, wszystkie, czołowe, przynosowe i szczękowe. Bolało mnie wszystko, głowa, policzki, buzia w środku i żołądek, nie wiem czemu bolał mnie żołądek, zginało mną w pół.

Ja taka chora i pojechaliśmy wymienić opony na zimowe. I na zimowych oponach odjechał mój syn ze swoim tatą do swojej babci. Nie mogłam unieść myśli, że będzie jechało moje dziecko na letnich oponach. Czekałam na zmianę opon, poszliśmy na spacer. Tam były tylko pola i domy. Zimno jak szlak. Zamarzaliśmy.

Ja rzadko choruję, ostatni raz tak bardzo to chyba z 10 lat temu albo więcej, kiedy malowałam obdrapane mieszkanie na warszawskiej Pradze, pootwierane okna a potem biegałam prawie goła w lekkiej sukience na weselu przyjaciółki i skończyło się zapaleniem płuc. Jak nie mogłam oddychać to poszłam do lekarza. I wtedy się wyłożyłam. I teraz. W nocy obudziłam się, było mi bardzo źle, dostałam gorącą herbatę, olejek miętowy do inhalacji i zaczęłam się odtykać.

***

Jakoś moje własne potrzeby były mało ważne, ważne zawsze były potrzeby innych. I zaspokojenie ich. I teraz kiedy ktoś mi przynosi w nocy gorącą herbatę i wrzątek z olejkiem eterycznym do inhalacji, to ja się dowiaduję, że ja mam potrzeby, że potrzebuję wsparcia i pogłaskania po głowie.

I zalewa mnie.

Zalewa mnie.

Zalewa mnie dziwne uczucie.

***
Dziwne uczucie

Nie wiem kim jestem
 Potrzebuję się przejrzeć w Twoich oczach,
żeby wiedzieć kim jestem
I czego chcę

***

I dowiaduję się, że to czego zwykle potrzebowałam, to już tego nie potrzebuję, że to substytut. Bo ktoś zrobił mi herbatę w środku nocy. Bo komuś udało przebić się przez ścianę. Do mnie.

środa, 26 października 2016

Mój czarny protest

Ciało kobiety jest domem.
Jest początkiem życia.
A początek to początek i wiemy dokładnie gdzie jest ten początek.
Początek jest na początku.

Możemy filozoficznie, bądź dla własnej wygody duszy ustalić inny początek człowieczeństwa.
Dla mnie osobiście początek nowego życia zaczyna się na ściance mojej macicy. Czy mi się to podoba czy nie.

Dorosłość. To odpowiedzialność.
I zawsze kiedy jest seks może powstać nowy człowiek.
I ja osobiście biorę odpowiedzialność za swój seks.

Jestem dorosła i odpowiedzialna za to co robię. I kiedy nie planuję zostać mamą w ciągu najbliższego roku zabezpieczam się. Ale gdzieś z tyłu głowy mam, że kiedy jest seks może być dziecko. I ja to biorę na siebie. Liczę się z tym i przyjmuję to. Czy to dobry czy niedobry czas na dziecko.

Bo jestem dorosła i staram się być odpowiedzialna za swoje życiowe działania. Kiedy jadę autem i niechcąco skasuję inny samochód, to biorę za to odpowiedzialność, mimo, że nie chciałam i staram się nie wjeżdżać w inne samochody. A ile poważniejsze jest życie drugiego człowieka.

Ja nie ruszam tematu gwałtu, bardzo chorego dziecka, zagrożenia życia, bardzo dużej presji otoczenia. Tego nie ruszam.

Ale ruszam tą przestrzeń, że mogę, ale nie chcę. Bo niewygodnie, bo muszę z czegoś zrezygnować, bo będzie ciężej niż jest, bo teraz mi jest dobrze i nie chcę tego komfortu psuć.
I dla mnie to niepojęte, by dla tego komfortu dokonać aborcji. Wydłubać sobie z siebie kawałek nowego życia, człowieka, który mimo, że wersja mini, to jednak człowiek.

Tego nie umiem.

poniedziałek, 10 października 2016

Pożegnanie

Nauczył mnie chemii, nie rozumiałam tej chemii zupełnie a byłam w pierwszej klasie liceum. Dostałam kolejną jedynkę, chyba trzecią z kolei i wylądowałam u niego w domu, na jakiejś wersalce siedziałam obok. bardzo się wstydziłam Go, bo był starszy i mnie onieśmielał. Ale okazał tak sympatyczny, że przestałam się krępować i tak mi wytłumaczył chemię, że przestał mnie boleć brzuch przed drzwiami chemiczki. I nie dostawałam palpitacji serca na dźwięk dzwonka przed lekcją chemii. A chemii i chemiczki bali się wszyscy.

 Mieliśmy wspólnych przyjaciół. I spotykaliśmy się przy okazji i rozmawialiśmy, bo On mnie zawsze zagadnął, co słychać, Ostatni raz Go widziałam w górach, na wyjeździe firmowym, integracyjnym. Sto lat temu.

Był mądry, bardzo mądry. Informatyk. Rzadko spotyka się tak mądrych ludzi. Tak utalentowanych.
Niezwykłych.
Był dobry, ciepły i szczery. Prawdziwy. Rzadko się spotyka tak dobrych ludzi.
Takiego go pamiętam. Takiego mam Go przed oczami dziś.
Innego nie umiem sobie wyobrazić.

Dużo o nim wiem, mieszkaliśmy w tym samym miasteczku, gdzie dużo się wie o sobie.
O Jego domu, rodzinie. Małe miasteczka tak mają.

Miał czterdzieści lat, poważnie chorował.
Ciężko chorował.

Byłam na Jego pogrzebie.
Pogrzeby omijam.

Chcę pamiętać ludzi żywych, chcę mieć ludzi żywych przed oczami,
nie w trumnie. Już samo myślenie o tym powoduje u mnie dreszcze.
I robi mi się mdło.

Na ten pogrzeb pojechałam. Odszedł bliski mi człowiek.

Chorował poważnie. Nie wiedziałam.
Nikt prawie nie wiedział.

Nikt prawie.

W Kościele zobaczyłam moich dawnych przyjaciół. To mną wstrząsnęło.
Zobaczyłam ich.
Tych, z którymi kiedyś spędzałam każdy dzień.
Nie tak sobie wyobrażałam to spotkanie.
Nie widziałam ich tyle lat, a tak czułam jakbyśmy się  widzieli się wczoraj.

Zobaczyłam Żonę, dzieci. Widziałam siłą powstrzymywane łzy Żony.
Wstrząsnęły mną te łzy. Miałam w środku potrzebę przytulić.
Nie można przytulać obcej Żony, można złożyć kondolencje.

Nie udźwignęłam. Uciekłam, nie poszłam odprowadzić trumny na cmentarz.
Nie umiałam złożyć kondolencji Żonie, czułam jak boli przez wszystkie kościelne ławki.
Odjechałam.

Do widzenia Borówa.
Do zobaczenia w innym, lepszym świecie.

czwartek, 6 października 2016

Fala za falą

Niesie się fala za falą,
tyle przemyśleń...

Zaczynać wszystko
z dzieckiem
domem

Samochodem,
który znowu odwiedził mechanika,
bo zepsuta stacyjka,
zepsuła rozrusznik i samochód stanął
na czerwonym świetle

I nie ruszył

Mam sentyment do tego samochodu,
sama go wybrałam,
sama zarobiłam na niego.

Komfort jazdy rekompensuje
straty pieniężne. Warto.

Coś za coś.
Jest samochód, trzeba o niego dbać,
trzeba wymieniać zepsute części,

Bo zepsute części psują inne części.

***

Ale dlaczego nie troszczyliśmy się o siebie?
Dlaczego nie robiłam już nic.
Nie wiem dlaczego On.
Wiem dlaczego ja.
Ja

Uciekłam

Było mi tak źle, że uciekłam.
Bo nic nie mogłam zrobić,
Bezsilność spowodowała, że przestałam się angażować.

I zajęłam się innymi sprawami.
Wypaliło się we mnie wszystko.
Nawet nie wiem kiedy to się stało.

Czuję, że dotknęła mnie gorzkość porażki.
Poległam zupełnie.

Nie mam przestrzeni w sobie, żeby ratować.
Nie mam motywacji, żeby próbować.

Ułożyło mi się życie. Właściwie samo, pozwoliłam na to, żeby powstała nowa relacja.
Bardzo ciężko buduje się nowy związek na zgliszczach starego, nie polecam.

Mentalnie, emocjonalnie wszystko wygasło. Formalnie nie.
I budowanie relacji na tych formalnościach jest trudne.

Ale z drugiej strony, ta relacja tak mnie zasila i tak mnie napełnia, że mam siły walczyć
o swoją godność, o to szacunek do siebie.

Mam siłę powiedzieć "nie wydzieraj się na mnie", "nie obrażaj mnie", "nie mów, tak do mnie". Wcześniej nie mówiłam nic, milczałam, zapadałam się w sobie. Czasem nawet przepraszałam.

Mam odwagę, żeby powiedzieć, że chcę być spełniona i szczęśliwa. Chcę mieć pełnię w związku.
A nie równać w dół.

Tyle dobrych słów ile słyszę teraz, nie usłyszałam nigdy przedtem. Tyle pasji w budowaniu relacji i tyle zaangażowania nie spotkałam nigdy. Wszystko albo nic. Chcę mieć wszystko. Chcę pełni. A nie tylko przykrywać swoją miłością wszystkie braki. I żyć w przeświadczeniu, że nie ma pełni, że nie ma pełnego szczęścia, że nie można mieć wszystkiego, że trzeba się docierać, że trzeba wybaczać, że trzeba kochać. Nie trzeba, można, ale nie trzeba. Trzeba być wolnym. A nie żyć w zniewoleniu niespełnionego małżeństwa. Czy związku. Nie musi tak być.
Można kochać i być kochanym. I mieć pełnię w związku. Myślałam przez całe swoje  życie, że nie można. Ale można.

I własnie dlatego, nie wyobrażam sobie, żebym mogła wrócić do małżeństwa, żeby coś ratować, żeby walczyć, żeby szukać w tych zgliszczach życia, relacji. Jak miałabym to zrobić, kiedy właśnie mam to o czym zawsze marzyłam i myślałam, że nie można mieć wszystkiego. Jak ? Żeby zadowolić i zaspokoić potrzeby małżonka, który przez wiele, wiele lat miał moje potrzeby właśnie tam. I zaspokoić potrzeby Jego rodziców i rodzeństwa, i zaspokoić potrzeby pobożnych chrześcijan. Czuję to. Czuję tą presję. Nie odbieram telefonu od teściowej. Nie odebrałam ani razu. Bo nie chcę rozmawiać. I skoro nie chcę, to nie będę. Bo dużo musiałam przez te lata. I dużo robiłam wbrew sobie, bo tak trzeba było. A okazało się,  że i tak było za mało. Że za mało dawałam z siebie, za mało się starałam. Zawiodłam oczekiwania. I żyłam w tej presji oczekiwań.

Ale ja mam już dosyć spełniania oczekiwań innych.

czwartek, 22 września 2016

Syn swojego taty

Nie wiem skąd się wziął pomysł, że chcę pozbawić ojca mojego syna.
Jeremiasz kocha tatę, tata kocha Jeremiasza. A ja wspieram ich relację jak mogę.
Dostosowuję swoje życie i plany do bycia Jeremiasza z tatą. Dzwonię do taty Jeremiasza i wypytuję kiedy się spotka ze swoim synem. Zapewniam, że tata zawsze będzie tatą i, że tata bardzo kocha.

Nie opowiadam dziecku jaki jego ojciec jest. Tyle dziecko wie ile zobaczyło i widzi. Nie krytykuję jego taty przy nim i proszę, żeby tata nie krytykował mnie. Staram się być jak tylko potrafię.

Jeremiasz swój rozum ma i swoje trudne wnioski też. Jeremiasz wyprasza tatę z domu, żeby już się nie kłócić, zamyka drzwi, żeby nie słyszeć. Jeremiasz ma w sobie jakieś zrozumienie naszej trudnej sytuacji i zaakceptował świat taki jaki jest. Zaakceptował moje decyzje. Zaakceptował nową rzeczywistość. Poukładał sobie ten świat. Nie odepchnął nikogo i nie zrezygnował i nie odrzucił.

Przytula tych, których chce przytulać, przytula tych, których kocha.
Szlak mnie trafia, kiedy to ktoś krzywo ocenia i krytykuje. Chora krytyka nowej relacji, która sama w sobie nic złego nie niesie mnie zaskakuje i denerwuje.

Dobrze, że moje mądre, kochane, wrażliwe dziecko nie ma w swoim sercu uprzedzeń i odpowiada miłością na miłość.


poniedziałek, 19 września 2016

Dlaczego zdradziłam mojego męża?

Tyle, że nie zdradziłam mojego męża. Formalnie tak, formalnie jestem żoną mojego męża.
Nieformalnie od pół roku nie mieszkamy razem. I nie zdrada była powodem mojego odejścia.

Zakończyłam jeden związek, mój mąż się wyprowadził a ja zostałam. Z mieszkaniem w kredycie. Naszym wspólnym mieszkaniem, za które od pół roku płacę ja. Sama bym sobie nie poradziła. Bez Tego obok mnie ani fizycznie, bo synem zajmuję się wyłącznie ja. Tata jego wpada kilka razy w tygodniu na dwie, trzy godziny i nie wtedy kiedy ja potrzebuję. Ani psychicznie, bo Tyle co każdego dnia słuchałam o sobie nie udźwignęłabym. Bo na koniec zaczęłam się bać mojego męża.
Ani finansowo, bo zostałam z kredytem, z dużym samochodem, niezapłaconymi szkołami.
I dzieckiem. Początkowo bez wsparcia żadnego finansowego.

Ten obok był i zaczął ze mną dźwigać moje problemy, długi, niezapłacone szkoły.

Zakończyłam jeden związek. W planach nie miałam drugiego. Chciałam poczekać, przeanalizować, przetrawić, poukładać sobie w głowie. Ale się nie udało. Znalazłam się w zupełnie w innej relacji, byłam zaskoczona, że związek może tak wyglądać. Nie będę tutaj, teraz porównywać tych dwóch relacji.

Jest wrzesień, złożyłam pozew w czerwcu, czekam.
Nie jest tak jakbym chciała, żeby było, chciałam być wolna i formalnie i nieformalnie, żeby wejść w kolejny związek. Nie udało się. To zaczęło się dziać. I nie chciałam oszukiwać ani siebie ani innych.

Jetem dorosła, mam 37 lat. Odpowiadam sama za siebie od wielu, wielu lat, nie muszę niczego ukrywać. To moja sprawa jak żyję. Jedyną osobą, jaką biorę pod uwagę, jest mój synek. Chcę, żeby był szczęśliwy i wychowywał się w szczęśliwej rodzinie. Bez napięcia, bez wyzwisk, w miłości i akceptacji. Ojciec mojego dziecka nie akceptował mnie, tego kim jestem. I nie akceptował moich przyjaciół, pasji. I przez ostatnie lata stawiał bierny opór, znaczy nie robił nic, zostawał z dzieckiem, bo musiał, ale nie chciał, żebym wychodziła do szkoły, teatru. Nie rozmawiał ze mną, bo się obraził, od 10 lat nie rozmawiał ze mną, bo jestem papla i coś powiedziałam mojej siostrze i obraził się na mnie i nie rozmawiał ze mną. Za to dziś rozmawia z całym facebookiem. Oficjalnie i na forum oskarża mnie o zdradę.

Nie zdradziłam Cię kochanie, odeszłam od Ciebie, bo umierałam.

A potem, to już moja sprawa.

wtorek, 30 sierpnia 2016

Pozwy rozwodowe

Pozwy rozwodowe zaczęłam pisać jakieś trzy, cztery lata temu, tak robiła moja jeszcze wtedy przyjaciółka i ja też tak zrobiłam. Pomyślałam, że to dobry sposób na zdjęcie z siebie napięcia, pomyślałam, że może to mu da do myślenia. Pomyślałam, że dłużej już tego nie  wytrzymam. Musiałam, musiałam coś zrobić, żeby zdjąć z siebie napięcie. I to uczucie beznadziei i braku alternatywy. Mój mąż myślał, że żartuję, ja początkowo też tak myślałam. Potem on podarł moje pozwy a ja myślałam, że kocha a to była złość.

Powiedziałam o tych pozwach mojemu dobremu koledze i on powiedział
Zastanów się Sylwia, szkoda Ciebie, szkoda Twoich lat, zastanów się Sylwia.
Oburzyłam się, że potraktował moje pozwy poważnie. Nie chciałam się zastanawiać, bałam się.

 Niemożliwe się zdaje zostawić ot tak kogoś, kiedy się z kimś jest tyle lat. Potrzebny jest impuls. Coś takiego, że dalej się już nie da. I potrzebna jest możliwość. Wspólne dziecko, wspólny kredyt na dom, wspólne lata, przywiązanie i mimo wszystko poczucie bezpieczeństwa powodują ową niemożliwość.
Potrzebny jest impuls i nowa przestrzeń.


Mój mąż pyta, czy mi nie żal wspólnych lat, planów na spokojną piękną starość. Bo tak sobie wyobrażałam swoje życie, na zawsze do końca. Nie planowałam zmian, nie chciałam zmian, chciałam być spełniona i szczęśliwa. Właśnie z Nim, właśnie z moim mężem. Liczyłam na to przez wiele lat. Ale tak strasznie się zawiodłam, tak strasznie było inaczej niż marzyłam, tak długo mi ciężko i źle, tak nie umiałam się porozumieć. Tak bardzo chciałam się porozumieć.











Szłam ostatnio przez Starą Praską Warszawę z Kimś i było tak lekko, i było tak przyjemnie, i mogłam robić zdjęcia ile chciałam, i mogłam zaglądać w każdy kąt, i mogłam wchodzić w każdą bramę. Ktoś mnie nie poganiał, nie pośpieszał, patrzył razem ze mną, pozwalał siebie fotografować. Zjadł w wegańskiej mimo bycia mięsożercą. I tak mnie ukuło i tak mnie zabolało. Bo przecież chciałam, żeby tak właśnie było w moim małżeństwie, spokojnie, bez napięcia, żebym mogła się dzielić moim teatrem, moją fotografią i On, że mną, żeby się dzielił.




I pisałam te pozwy i napisałam ten ostatni. I zebrałam dokumentację i wysłałam do sądu. Nie szukam winnego, nie szukam winnych, wiem tylko, że nie uniosłam i nie zniosłam, wiem, że nie umiałam już nic zrobić, zawiesiłam się na kilka lat, byłam jak zamrożona. I cholernie zmęczona, zmęczona jak szlak. Czy mi żal? Tak, żal mi siebie, żal mi Jego. Żal mi nas, że od lat było nam źle, że nie umieliśmy razem być, żal mi dziecka, że przechodzi razem z nami przez ten trudny czas. Tak, żal mi nas. Ale żal i współczucie nie wystarczyły. I nie wystarczą. Zatrzasnęła się nasza wspólna przestrzeń, Nie teraz, nie kiedy zdecydowałam się odejść. Zatrzasnęła się kilka lat temu, kiedy się poddałam i przestałam walczyć, kiedy bezsilność zwyciężyła.







Wczoraj była nasza czternasta rocznica ślubu,
ostatnia.






piątek, 26 sierpnia 2016

Ktoś komuś powiedział

***
Ktoś komuś powiedział:
Nie lajkuj jej zdjęć na facebooku
Ona zostawiła swojego męża...

Komuś pośpiesznie odlajkował zalajkowane przez się zdjęcie.

Kurtyna opadła jak kopara w dół

***





Nie ma happy endu






wtorek, 16 sierpnia 2016

Kulinarnie, sos czosnkowy z nerkowców


Dziś będzie kulinarnie.
Bo dawno nie było.

Od kilku lat nie jem nabiału, nie piję mleka
(odkryłam, że uczulenie, z którym walczyłam przez ponad 10 lat właśnie było spowodowane mlekiem i jego pochodnymi, I kiedy zrezygnowałam z mleka uczulenie skończyło się)
I o ile pogodziłam się z kawą bezkofeinową (Przez kofeinę miałam mega migreny,
kiedy wywaliłam kawę kofeinową, którą kocham, ubóstwiam i uwielbiam ataki migreny
skończyły się. Być może inne czynniki też miały wpływ)

I o ile się pogodziłam z kawę bezkofeinową z mlekiem roślinnym o tyle zawsze mi brakowało
sosu czosnkowego. Lubię ziemniaki zapiekane z tymże sosem, pizzę, warzywa i różne inne.
I w końcu niechcąco trafiłam na przepis na sos czosnkowy z nerkowców.
Nie wydawało mi się to możliwe, żeby sos z nerkowców przypominał sos czosnkowy śmietanowo- jogurtowy.

Nie miałam nic do stracenia.

Do sosu potrzebujemy:
100g nerkowców,
łyżeczkę soku z cytryny (ja nie miałam i zrobiłam bez),
trzy ząbki czosnku i sól.

Nerkowce trzeba namoczyć w zimnej wodzie (przez noc), a jak się chce szybciej, to w gorącej wodzie aż do wystygnięcia. Potem nerkowce miksujemy (ja blenderem kielichowym) z dodatkiem tegoż czosnku, soli i soku z cytryny i wody na gładką masę.

Powstał pyszny sos czosnkowy nie ustępujący w smaku temu tradycyjnemu.
I co najważniejsze- został zaakceptowany przez mojego Jeremiasza.

Do sosu były zapiekane w piekarniku ziemniaki w mundurkach
z oliwą i przyprawami i kotleciki z ciecierzycy.

Jeremiasz pochłonął ziemniaki z sosem czosnkowym i kotleciki. I wyraził swoje uznanie.

Tak więc polecam sos czosnkowy z nerkowców. Pyszny.




niedziela, 7 sierpnia 2016

Przemeblowanie

Za mną tydzień urlopu.
Urlop spędziłam na nierobieniu niczego.

Odpoczywałam. Od wszystkiego.
W domu. Z racji finansów właśnie w domu.

Nie miałam siły upierać się, żeby nie w domu.
Żeby gdzieś. Więc w domu.

Jest Jeremiasz.
Jeremiasz jest bardzo ważny i jego komfort też.

I dlatego dom trzeba było opuszczać od czasu do czasu i gdzieś wybywać.
Z Jeremiaszem chodziliśmy na rower, bo Jeremiasz uczy się jeździć. Jeździ z patykiem.
Jeremiasz już łapie a ja puszczam patyk i zaczyna jeździć sam, mega frajda.


Z Jeremiaszem byliśmy na plaży nad Wisłą. Jeremi chlapał się w Wiśle.
I łowił wiaderkiem ryby.

Byliśmy w zoo. Rekin okazał się numerem jeden.

Dziś sadziliśmy trawę w ogródku.
Jeremiasza ugryzł szerszeń, ugryzienie szerszenia
okazało się przereklamowane.
Na rączce "p o j a w i ł a s i ę b i a ł a k r o p k a",
która potem zrobiła się czerwona i lekko nabrzmiała.






I to byłoby na tyle, a już dzwoniłam na izbę przyjęć. Ja matka panikara.
Potem Jeremiasza wciągnął Festyn Lidla. Skakał na zamku dmuchanym, turlał się
i brał udział w konkursach. Został tam ze swoim tatą. A ja uciekłam do lasu fotografować kopary.



Jutro do pracy. Ale lato trwa. I będziemy się wakacjować.
A prywatnie jest mi w końcu dobrze, to dziwne uczucie, że jest człowiekowi dobrze.
Tyle lat wisiałam, byłam zawieszona i zmęczona, pisałam o tym.
A teraz jest dobrze. Nie wiem czy kiedykolwiek mi tak było. Możliwe, że było, tylko
nie pamiętam, bo tak dawno to było. Albo nie było nigdy.


środa, 20 lipca 2016

Jak w życiu

Rozstawanie mnie boli, coś się rozrywa, przytłaczają wspomnienia.
Dopadają wątpliwości.
Zostawiam i mam wyrzuty sumienia.
Tak mam wyrzuty sumienia.
Tak czuję się źle ze sobą.
Analizuję.

Czuje się odpowiedzialna.
Za nas.
Za to, że odeszłam.

Za to, że go opuściłam.
A obiecałam na dobre i złe.

Sprzątam po kolei swój dom i przy tych szpargałach
przychodzą wspomnienia.

Suche wspomnienia, nie ma we mnie emocji.
Ale boli mimo to.


Zastanawiam się kiedy jeszcze były emocje.
A kiedy zaczęłam żyć bez emocji.
Jakby obok i w swoim świecie.

W moim świecie, bo do swojego mnie  nie wpuścił. Nigdy.

Bycie razem, małżeństwo zobowiązuje obie strony. Do pewnych starań.
To umowa, przymierze, warunki umowy i zobowiązania obowiązują oboje. I kiedy ktoś nie przestrzega warunków umowy, łamie je i drwi ze złożonych obietnic, to umowę można zerwać. 

Jak w życiu. 






środa, 13 lipca 2016

Wierszydło straszydło

Pokój,
ale nie spokój

Obrazy
uderzają
we mnie

Zapadam się

Obrazy
pomiędzy

Świat jest zły

Na palcach
stąpam

Boję się
nie oddycham

Boję się

Czuję

Otwieram  oczy

Jestem
W obronnej pozycji

I myślę, nie opuści mnie
On
Ten co widzi

Ten co zna odpowiedzi
na
niezadane
pytania

Dlaczego?

Bo świat jest zły.





piątek, 8 lipca 2016

Trawię i przetrawiam

Trawię i przetrawiam swoje życie.

Analizuję i badam siebie.
Zadaję sobie dużo pytań i szukam odpowiedzi.

Zastanawiam jak to się stało, że byłam tak długo w tak niekomfortowej dla mnie i dla niego sytuacji.
Jak to się stało, że myślałam, że wszystko jest w porządku i jesteśmy szczęśliwi, skoro ani ja ani on nie byliśmy. Wręcz przeciwnie.

Oglądam swoje mechanizmy. Dużo słyszałam na początku co powinnam a co nie powinnam.
Ale ja zrobiłam zupełnie jak nie powinnam. Dlatego, że wcześniej było wszystko jak powinno.
I ślub i biała sukienka, I nie zadziałało. Rypło się o glebę.

Postawiłam wszystko na jedną kartę, nie mam planu b, na wszelki wypadek. Jak wcześniej wiedziałam, że sobie poradzę, że jestem twarda, że sama umiem, że sama wiem. Tak teraz sobie nie chcę już sama radzić, nie chcę być twarda, nie chcę być z kimś, ale sama.

Cieszą mnie proste rzeczy. Cieszy mnie życie.

Przede mną urlop. Tydzień wakacji w górach. Będę oddychać głęboko. I patrzeć szeroko.
Będą mnie cieszyć proste rzeczy, trawa, woda, słońce.

Będę.



środa, 22 czerwca 2016

W drodze, człowiek człowiekowi wilkiem, przewrotnie

W drodze do pracy.
Do pracy jadę mniej niż dziesięć minut, ale żeby dojechać do pracy, muszę przejechać przez przejazd kolejowy.
Rankiem po szóstej jest to niezwykle kłopotliwe. Bo przejazd częściej jest zamknięty niż otwarty.
Zamyka się, otwiera na trzy samochody i znowu zamyka, i otwiera na trzy samochody, zamyka.
A człowieka krew zalewa.

A ja wyjeżdżam z bocznej uliczki, żeby wjechać na tą z pierwszeństwem, z przejazdem. I kiedy przejazd jest zamknięty, zawsze próbuję wbić się na główną ulicę, bo potem, kiedy przejazd otwiera się samochody zapierdzielają z obu stron a przejazd się zamyka, można pół godziny spędzić na próbach wyjazdu.

I zdarza się, bardzo często to się zdarza, że kierowcy wbijają się w poprzek, bo cały samochód im się nie mieści. I ja tak często staję w poprzek ulicy. Ale staram się nie blokować drugiego pasa, ale bywa, że moje auto, bo przecież duże lekko utrudnia przejazd (inne auta zresztą też im to się zdarza). Bardzo to światu nie przeszkadza, bo aut wtedy jest jedno, albo dwa, albo wcale i przejeżdżają pojedynczo z innej bocznej. Ciąg samochodów rusza dopiero wtedy kiedy otwiera się przejazd, ale wtedy ja też ruszam do przodu i się wyrównuje.

Ale nie zawsze.
Bo wczoraj, kiedy to ja ok 6:18 zaparkowałam samochód w poprzek w oczekiwaniu na otwarcie się przejazdu dwóch panów machało na mnie rękami, ja też machałam i robiłam miny, bo panowie marszczyli na mnie brwi.

Jeden to ten, który mijał mojego espace'a  a drugi, to ten który stał przede mną.

Przejazd otworzył się. Auta ruszyły, ale nie ten przede mną. Ten przede mną stał w miejscu dobrą chwilę. Stał, bo postanowił, że mi pokaże. I, że mnie nauczy.

Co mi pokazał?
Swoją postawę wobec świata i ludzi.

Po czternastej wracałam do domu. Więc bez stresu i bez napięcia. Na luzie.
Przejazd był zamknięty, tyle, że jeden z kierowców zatrzymał się na tyle w tyle, tak, że wjechałam ja i wjechał pan za mną. Wjechał w poprzek, dojechałam do przodu, ktoś przede mną zauważył i też dojechał do przodu i ja wtedy jeszcze i pan w poprzek schował się i zmieścił.

Można być w opozycji do świata, ludzi i można z ludźmi współpracować i budować. Nawet kiedy jest źle, nawet jeśli nie mają racji, nawet jeżeli niesłusznie lądują w poprzek, można się przesunąć i zrobić im przestrzeń.

Wczoraj popołudniu pomyślałam
świat jest dobry
dopóki na świecie są dobrzy ludzie


wtorek, 14 czerwca 2016

Pomiędzy

A czy u mnie coś dzieje się pomiędzy?

Pomiędzy uczę się mieć całe swoje dziecko tylko na swojej głowie.
Przede wszystkim czasowo na sobie.
Jeremiasz jest ze mną cały czas. Pojedyncze godziny ze swoim tatą.

To trudne, brakuje oddechu i przestrzeni na siebie.

Pomagają mi, całe szczęście, że pomagają, bo kończę szkołę fotografii, jestem w trakcie robienia instruktora teatralnego. I właśnie zakończył mi się czas eventów letnich i pikników.
Bez ich pomocy, nie ogarnęłabym.

Pomagają bez wypominania i marudzenia. Marudzi ten, który pomaga niechętnie.

Pomiędzy auto znowu wylądowało u mechanika, pompa wysiadła i auto odjechało na lawecie.
Płakać mi się chciało, jak mój espace wjeżdżał na lawetę.

Pomiędzy nauczyłam się parkować tyłem równolegle i przestałam się bać jeździć autem.

Pomiędzy dzieje się jeszcze. Moje życie prywatne się odbywa. Taką mam potrzebę normalności i zwyczajności. Bez wzlotów i upadków. Bez stałego "a ja jestem na zakręcie", bo ja całe życie byłam na zakręcie.

Ja głupia myślałam, że taka moja karma, takie moje namaszczenie, przeznaczenie, że wchodzę z zakrętu w zakręt. Tak myślałam, że życie tak mnie prowadzi. Wyszłam za mąż, żeby wyjść z zakrętu a weszłam w kolejny, najdłuższy w moim życiu zakręt. Czułam się bezwolna, zawodowo nie, ale w moim małżeństwie owszem, czułam, że jestem bezsilna, że nic nie mogę, bo co bym nie robiła, to nic się nie zmieniało.

I zrobiłam to, wyszłam poza orbitę konwenansów, dobrego smaku. tego co wolno a czego nie wolno w moim chrześcijańskim światku. Bo w chrześcijańskim światku męża się nie zostawia, trwa się, przykrywa miłością, ukrywa się, modli się, usprawiedliwia, ale trwa się latami.



A ja wyszłam poza orbitę. Bezczelna ja. Oburzyłam jego, ich, zbulwersowałam. Jak śmiałam, oni mi zaufali. Tak mi ktoś napisał z jego najbliższych, że oni mi zaufali pomimo tego kim byłam, a ja śmiałam wylecieć w kosmos jak kometa.

Kometa, zaświeciły się gwiazdy, które dawno temu zgasły.

Zaświeciły się gwiazdy.


poniedziałek, 6 czerwca 2016

Żal

Żal
tych lat zmęczonych
tych młodych lat

Przemilczanych
przepłakanych
Lat smutnych

Lat samotności

Żal
w beznadziei

Dziurawe cysterny
wyschnięte źródła

Odeszły marzenia
Pragnienia

Pustynia
I susza

Nie umiała płakać

Na pustyni nie ma łez

Porzucona sto lat temu

Nie było słów

Porozumienia dusz

Dziś zanosi się na deszcz

I mówię do niej

Płacz






poniedziałek, 30 maja 2016

Matrix



Przez wiele lat byłam w środowisku,
gdzie moja tożsamość była blokowana.



Żyłam gdzie mówiono, prawda, prawda,
prawda jest najważniejsza.

A prawdy nie było,
była obłuda, kłamstwo, niedopowiedzenia.

Można dostać rozdwojenia jaźni,
kiedy jednocześnie dochodzą
do Ciebie
dwie sprzeczne informacje.






Mówiono
jak masz żyć.

Co wolno, a czego nie.

Odgórnie.

Ale sami, tak nie żyli.

                                                                     
  Można dostać kręćka,
kiedy co innego widzisz
a co innego słyszysz.


Na początku myślałam, że
to ze mną jest coś nie tak.

Że ja źle odbieram świat,
rzeczywistość.

Potem, zrobiło się ewidentnie.
Powoli odchodziłam.

Matrix.










Nie ja jedna.

Jest nas wielu.

Wielu, tych, którzy stanęli w prawdzie
i pozwolili, żeby autorytety upadały.

Nie wiem jak radzą sobie inni,
rozpierzchli się po świecie.

Rozpierzchli się Ci, których kochałam.
Za, którymi tęsknię.

Część została.

Tęsknię za nimi.

poniedziałek, 23 maja 2016

Puls życia

Prowadziłam ostatnio warsztat teatralny.
Temat Teatr Rytmu.
Zatrzymałam się na tym temacie.

Każdy człowiek ma rytmy, życia, pracy, chodzenia, bycia.
Rytmy nas otaczają, przyroda, pory roku, pory dnia, miasto, to jak zasypiamy, jak się budzimy
jak funkcjonujemy w świecie, nasze wewnętrzne rytmy.

I dotarło do mnie, że nie żyłam w zgodzie ze sobą, ze swoim rytmem ciała, psyche, swojej psyche.
Nie słuchałam siebie. Nie umiałam słuchać.

Byłam skupiona na tym, żeby słuchać innych i pomagać innym.

Moja psyche, biedna zmęczona psyche. Wyłączyła się.
Nie dźwignęła otaczającej mnie rzeczywistości.

Przez wiele, wiele lat byłam skupiona na ludziach.
Przychodzili, mówili, ja słuchałam, godzinami słuchałam.

Pytali Co u Ciebie i zaczynali mówić o sobie.

To nie, że coś złego robili, pozwoliłam im wywalać na mnie wszystkie swoje
zawikłania. Pozwoliłam sobie na to. Schowałam się za ludzkim nieszczęściem.
Czułam się jak cyborg, na koniec czułam się jak cyborg bez środka.

Otwierałam się przed najbliższymi. Mam takie osoby przy sobie. Na szczęście.
Twarda byłam i nie dbałam o siebie.

Moje ciało zaprotestowało. Wysiadał mi żołądek, nie mogłam się wyprostować z bólu, siedziałam z gorącym termoforem na brzuchu i czekałam aż tabletka zadziała. Stomatolog podczas wizyty z moim zębem powiedziała mi, że zgrzytam zębami jak śpię i mam pościerane szkliwo. Mówiła już mi kiedyś, ale jakoś nie skupiłam się na tym wtedy. Ale teraz wrócił do mnie temat. Nie wiem czy zgrzytam jak śpię, bo nie pamiętam.
Ale pamiętam jak wielokrotnie zaciskałam z całej siły zęby, kiedy już nie miałam siły i kiedy szlak mnie trafiał i zaciskałam z całej siły zęby, żeby nie wybuchnąć złością czy płaczem. Pamiętam jak miarowo zaciskałam szczękę z całej siły.

I jak rano bolała mnie buzia, kiedy się budziłam i miałam migreny, mega migreny.
Dbałam o ciało, zdrowie fizyczne, dietę.

Od jakiego czasu coś zaczęło mi przeskakiwać w szczęce. Olałam temat. Zapomniałam. Ale ktoś mnie o to zapytał. I dotarło, że coś się przecież dzieje. Zaczęłam czytać o co chodzi.

S T R E S S

Za zaciskanie zębów odpowiada mega stres. Za migreny moje odpowiadał mega stres. Kto mi go zafundował opowiem kiedyś. Dziś to temat nie do ruszenia.

Za spanie z zaciśniętymi w pięści dłońmi odpowiadał stres. Budziłam się z fioletowymi kostkami i skostniałymi palcami. To było kiedyś.

Ale przyszedł taki czas,  że zaczęłam spać w czapce. Na koniec tuż przez przed brałam prysznic w czapce. Ale nie czułam nic.

Potem zaczęło wracać do mnie. Przeanalizowałam niechcący swoje życie. I emocje zaczęły wracać. Miałam w środku płacz, ale nie umiałam płakać. Miałam gniew.

Kiedy on po raz kolejny zaczął mi wyrzucać co zrobiłam źle, kiedy nie pojechał z dzieckiem do teatru i ja pojechałam z migreną autem. A mógł pojechać, ale nie zechciał.

Coś we mnie pękło.

Nie wszystko co złe to on. On to był ostatni puzzel w układance. Nie spodziewałam się takiego obrotu spraw. Dotarło do mnie i zaszokowało. Pisałam o tym. Nie wszystkiemu winien on. Wielokrotnie sama sobie byłam winna. Tylko tyle, że nie miałam wsparcia i zabijało mnie wieloletnie życie z kimś kogo nie było. Nie było mentalnie ze mną. Tyle.

Tylko mi ta szczęka przeskakuje teraz.


środa, 18 maja 2016

Miska olejowa

Gra w klasy

Auto wróciło do mnie na moment, na weekend.
I dziś z powrotem do mechanika.
Miska olejowa i sama nie wiem co jeszcze.

Komfort jazdy wzrósł.

Komfort życia podobnie.
Ale mi się mieli wszystko w środku.

Przerabiam w sobie życie wstecz.
A zdawało się, że już mam przerobione.

A tu skucha, nadepnęłam na linię
i muszę wrócić i rzucać jeszcze raz
wymierzam i rzucam kamykiem.

Może jak ucichnie rzeczywistość wokół mnie,
napiszę o tym co wstecz.

Dziś boję się pisać.

Zostałam wrzucona do jakiegoś szarego, brzydkiego worka,
przez tych, którzy nazywali siebie moimi przyjaciółmi.

Szczęściem, zostali blisko Ci najprawdziwsi.

Wszyscy czekamy na owoce.




czwartek, 12 maja 2016

Oddałam samochód do mechanika

Oddałam samochód do mechanika.
Okazało się, że auto jest w nienajlepszej  formie.
I moje finanse teraz są w nienajlepszej formie.

Auto nie powinno jeździć, bo to nie było bezpieczne.
Moje auto podobnie jak ja było zaniedbane.
Moje auto podobnie jak ja było w nieformie.
Cud, że jeździło.
Cud, że żyłam i w miarę normalnie funkcjonowałam
w świecie.

Najlepsze jest, że auto jest świeżo po przeglądzie.
Tyle, że chcieliśmy taniej i prościej.

Taniej i prościej nie znaczy, że lepiej.

W wielu miejscach mojego życia odpuściłam,
niedopilnowałam
nie chciałam widzieć.

Nie miałam siły widzieć.

Podobnie
Jeździłam na 13- letnich oponach

Nie wiedziałam,
nie miałam świadomości,
że te opony nie nadają się do jazdy
i nie są bezpieczne.

Hamulce

Łożyska

i coś tam jeszcze.

Nic nie działa.

A teraz koszty są ogromne.


poniedziałek, 9 maja 2016

Pod prąd

Być pod prąd a może lepiej płynąć z prądem na ludzkiej akceptacji i opinii. Na tym co powiedzą inni. I na osądzie ludzkim.

Ja jednak pod prąd. Odkąd pamiętam szłam za sercem, czy intuicja mnie prowadziła.

Moje wybory nie zawsze były słuszne. Popełniłam kilka błędów w swoim życiu.
Podjęłam decyzje, których konsekwencje musiałam ponieść.

Ale to moje decyzje i w tym się przejawia moja wolność, że mogłam i mogę je podejmować, że mogę popełniać błędy, że ktoś nie próbuje programować mojego życia.

Czy żałuję swoich decyzji? Nigdy. Żałuję tylko, że nie słucham bardziej siebie a mniej innych- ówczesnych moich autorytetów i wbrew sobie podejmowałam decyzje. A potem głupio trwałam w tych decyzjach latami blokując swoje emocje będąc w zasadach.

Żyłam przez wiele lat w iluzji. Z całej siły usprawiedliwiałam swoje małżeństwo. Czy zawsze było źle? Oczywiście, że nie zawsze, kiedyś było dobrze. Czułam się szczęśliwa i kochałam.

Z czasem związek zaczął się rozjeżdżać. I dotarło do mnie, że nie łączy mnie z moim mężem miłość i relacja. Dotarło do mnie nagle, nie działo się etapami, nie narastało, stało się właśnie nagle i spadło na mnie jak grom z jasnego nieba. Dwie sytuacje z ostatniego czasu sprawiły, że nie byłam w stanie dalej trwać w tej relacji. Zobaczyłam real i mną wstrząsnęło. Dotarło do mnie też, że ja nie muszę, nie muszę równać w dół, nie muszę być w relacji, której nie ma, nie muszę być w związku, gdzie drugi człowiek jest ze mną nieszczęśliwy, ale nie chce rozmawiać, nie chce nic zmieniać. Sytuacja patowa. Gdzie nie mogłam zrobić już nic. Gdzie winna byłam ja i wszystkiemu ja.

Od jakiegoś czasu on nie umiał mnie zaakceptować takiej jaka jestem a może nigdy nie umiał. I ja żyłam w tym braku akceptacji i wsparcia z jego strony. Właściwie to on nie lubił nic z tych rzeczy, które lubiłam i lubię ja, od dawna nie robiliśmy nic wspólnie, ja nie umiałam tak mówić, żeby rozumiał co ja do niego mówię. Ja mówiłam jedno a on rozumiał drugie. Tłumaczenie nic nie wnosiło. Napięcie było nie do zniesienia. Schowałam się kilka lat temu w sobie i przestałam mówić jak się mam i co czuję. Bo wszystko był rozumiane na opak.

Każda próba kończyła się porażką. Zdarzało mi się pisać pozwy rozwodowe. Bo brak zrozumienia z drugiej strony był nie do wytrzymania.

Potem przestałam czuć cokolwiek. Przestałam oczekiwać, trwałam obok i robiłam co musiałam. Starałam się ignorować swoje potrzeby, przestałam oczekiwać akceptacji i wsparcia. Unikałam kłótni i przepraszałam. Przepraszałam już potem dla świętego spokoju, przepraszałam, bo już nie miałam sił słuchać.

Byłam już bardzo zmęczona. Widzę to na zdjęciach. I on był zmęczony. I nieszczęśliwy.
Permanentnie nieszczęśliwy ze mną.

Bez akceptacji.

Może bym się zmieniła, może bym zrezygnowała z czegoś. Ale nie było miłości. A człowiek się zmienia w miłości. Ale nie było akceptacji a człowiek potrzebuje akceptacji do zmiany siebie i rezygnacji z siebie na rzecz drugiego człowieka. Ja tego nie czułam.

W innych miejscach realizowałam siebie.

Nie ma nic co by mnie zatrzymało, szukałam i szukam i nie potrafię nic takiego znaleźć. Nic.
Okoliczności rozstawania tylko mnie utwierdzają w decyzji. Słowa utwierdzają mnie w decyzjach.

Dylematy. Tak mam dylematy. Przykro mi. Boli, że jego boli. Boli, że odchodzę, Boli, że obiecałam, a teraz odchodzę. Ale obietnica obowiązuje dwoje. I kiedy jedno wyłączy się z życia, to nie może oczekiwać, że drugie tak będzie przy nim trwać. Szukałam wiele lat drogi.

Drogi nie znalazłam.

A dziś.
Drogi powrotu już nie ma.

poniedziałek, 2 maja 2016

Na rozstaju

Piszę bloga
i
pozwalam sobie tu
umieścić info.

Napiszę o tym oficjalnie,
zanim,
informacja zacznie być
podawana
szeptem
na talerzu brudnego
sekretu.

Rozstaję się
i odchodzę.

Sytuacja,
o której bym nie pomyślała
nie odważyłabym się
myśleć nawet.

To wbrew
ułożonym
planom.

Wbrew
myślom jakie miałam.

Coś we mnie trzasło
I pękła bańka.

Wańka Wstańka
mojego małżeństwa
Nie podniosła się już
w górę.

Po kolejnej glebie jaką zaliczyła.

czwartek, 28 kwietnia 2016

Kompromisy

Jestem bezkompromisowa.
Ale ja.
Poddałam się.
Przestałam szukać.
Mogłam tylko płakać.
Ale nie mogłam.

Już nic nie mogłam.
Mogłam trwać.
Nie szukałam.

Gdzieżbym śmiała.

I znalazłam.
Nie spodziewałam się.
Nie miałam pojęcia.

Nie miałam pojęcia.
Można chcieć.
Można oczekiwać.
Można mieć potrzeby.
Można chcieć.



Zaspakajać
Swoje potrzeby.

Mieć marzenia.
Nie bać się mieć marzenia.

Ciągle się jeszcze boję.



poniedziałek, 25 kwietnia 2016

Zanim

Zanim mnie ocenisz.
Zanim mnie osądzisz.
Zanim pomyślisz o mnie źle.

To co ty o mnie wiesz.
Kiedy ostatnio zapytałeś jak się czuję.
Kiedy ostatnio zapytałaś jak sobie radzę.

Oglądam swoje zdjęcia.
Od lat byłam zmęczona.
Od lat godziłam się ze swoją karmą.

Od lat równałam w dół.
Od lat usprawiedliwiałam.
Od lat przykrywałam miłością.

Odebrałam sobie prawo do spełnienia.
Odebrałam sobie prawo do szczęścia.
Odebrałam sobie siebie.

Stanęłam w miejscu niespełnienia.
Sama siebie pogrzebałam.
Pogrzebałam swoje marzenia.

Uciekłam od siebie samej.
Byłam w kawałkach.
Nie wiedziałam kim jestem.

Zgrzeszyłam wobec siebie.

Szukam siebie.
Kim jestem.

Zanim ocenisz.
Kim jesteś?






niedziela, 17 kwietnia 2016

Nowe

***W moim życiu nowe.

W starym wszyscy, którzy mnie znają bardzo dobrze wiedzą jak było.

Iluzja.

Dusiłam się tyle lat. Zabrało oddechu.

Ocenę pozostawcie Temu na górze.

Wrócę do pisania bloga jak się posklejam.

O szczegółach pisać nie będę, bo obiecałam, że nie będę.

Moneta ma dwie strony. Warto obejrzeć monetę z obu stron.

Kij ma dwa końce. I nic się nie dzieje bez powodu.

***

środa, 23 marca 2016

Życiowo

Od kilku tygodni  moje życie uległo przewartościowaniu w obliczu różnych sytuacji i okoliczności.
Wartościowało się od jakiegoś czasu, ale teraz nastąpiło ostateczne łup, bo łupnęło mnie.
Stało ważne się, to co zwykle przyjmujemy jako naturalne i oczywiste.
że mamy gdzie mieszkać
że mamy co jeść
że mamy w co się ubrać
że mamy siebie
że żyjemy





bo nie zawsze jest to takie proste i oczywiste,
kiedy zderzamy się z rzeczywistością drugiego człowieka,
który tego nie ma i dla niego bywa to nieosiągalne

spełnienie w związku
w rodzicielstwie
spokojny sen we własnym łóżku

poczucie bezpieczeństwa

Znam tych, dla których nasze oczywistości,
są nieosiągalne.

A marzenia wszyscy ludzie mają te same.
Marzymy o miłości,
o spokojnym domu bez awantur

Marzymy o spokojnych nocach bez strachu.

A moi przyjaciele...

jeden właśnie skończył tygodniowy ciąg picia

Przepił wszystko co miał,
został pobity

Całe szczęście skończyły mu się pieniądze
i nie miał za co pić.

A drugi, próbuje poskładać swoje małżeństwo
po kolejnym piciu.
Zdeterminowany jest.

A trzeci patrzy wstecz i już nigdy nie chce wracać do tamtego życia.
Tego obecnego dopiero się uczy.

Uczy się jak żyć. Bo zgubiony był zupełnie.

Czwarty miał próbę samobójczą,
żyje. Jak dobrze, że żyje.

Moje życie sprowadza się do bycia i brania tego co mam
i szanowania swojego życia.

I bycia wdzięczną za to co mam.
Za męża,
za synka,
za rodzinę,
za przyjaciół.

I za tych, tych których mam.
Że się trzymają, że nie toną, że nie utoną.
Że dopłyną do brzegu.

że marzenia się spełniają.


sobota, 19 marca 2016

Nie jestem terapeutą

Nie jestem terapeutą.
Bycie terapeutą zobowiązuje do zajęcia pewnej pozycji.
Bycie terapeutą zobowiązuje do zachowania dystansu.
Bycie terapeutą stawia mnie w jakiejś przestrzeni.
Przestrzeni pomiędzy pacjentem a lekarzem.
Wypada mi wiedzieć lepiej, wypada znać jakieś odpowiedzi.
Wypada znać rozwiazanie.
Wypada.

A ja dzisiaj nie chcę wiedzieć. A ja dzisiaj nie chcę znać Metody, nie chcę znać Rozwiązania.
Nie biorę na siebie odpowiedzialności.

Nie chcę być terapeutą. Nie chcę patrzeć z góry dystansu. Nie chcę wiedzieć.
Nie wiem. Lepiej.

Jestem tu a nie tam.
 Jestem.
Jestem jest dla mnie ważniejsze niż wiem.
Wiem zupełnie przestało być ważne.
To, że wiem, widzę niczego nie zmienia.
Niczego.

Jestem i czuję.
Nie mam dystansu.
Mam siebie.

poniedziałek, 14 marca 2016

Gość

Mamy gościa w domu.

Gość ze zdziwieniem obserwuje naszą domową rzeczywistość.

Po niedzielnym obiedzie, obiedzie ,który nie był obarczony godziną rozpoczęcia gość próbował pozbierać naczynia. "Siadaj, wyluzuj" dostał poduszkę, na którą opadł. W środku miał potrzebę posprzątać po obiedzie, zanim się poddał, poduszka zwyciężyła. Posprzątałam dużo, dużo później, kiedy już wstali gdzieś wszyscy na chwilę. 

Obiad: zupa krem z zielonego groszku, ser pleśniowy, humus, zatar, oliwa, pomidorki, bagietka. Zlitowałam się nad gościem i nie było jajka w koszulce w środku zupy.

Po obiedzie siedzieliśmy i gadaliśmy, Jeremiasz naznosił zabawek dużego gabarytu do nas, do salonu i nie zwracając na nas uwagi budował swój świat zabawy. Wystarczyło mu, że jesteśmy blisko. Potem wkroczył w naszą przestrzeń i wciągnął nas w jakąś swoją zabawę. 

Przenieśliśmy się do kuchni, chowałam naczynia po obiedzie do zmywarki. Panowie rozmawiali nie wiem o czym, nie chciało mi się ich słuchać. Wystarczyło, że miałam wszystkich blisko. Odczułam, że mam wszystko czego potrzebuję blisko siebie, takie uczucie wypełnienia. 

Zrobiłam herbatę, Jeremiasz pojawiał się w kuchni i wracał do swojej zabawy. Jak coś mówił, to przerywaliśmy rozmowę i słuchaliśmy Jeremiasza. 

Zrobiło się późno. W międzyczasie Michał wykąpał Jeremiasza. Jeremiasz wylądował na kanapie pod kołdrą w salonie. Chciał być blisko. "Mamo idę spać" powiedział i zasnął.

Rozmawialiśmy długo. Gość był zdziwiony luzem w naszym domu. Że nic nie musimy, że nie trzeba sprzątać naczyń po obiedzie. Że Jeremiasz może roznosić zabawki po całym domu, bawić się w łazience, gdzie farbował włosy Śnieżce.

Że może zasypiać na kanapie, kiedy sam zachce, a nie odgórnie, kiedy my zarządzimy, że czas iść spać.

Dla mnie to było takie normalne, zwyczajne, przyzwyczajeni jesteśmy funkcjonować w ten sposób.
Jemy kiedy jesteśmy głodni, tyle ile mamy potrzebę, sprzątamy kiedy czujemy potrzebę, idziemy spać, kiedy chce nam się spać.

No z tym spaniem to nie do końca prawda. Rozmawiałam jeszcze długo, długo. Zdrowy rozsądek zwyciężył mimo wszystko, po 01.00 zdecydowałam się iść spać. Oczy zamykały mi się w wąskie szparki. Gość miał podobne szparki zamiast oczu. Zlitowałam się nad nim i poszłam spać.

Dziś przyszła refleksja, że może my rzeczywiście dziwni. I jakaś ulga, że nie muszę się spinać i napinać we własnym domu. 

Puenty nie będzie. Puenty nie ma. Dalej piszę dla tych, którzy tu zaglądają sami z siebie. 

sobota, 12 marca 2016

Po drugiej stronie lustra

Jak Alicja znalazłam się po drugiej stronie lustra.
Świat odpłynął.
Zostało tylko to co nadaje sens, to co najważniejsze.
Reszta się rozmyła we mgle.

Chodzę do pracy,
do szkoły,
na warsztat teatralny,
robię zakupy,
trochę mniej jem,
trochę mniej śpię.

Moje myśli są skupione na tym
co dla mnie najważniejsze.
Na resztę nie mam przestrzeni.







Na koniec napiszę wam mój kawałek poezji,
bo wróciłam do pisania.
Skoro piszę,
znaczy, że dzieje się.


Boję się

Boję się
pajęczą sieć
pająk tka

Nie bój się
Nie zdradzę cię
Boję się, że stracę cię

Nie bój się
nie zgubię się

Boję się
pająk nitkę tka
Boję się
za tą nitką ja

Nie bój się
straszy mnie
Pająk co nitkę tka

Nie bój się
będę tu

Za rękę potrzymaj mnie
wtedy boję się mniej.



Psyt. Tego posta nie będę udostępniać. Jest dla tych, którzy tu zaglądają i patrzą. To dla was post.

poniedziałek, 15 lutego 2016

Kiedy piszę o emocjach.

Kiedy piszę o emocjach, to odnoszę to do najbliższych i bliższych nam.


Kiedy piszę o emocjach, piszę o wewnętrznej zgodzie na swoje emocje i emocje innych.
Kiedy piszę o emocjach, to szukam równowagi pomiędzy tym co czuję a tym co wyrażam.

Nie namawiam do wywalania swojego wnętrza wszem i wobec, bez względu na okoliczności i skutki naszych działań. Piszę o poszukiwaniu równowagi, piszę o szukaniu siebie, piszę o wyrażaniu siebie, piszę o słuchaniu siebie i słuchaniu innych.

Nie namawiam do ciągłego wysłuchiwania innych i ciągłego mówienia o sobie.

Są ludzie, którzy dużo mówią i mało robią. Nie zmienia się nic w ich życiu. Bo nie chcą tych zmian, bądź mają za mało sił, motywacji, energii i nie wiem czego jeszcze. Ale  mówią o tym jak im źle lub jak bardzo są nieszczęśliwi żyjąc w zaistniałej sytuacji i konotacjach rodzinnych.
Kiedy mówią a nic nie robią, to zrzucają swoje napięcie, trudną energię na nas i my możemy, ale nie musimy uczestniczyć w tym procesie.

Być może to jesteś właśnie Ty, Ty narzekasz, opowiadasz jak bardzo Ci źle, jak bardzo jesteś nieszczęśliwy, ale nic robisz, żeby to zmienić, lub robisz za mało. Może nie masz sił, może.
Nie wiem. To trudne. Jest wiele powodów dlaczego nie przychodzą zmiany. Wiem natomiast, że trzeba stoczyć ze sobą bój, ze swoimi strachami, postawami utkanymi w dzieciństwie, I wielu, wielu by chciało, ale nie ma dość siły, żeby to zrobić.

Czy mam rady właśnie dla Ciebie? Mam tylko jedną, walczyć, podnosić się do góry z ziemi i iść choćby jeden krok, bo każdy krok do przodu prowadzi do zwycięstwa. I nie patrz do tyłu, na porażki. Tylko w przód. Ja należę do tych, którzy wysłuchują wiele, wiele razy, którzy wierzą za każdym razem, którzy ufają, że się uda.

I mimo powtarzającego się schematu upadania, za każdym razem wierzę, że tym razem może się udać. Chyba, że ktoś mnie okłamuje, chyba, że ktoś jest nieszczery, nieprawdziwy i chce mnie nabrać. Wtedy odcinam się i już nie wierzę.

Mam dużo czasu dla ludzi, mam dużo przestrzeni szczególnie dla ludzi, których już nikt nie chce słuchać, którym nikt nie chce wierzyć. Mam dla nich wiele zrozumienia. Mam wiele zrozumienia, cierpliwości i wytłumaczeń dlaczego tak się stało. Rozumiem i czuję. Współczuję.
Współodczuwam. To trudne.

Ja tak mam, że mam przesunięte granice akceptacji, potrafię znieść naprawdę wiele. Inni mogą mieć inaczej. Każdy powinien wiedzieć gdzie ma swoje granice i trzeba je chronić i dbać o siebie. Nie pozwalajmy siebie nie szanować.

Skutkiem mojej akceptacji jest, to że czasem mnie wyrzuca. I zamykam się. Sama w sobie. Muszę pozwolić sobie odpocząć. Łapię dystans. I zbieram się w sobie. Wsłuchuję się w siebie i pytam dokąd idę.


Czy warto kochać trudnych ludzi? Coś za coś. Często boli bardzo, ale jest płynące zaufanie i powstaje relacja, głębina przywołuje głębinę.
Głębokości, nie płytkości- mnie pociągają i inspirują. Głębokie przestrzenie w drugim człowieku można spotkać wszędzie. Głębina przywołuje głębinę niezależnie od okoliczności.


wtorek, 9 lutego 2016

Źle płaczesz, chodź pokażę Ci jak się płacze, no chodź- i wziął ją za rękę i pociągnął

Zainspirowałam się spektaklem "Ewelina płacze". Spektakl obejrzałam w Teatrze Rozmaitości.

Przy teatrze jest restauracja Delikatesy Esencja. Miłe miejsce, przyjazne, ale kawa droga i marna. Coś za coś. bo przestrzeń przytulna.

Potem staliśmy po wejściówki, napięcie się nabudowywało, bo Pani Okienkowa wpuszczała po cztery, trzy ludki a dalej się czekało. Ktoś nawet pokłócił się o coś. Było z napięciem, bo każdy chciał wejść a do końca nie było wiadomo kto wejdzie a kto nie.

Weszliśmy.

Spektakl warty obejrzenia. I nie będę go opowiadać. Napiszę tylko, że były emocje, mocne przestrzenie emocji. Mnie dotknęło "Źle płaczesz, Chodź pokażę Ci jak się płacze". To było na scenie, aktorka (Ewelina)  wywalała swoje emocje, płakała przejmująco a drugi aktor mówi jej, źle płaczesz, źle wyrażasz swoje emocje. A ona zwinięta w kłębek płacze przejmująco pod sceną. A on bierze ją za rękę i mówi "chodź nauczę Cię płakać" i ona poszła z nim.
I mnie to dotknęło, przestało być śmiesznie w jednej chwili. Już od jakiegoś czasu nie było śmiesznie. Ale teraz zabolało. Bo na początku było śmiesznie i komediowo.

I o ile aktor musi się nauczyć wyrażać emocje tak jak chce pan reżyser o tyle w życiu powinniśmy mieć wolność w wyrażaniu siebie i swoich emocji, tak jak potrafimy. I abstrahując od tego co czuje aktor, kiedy dostaje info, że jednak źle się wyraża, to co czuje człowiek, kiedy mu się wmawia, że jego odczucia nie są wyrażane we właściwy sposób?

Zaczyna się to w dzieciństwie "Nie tup nogą, tak się nie robi", "Nie wrzeszcz", "Nie wydzieraj się", "Nie ściskaj mnie tak mocno, kiedy się cieszysz", "Nie mrucz jak jesz", "Nie rzucaj się" itd.
I dziecko od początku uczy się, że jego sposoby wyrażania emocji nie są prawidłowe.

I co dalej? Aktor dostaje info "Chodź nauczę Cię jak się płacze". A dziecko? Dziecko nie dostaje nic w zamian. Nic, Nie dostaje żadnej alternatywy, tylko informację, że emocji się nie wyraża. Ani tych pozytywnych a już na pewno nie wyraża się tych negatywnych, wcale. Uczone jest samodzielnego zasypiania we własnym pokoju i zostawiane tak w samotności, uczy się samodzielności, uczy się samodzielnego zasypiania, a wiecie czego uczy się tak na serio? Że można wrzeszczeć, można krzyczeć najgłośniej jak się potrafi a i tak nikt nie przyjdzie, mama nie przyjdzie.

Potem my dorośli nie umiemy pokazać, że kochamy swojego męża, żonę czy dziecko.
Mnie paraliżowało, kiedy po raz pierwszy słyszałam, że ktoś mnie kocha. Że mąż, chłopak, dziecko, to umiałam dźwignąć, ale przyjaciółka? Nie, tego nie umiałam unieść, coś mnie dławiło w gardle.

Całe szczęście mam taką przyjaciółkę, która regularnie zapewnia mnie o swojej miłości. I oswaja mnie z tym słowem wypowiadanym głośno. Ciekawe u ilu w domu mówiło się "kocham Cię".

Teraz będzie prywatnie, gdy rozstawałam się ze swoim eks, a raczej gdy eks rozstawał się ze mną najbardziej bolało, że nie mogłam się wyrazić, że nie mogłam powiedzieć mu jak bardzo mnie bolało i nie mogłam sobie z nim powyjaśniać, poukładać, poprzepraszać. Wiele lat nosiłam w sobie potrzebę wywalenia z siebie tego co miałam w środku. Trochę pomagało gdy rozmawiałam z kimś, kto miał podobne przeżycia, bo rozumiał co mam na myśli i jego bolało podobnie.

Po latach, wielu latach zaczęliśmy z powrotem rozmawiać z eks i mieliśmy szansę przeanalizować co się stało, powiedzieliśmy sobie co bolało, powiedzieliśmy sobie przepraszam. I spojrzeliśmy w swoją stronę, dla mnie było to i jest niezwykle cenne, że mogłam powiedzieć co bolało i jak bardzo bolało. Że mogłam mu wywalić wszystko co czułam i jak się czułam i on to dźwignął. Że mogłam popatrzeć z jego perspektywy. Oczyściło się nam. Cenne i ważne dla mnie.

Ale mam takie relacje kiedy ktoś odmówił i nie chciał mnie znać. I ta dawna relacja mi ciąży, coś jest zapchane, zablokowane i nie ma przepływu. Szanuję decyzję drugiego człowieka, ale ciężko mi się z tym pogodzić.

Jestem za tym, żeby słuchać, żeby mówić. Żeby nie nosić zranień w sercu, żeby mieć czyste, wyjaśnione relacje i sytuacje w relacjach. Żeby się nie bać kogoś spotkać w sklepie czy na ulicy, żeby nie odwracać głowy.

I przyznam szczerze, że bardzo liczę na opatrzność, że spotkam tego ktosia, który nie chce mnie znać i będzie się musiał zmierzyć ze swoją przeszłością. I będę mogła mu powiedzieć, że nie jest miło kiedy ktoś najpierw chciał być blisko a potem nie chciał mnie znać.

Człowiek ma emocje i ma potrzebę je wyrażać. Różnie je wyraża. Na początku spontanicznie. Potem uczy się nad nimi panować i wyrażać je w nierażący innych sposób. Tyle, że to co jednym nie przeszkadza, to inni sykają ostentacyjnie, że tak nie wypada.

I teraz wrócę do spektaklu Ewelina płacze, to co działo się na scenie było świetną ilustracją do tego co wydarzało się pod sceną. W pierwszym rzędzie siedzieli panowie, którym nie podobało się, że sala wyraża swoje emocje i kiedy my się śmialiśmy, to oni odwracali się z oburzeniem na ten śmiech sali, który był wypadkową działań scenicznych.

Co ich oburzało? nie wiem. Jednego z panów oburzonych nawet znam, byłam na warsztacie w Teatrze Studio, który on prowadził. Mogłabym sobie przypomnieć jak się nazywa. Więc dlaczego tych panów oburzały emocje sali. Ewidentnie przynajmniej jeden był personą z teatru i powinien rozumieć, że widz się śmieje, bo widz jest sprowokowany do śmiechu.

Kiedyś mnie zastanawiało czemu się śmieją, kiedy dla mnie już śmiesznie nie jest, a wręcz przeciwnie.
Niedawno- na spektaklu O dwóch rumunach mówiących po polsku powiedział Marcin Januszkiewicz coś takiego- sparafrazuję, bo nie pamiętam dokładnie "To już śmieszne nie jest". I tak właśnie jest, inni śmieją się jeszcze, kiedy dla mnie "to już śmieszne nie jest". Więc tłum wyhamowuje powoli, tak powoli jak samochód ciężarowy. Śmiech pchany jest siłą tłumu i wyhamowuje ociężale. I nie można mieć o to pretensji do widza, że się śmieje, że płacze, bo jego emocje są wyzwalane przez aktora. Więc jak można widzowi zabronić przeżywać, przeżywać tak jak on potrafi.

Jak można zabronić człowiekowi przeżywać?

Warto przyjrzeć się swoim emocjom, pozwolić im zaistnieć, Wypuścić je, odblokować, wyrażać je, nazywać je po imieniu. Warto pozwolić na wyrażanie emocji dziecku, pomóc mu nazwać, pozwolić na tupanie nogą i rzucanie się na podłogę w centrum handlowym. Warto wysłuchać męża, żony, przyjaciela- pozwolić wygadać się, wypłakać, nie przerywać, nie dawać nawet rad, bo rady bywają irytujące.

Bo jeśli nie, to co?
To rodzi się frustracja, buduje się napięcie, chodzimy w tych niewyrażonych, zablokowanych złościach, frustracjach i gniewach i one prędzej czy później wystrzelą z nas, czasem w najmniej oczekiwanym momencie i zareagujemy niewspółmiernie do okoliczności, nakrzyczymy, nawrzeszczymy, uderzymy siebie lub kogoś, lub popadniemy w odrętwienie i oderwanie od rzeczywistości. My tu, świat tam. Nasze emocje nie znikają, one się kumulują. Nasze psyche może sobie z tym nie poradzić  w którymś momencie naszego życia.

Warto przyjrzeć się swoim emocjom i je uwolnić.




piątek, 22 stycznia 2016

Stawianie granic


Dwa krańce stawiania granic swojego ja. Jeden, to totalna uległość wobec świata nas otaczającego (męża, dziecka, przyjaciół, współpracowników), pozwalasz się wykorzystywać, ktoś Cię obraża a Ty się uśmiechasz, pozwalasz ludziom siebie nie szanować, boisz się komuś zwrócić uwagę, że coś Ci się nie podoba, nie umiesz odmawiać, Twoje granice są rozwalone. Drugi kraniec, to pojawiająca się agresja na każdą wzmiankę o Tobie. Czujesz się non stop atakowany i oceniany przez wszystkich i wszystko. Siedzisz zabarykadowany w swojej twierdzy i nosa nie wysuwasz poza nią.

Co spowodowało,  że znaleźliśmy się bliżej jednego bądź drugiego krańca? Bo każda z tych przestrzeni nie  jest dla nas komfortowa. Ani dla naszych rodzin, przyjaciół, znajomych.
Bo albo pozwalamy się wykorzystywać i nie umiemy odmawiać, albo reagujemy agresją i gniewem zupełnie nie proporcjonalnie do sytuacji i zrażamy tym innych, krzywdzimy najbliższych. Widzimy to, prawda? Z jednej strony dajemy się wykorzystywać, z drugiej czujemy się wykorzystywani i jesteśmy agresywni, pobudzeni.

Dlaczego tak się dzieje? Z powodu naszych emocji, które są zaburzone, zablokowane, widzimy świat w krzywym zwierciadle. Nie odmawiamy, bo chcemy czyjejś akceptacji, a nauczyliśmy się kiedyś, że od naszego postępowania zależy czyjaś miłość, zadowolenie, akceptacja. "Jak posprzątasz swoje zabawki, mamusia będzie szczęśliwa", "Tak bardzo Cię kocham, bo jesteś najlepszym uczniem w klasie", "Jak będziesz uciekać mamusi, mamusia nie będzie Cię lubić" itd. I swoim postępowaniem chcemy sobie zasłużyć. Czyjaś miłość nie była bezwarunkowa.

Po drugiej stronie jest totalna blokada na innych. Być może, kiedy byłeś dzieckiem, byłeś ośmieszany przez rodziców, nauczycieli "zobacz, inne dzieci zrobiły, to zadanie, tylko Ty nie zrobiłeś", "tylko Ty nie umiesz", "Inne matki mają normalne dzieci, tylko ja nie", "dlaczego Kasia dostała pięć a Ty nie?", "dlaczego inne dzieci są takie czyściutkie, a Ty najbrudniejszy na podwórku".
Tak, to było porównywanie Ciebie do innych, dokuczanie Ci. I obwarowałeś się wysokim murem.

Każdy człowiek ma emocje, emocje są potrzebne i te trudne też. Emocje trzeba wyrażać, nie można ich kumulować w sobie, bo stanie się to co napisałam o sprężynie w poprzednim poście, sprężyna w którymś momencie puszcza.Trzeba komunikować co czujemy: jestem zły, jestem wściekły, denerwuje mnie to co mówisz, denerwuje mnie to co robisz, to mnie rani, jest mi smutno, jest mi źle itd. Komunikujmy.

Obserwuj swoje emocje: dlaczego jestem zła tak naprawdę, co mnie zdenerwowało, że wytrząsam się nad dzieckiem, które zachowuje się jak zwykle, nie jest ani mniej ani bardziej ruchliwe, czy głośne.
I mąż jest taki jak zwykle, tylko ja się czepiam, bardziej niż zwykle i denerwuje mnie to co zwykle nie. Uświadomienie sobie co się stało powoduje, że napięcie schodzi, nazwanie emocji sprawia, że od razu robi się lżej. Kiedy umiesz nazywać swoje emocje, kiedy umiesz o nich mówić, kiedy komunikujesz, na co masz ochotę a na co nie, umiesz też dostrzegać emocje dziecka, umiesz je nazywać, rozumiesz dlaczego dziecko krzyczy, dlaczego tupie nogą, dlaczego tarza się po podłodze i zamiast się na nie złościć, pomagasz zrozumieć co się dzieje. I jak napisałam nazwanie emocji już pomaga dziecku: jesteś zły, bo musisz rano wstać, jest Ci przykro, bo nie możemy kupić tej zabawki, jesteś smutny, bo tata musi iść do pracy, nie lubisz połykać syropu. To pomaga.
 Pomaga Ci, kiedy niesłusznie burczy na Ciebie mąż, bo wiesz, że miał trudny dzień w pracy. Po prostu okaż mu zrozumienie, może on nie umieć powiedzieć: jestem zły, bo nakrzyczał na mnie szef w pracy. Jego emocji raczej nie werbalizuj, bo się wścieknie... Poczekaj, aż się uspokoi i wtedy może spróbuj. Z dorosłymi facetami nie jest lekko. Lepiej im nie pomagać na gorąco. Nie lubią. Żonie też lepiej nie werbalizować jej emocji, kiedy się wścieka, po prostu zejdź jej z drogi, przeczekaj. Uświadamianie sobie swoich emocji, to proces. Uczymy się tego i to się nie stanie od razu.

Stań w prawdzie sam przed sobą i zobacz kim jesteś i gdzie jesteś. To dobry punkt wyjścia. Zaakceptuj to kim jesteś i jaki jesteś.

To jest początkiem.

Bazą z której wyruszasz. Wiesz kim jesteś, zobacz co możesz zmienić. Zobacz co musisz absolutnie zmienić, bo to Cię unieszczęśliwia. Podcina skrzydła i ciągnie w dół.

  • Może to być potrzeba zmian w swoim zachowaniu
  • Może to być chęć zmian w relacjach, z mężem, dziećmi, przyjaciółmi
  • Mogą to być zmiany w Twoim wyglądzie
  • Może to realizowanie swoich marzeń
  • Może to być Twój rozwój
Trzeba to zobaczyć. Zrobić plan i zacząć go realizować. Krok po kroku. Będziesz się cofać czasem, znowu się objesz czekoladą, mimo obietnicy złożonej sobie, że jesteś na diecie, to nic, nic się nie stało, idziesz dalej, nie puszczasz i nie wracasz tylko idziesz do przodu. Postanawiasz uczyć się angielskiego, ale mijają kolejne dni i nic nie robisz i chcesz odpuścić, nie odpuszczaj, wszystko zaczyna się w głowie, myśl o tym, postanawiaj, myśl o tym jak będzie fajnie jak będziesz mówić po angielsku. Przychodzi moment i bierzesz fiszki do ręki i się uczysz. To rzeczywiście trudne przełamać swoje nawyki, pójść dalej, bo jest w nas opór. Sama nie wiem skąd, ale jest opór. I musimy być nań przygotowani. Ja zawsze czuję opór. Przed zrobieniem prawa jazdy a potem przez wejściem do auta. Przed złożeniem papierów do szkoły a potem przed pojechaniem na pierwsze zajęcia. Przed każdą poprowadzoną przeze mnie imprezą, mimo, że poprowadziłam ich tysiące.

Przychodzi strach przed tym co nowe, stare znamy, jakie by nie było, ale znamy, przewidujemy, czujemy się bezpiecznie. A nowego nie znamy, nie wiemy co nas spotka. A poza tym to wymaga wysiłku i mam wrażenie, że nasze ciało nie lubi się wysilać, lubi sobie siedzieć, jeść i oglądać komedie romantyczne.

Zaczyna się w głowie, zaczyna się od zmiany myślenia. Potem przychodzi czas na działanie.
Zacznijmy przyglądać się sobie, dokładnie, bądźmy wobec siebie uczciwi i miłosierni. I ustalmy plan działania.

środa, 20 stycznia 2016

Żelazna konsekwencja w rodzicielstwie

Konsekwencja jest przereklamowana, przeczytałam takie zdanie ostatnio. I muszę się z nim zgodzić. Żelazna konsekwencja powoduje naszą i innych frustrację. Żelazna konsekwencja to brak współczucia i miłosierdzia wobec innych i siebie. Żelazna konsekwencja wychowuje cyborgi pozbawione emocji. Te cyborgi były kiedyś istotami ludzkimi i miały uczucia, ale ktoś im te uczucia i emocje zablokował właśnie ta piękną konsekwencją za wszelką cenę.
"Nie kupię Ci powiedziałam" i nie kupujesz, czy świat się wali czy nie trwasz przy swoim, żeby nauczyć swoje dziecko konsekwencji. Ono płacze, krzyczy, może się nawet tarza po podłodze sklepowej, ale Ty jesteś twarda, twardy i uczysz dziecko, że jak powiedziałaś, powiedziałeś tak zrobisz. Jesteś nieubłagana, nieubłagany.Czasem jeszcze straszysz "zobaczysz, co będzie jak wyjdziemy z tego sklepu", "zobaczysz w domu", dziecko może się da przestraszyć a może się nie da i będzie się darło jeszcze w drodze do domu.

Zastanawiałaś, zastanawiałeś się kiedyś czego właściwie Ty uczysz swoje dziecko?
Nie mówiąc już o tym czy wobec siebie też stosujesz to żelazną, nieubłaganą konsekwencję?
Znam takich co stosują. Ale większość z nas jednak nie, postanawiamy "schudnę", "będę biegać", "będę zdrowo się odżywiać", "będę się uczyć angielskiego", " nie będę krzyczeć na męża", "nie będę krzyczeć na dzieci" i na tych postanowieniach się kończy, to tak jak mamy postanowienia noworoczne, co roku mamy te same niezrealizowane postanowienia. Tak, wiem, są tacy, którzy potrafią zrealizować takie postanowienia, którzy trzymają siebie w żelaznym uścisku, tyle, że oni prędzej czy później puszczają sprężynę i sprężyna rozwala całą rzeczywistość dookoła, ich samych, ich najbliższych, ich życie prywatne i zawodowe. Puszczona sprężyna jest nie do zatrzymania. Siła zniszczenia jest wielka. Trzeba umieć to wypośrodkować.

To co zastanawiałaś się, zastanawiałeś? Ja się zastanawiałam, bo też miałam pomysł, żeby być konsekwentna. Na samym początku, kiedy próbowałam nauczyć Jeremiasza spać samodzielnie w łóżeczku, po przeczytaniu głupiej książki. A on tak płakał, wytrzymałam 3 minuty i doznałam olśnienia. Doszło do mnie co czuje moje dziecko, kiedy tak przeraźliwie płacze i serce mi pękło.
Siedziałam z nim na dywanie i teraz ja płakałam, bo poczułam co czuło moje dziecko, kiedy pozwoliłam mu tak płakać przeraźliwie. Czuł się samotny, bo przed chwilą był w moim środku, czuł się opuszczony, wołał a ja nie przychodziłam, krzyczał, że mnie potrzebuje a ja go ignorowałam.

I wtedy pożegnałam żelazną konsekwencje. Pozwalam się przekonać mojemu dziecku, że oglądanie bajki to dobry pomysł, że kupienie czekolady jest niezbędne, że musimy zajechać po drodze do restauracji i kupić sushi, bo on ma straszną ochotę. Nie wiem czy w związku z tym, ale mój syn też daje się przekonać do różnych rzeczy, na które nie ma ochoty, do zrobienia ćwiczenia w przedszkolu, do szukania literek, do gry memory zamiast bajki itd. Dialogujemy, przekonujemy się wzajemnie, nie walczymy ze sobą, kiedy się on uprze nie walczę na śmierć i życie, odpuszczam. 

Chcemy, żeby nasze dzieci wyrosły na asertywnych dorosłych, a kiedy są dziećmi uczymy je uległości, podporządkowania się, nie okazywania złości, nie okazywania gniewu, nie płakania, nie krzyczenia, nie tupania nogą. To się kupy nie trzyma, jeżeli chcemy, żeby nasze dziecko miało własne zdanie, pozwólmy mu je mieć i wyrazić, jeżeli chcemy, żeby nasze dziecko było asertywne, pozwólmy mu przekonać siebie do zmiany decyzji, jeżeli chcemy, żeby nasze dziecko było wrażliwe na innych, okażmy mu tą wrażliwość, jeżeli chcemy, żeby nasze dziecko umiało mówić o swoich emocjach, pomóżmy mu je zrozumieć i pozwólmy okazywać tak jak potrafi, ono się tego uczy.

Jest jeszcze taki haczyk, zanim będziemy mogli skierować swoje oczy na dziecko, musimy przyjrzeć się sobie. Czy umiemy okazywać emocje i wyrażać je, czy umiemy rozumieć siebie i akceptować siebie, czy umiemy stawiać sobie cele, dążyć do nich i je realizować. Zacznijmy od siebie, to samoistnie potoczy się w stronę partnera, dziecka, przyjaciół. Spadnie z naszych ramion bagaż niespełnionych oczekiwań. I nie będziemy tym bagażem obciążać naszego dziecka.
Kiedy to osiągniemy, pójdziemy w tą stronę, przychodzi czas na ustalanie i przestrzeganie granic, swoich i innych. I obrona tych granic u siebie i u swojego dziecka, bo ono jeszcze samo nie umie brobić swoich granic.
O granicach napiszę w następnym poście. Na dziś wystarczy.